Jest tu trochę „Diuny”, trochę punk rocka i dużo ironii. Rick Owens po raz kolejny sięga po estetykę władzy i przemocy, ale zamiast ją afirmować, wybiera strategię przerysowania i kpiny. Na ciele neutralna paleta barw, typowa dla projektanta, na głowie natomiast powrót Ricka sprzed dekady, czyli więcej koloru, jakby sygnał alarmowy w świecie zdominowanym przez szarość kontroli.
Bez naturalnych futer, za to z ogromną ilością naturalnej skóry. Bo bez skóry nie ma Ricka Owensa. Monumentalne kurtki, przerysowane bolerka i buty przypominające obuwie policyjne zostają tu celowo zdeformowane. Funkcja zostaje odebrana, ergonomia zanegowana, a symbol władzy zamienia się w karykaturę. Po dodaniu dwunastocentymetrowego obcasa i obudowaniu w luźną skórę przestawały pomagać, a zaczynały utrudniać postawienie kroku.
Sylwetki w tym sezonie były wyraźnie smuklejsze niż te, do których projektant zdążył nas przyzwyczaić. Wydłużone proporcje sprawiały, że modele zdawali się nienaturalnie wysocy, niemal nadludzcy (ale to nie nowość u Ricka). Odzież wierzchnia pozbawiona była charakterystycznych, przeskalowanych ramion – jedynym wyjątkiem były kamizelki z szerokim, zawijanym kołnierzem, nakładane warstwowo na płaszcze i kurtki.
Wybieg pełen współprac
Za włosy i makijaż odpowiadał Bernardo Martins, berliński twórca cyfrowy, którego praktyka artystyczna jest krytyczną reakcją na warunki współczesnego świata. To jego estetyka nadała pokazowi intergalaktyczną, buntowniczą energię, przywodzącą na myśl ród Harkonnenów z Diuny – figurę władzy brutalnej, opresyjnej i groteskowo przeskalowanej.
Nie była to jedyna kolaboracja w tym sezonie. Makramowe, ręcznie wykonane maski zasłaniające twarze modeli i ograniczające ich pole widzenia to dzieło Lucasa Morettiego, absolwenta Central Saint Martins. Każda z masek powstała z około trzech tysięcy metrów woskowanego sznura i wymagała ponad trzydziestu godzin repetytywnej pracy. Maski nie chronią, lecz izolują. Odbierają tożsamość, dezorientują, zmuszają do poruszania się niemal na oślep.
Do tego charakterystyczne dla Ricka, absurdalnie wysokie buty, w których każdy krok wiąże się z ryzykiem upadku. Tym razem w wersji bardziej brutalnej, obudowane luźno skórą. Władza, która nie potrafi stabilnie stanąć na własnych nogach.
Bardziej sfabrykowane niż uszyte
Większość stylizacji sprawiała wrażenie niemal pancernych, a jednocześnie zużytych i zdegradowanych. Efekt ten osiągnięto dzięki doborowi materiałów. Wełna i skóra, surowce kojarzone z ochroną i bezpieczeństwem, zostały wykorzystane w sposób czysto estetyczny. Do tego duo dołączył tym razem kevlar – materiał z którego robi się policyjne hełmy i kamizelki kuloodporne.
Industrialny wygląd, bliższy estetyce fabryki niż pracowni krawieckiej, był zabiegiem celowym. Rick Owens przyznał, że początkowo chciał zrezygnować z naramienników, które skojarzyły mu się z przemocą i militariami. Ostatecznie jednak zdecydował się na konfrontację z tym dyskomfortem.
