FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Film

Solaris. Ocean nie działa [FELIETON]

Autor: Krzysztof Katkowski
25-09-2026
Solaris. Ocean nie działa [FELIETON]
Solaris. Ocean nie działa [FELIETON]
„Solaris”, Andriej Tarkowski, 1972, mat. prasowe Timeless Film Festival

Kris Kelvin nie szukał prawdy. Szukał sposobu, żeby nie zwariować. Kiedy przybywa na stację unoszącą się nad cytoplazmatycznym oceanem pokrywającym planetę Solaris, zastaje tam ciszę i coś w rodzaju paniki. Ocean, który miał być obiektem badań, odpowiada.

materiał pochodzi z numeru K MAG 125 Solaris, tekst: Krzysztof Katkowski

Sięgnijmy do książki: wewnątrz stacji – zakrwawione nadgarstki, atmosfera niewiedzy. Tak samo zresztą w klasycznej ekranizacji Andrieja Tarkowskiego z lat siedemdziesiątych, gdzie planeta okazuje się jednym wielkim sumieniem każdego z przebywających na niej kosmonautów. Nawet w tej mniej filozoficznej, hollywoodzkiej wersji – „Solaris” w reżyserii Stevena Soderbergha z George’em Clooneyem w roli Kelvina – pozostaje to opowieść o miłości, lecz do czegoś, co już nie istnieje. Czegoś jak w filmie „Ona” z Joaquinem Phoenixem, gdzie bohater zakochuje się w sztucznie wygenerowanej kobiecie.

Ocean wysyła w stronę ludzi coś, co wygląda jak materializacja ich wspomnień: ciała zbudowane z neutrin, odporne na zniszczenie, przypominające osoby, których już nie ma. Do Kelvina „przychodzi” Harey, kobieta, którą kiedyś kochał, a której samobójczą śmierć nosi w sobie jak ranę. Ocean tworzy ją na nowo – nie jako ducha, lecz ciało, które oddycha, mówi, dotyka. Dla naukowca to doświadczenie nie do przyjęcia. Kelvin robi więc to, co potrafi najlepiej: analizuje. Pisze notatki, formułuje hipotezy, rozmawia z innymi badaczami. A przecież to, co naprawdę się dzieje, wymyka się wszelkim kategoriom. Dalej, nie zdradzając zbyt wiele, próbuje ją pokochać, godząc się z tym, że śmierć Harey była jego winą. Zatraca się, ale stara się zachować spokój. Ma na to prosty, przynajmniej pozornie, sposób: chce stworzyć nową dziedzinę wiedzy – solarystykę. Kelvin wierzy, że dopiero gdy zrozumie mechanizmy, nazwie i opisze zjawisko, będzie od niego wolny. Że lęk zniknie.

„Solaris”, Andriej Tarkowski, 1972, mat. prasowe Timeless Film Festival

Lem pokazuje coś bardzo współczesnego: pragnienie zrozumienia jako formę obrony. To strategia psychologiczna znana od zawsze – nie boimy się tego, co potrafimy nazwać. Jak dzieci odkrywające z czasem, że duchy to tylko opowieści, którymi straszy starsze rodzeństwo, albo przebrania rodziców i znajomych. Dlatego Solaris jest nam tak bliskie, choć podróże międzygalaktyczne wciąż wydają się odległe. Kelvin nie boi się oceanu – boi się tego, że nie potrafi zachować dystansu. W świecie, w którym każdy ma mikrofon i ekran, wiedza stała się walutą, a opinia narzędziem przetrwania.

Kiedyś krytyka stanowiła sposób buntu – obecnie bywa narzędziem, które tylko wzmacnia nasz lęk. Miała uwalniać od dogmatów religijnych, politycznych, obyczajowych, a sama stała się dogmatem. Niebezpieczeństwo to doświadczenie anomalii, wyłomu w tym, co uznane za stabilne. Może być realne lub wyobrażone, fizyczne albo symboliczne, ale zawsze dotyczy napięcia między tym, co jawne (scena), a tym, co ukryte (kulisy). Bo to normalne, że się boimy. Wyobraźcie sobie, że jesteśmy w statku kosmicznym. Nie wiem jak wy, ale ja bym się bał cholernie. Belgijski filozof i eseista (a także jeden z naczelnych znawców alkoholowych koktajli w prasie francuskiej, co czyni go jedną z najbardziej francuskich osób na świecie) Laurent de Sutter pisze w „Superfaible”, że nowoczesność wpadła w pułapkę własnej siły. Krytyka, która miała nas uwalniać, zamieniła się w system nieustannego osądu. Każdy z nas jest jednocześnie sędzią, przysięgłym i katem. Nie ma już autorytetów, ale nie ma też przestrzeni, w której można by po prostu milczeć. Z tego ma się rodzić zmęczenie. Ciągła gotowość do oceny staje się formą napięcia, które trudno wyłączyć. W każdej rozmowie, w każdym poście, w każdym filmie trzeba zająć pozycję. Być po stronie lub przeciwko.

„Solaris”, Andriej Tarkowski, 1972, mat. prasowe Timeless Film Festival

Kelvin musi opanować świat, musi go nazwać. De Sutter nazywa to „epoką supersilnych” – czasem, w którym bycie silnym oznacza bycie krytycznym. Siła jest nowym obowiązkiem. Widzimy ją w języku: „trzeba się ogarnąć”, „nie daj się”, „musisz być ponad to”. Widzimy ją w kulturze produktywności, w coachingowych frazach, które obiecują nieustanny rozwój i odporność psychiczną. Jednak im bardziej stajemy się „supersilni”, tym trudniej nam być zwyczajnie obecnymi. Zamiast doświadczać, komentujemy. Zamiast czuć, analizujemy. Słabość, niepewność, wahanie – wszystko to, co nie mieści się w estetyce kontroli, zaczyna być postrzegane jako błąd systemu. Piszą o tym też psychiatrzy – na przykład ci, którzy zajmują się psychozą (mowa o badaniach prowadzonych między innymi na amerykańskim UCLA). Jak podkreślają lekarze, osoby ze zdiagnozowaną schizofrenią wykazują zarówno większą sztywność (przewidywalne, redundantne reakcje), jak i większą entropię (nieprzewidywalne, chaotyczne reakcje) w porównaniu do osób „zdrowych”, „normalnych”. Osoby w psychozie bywają więc zarówno bardzo sztywne i mało kreatywne, jak i niezwykle elastyczne oraz innowacyjne w swoim myśleniu. Często wpadają w „koleiny” sztywnych wzorców, by potem gwałtownie z nich „wystrzeliwać” w chaosie. Kompletna stabilizacja – i stuprocentowa pewność względem wszystkiego – paradoksalnie tylko utrudnia leczenie, bo pacjenci odruchowo pragną choć odrobiny chaosu. Chaos jest tak normalny, że odcięcie się od niego staje się patologią.

Filozofowie tacy jak de Sutter stawiają jednak krok dalej: używają metafory psychozy, aby opisać czasy, w których żyjemy. Osoba chora odcina się od świata, bo zna odpowiedź na wszystko. Nie chce przeżywać, chce nazywać. To jednak odcina nas od świata. Wraz z rozwojem technologii – którego sam jestem wielkim entuzjastą – łatwiej i przyjemniej nam zamknąć się przed ekranami telefonów, które znajdą odpowiedź na wszystko. Tylko że wtedy, kurczę, zapomina się o przeżywaniu.

Kelvin XXI wieku – a nim jesteśmy – nie siedzi już w stacji badawczej, tylko w swoim mieszkaniu z laptopem. Oceanem jest teraz sieć. Jego fale to algorytmy przewidujące nasze emocje. Zamiast wysyłać encefalogram w przestrzeń, publikujemy emocje w czasie rzeczywistym. Wrzucamy zdjęcia, filmy, relacje. Ocean odpowiada lajkami, komentarzami, wspomnieniami sprzed lat.

„Solaris”, Andriej Tarkowski, 1972, mat. prasowe Timeless Film Festival

Wideo, na którym ktoś płacze – mamy takich przecież zalew na feedzie: czy to na TikToku, czy na Instagramie – nie jest już gestem słabości, tylko komunikatem. Platformy uczą nas, że emocje też można kontrolować. Że nawet wzruszenie może być częścią autoprezentacji. Tak rodzi się „estetyka bezbronności” – zredagowana, wystudiowana, ale wciąż podlegająca ocenie.

Kiedy de Sutter mówi o „supersłabości”, nie ma na myśli rezygnacji z działania. Chodzi mu raczej o to, by zatrzymać się w miejscu, w którym przestajemy rozumieć. By pozwolić, żeby coś się wydarzyło bez naszej zgody i interpretacji. Słabość staje się wtedy formą kontaktu, niebezpieczeństwo zaś – podstawą naszego życia. Dla de Suttera jest to warunek myślenia i własnego zdania, bo tylko niebezpieczeństwo otwiera nieskończoność możliwości. To także wolność, bo łamie granice tego, co „możliwe”, według porządku. W końcu to gest oporu wobec polityki bezpieczeństwa i kontroli.

Kelvin nie potrafił się sprzeciwić. Wciąż potrzebował dowodu, że ocean działa „w jakiś sposób”. Ale ocean nie działał. On po prostu był. Był lustrem, które nie ocenia, nie koryguje, nie tłumaczy. Alice Waters, twórczyni Chez Panisse, mówiła, że gotowanie to „słuchanie składników”. Nie chodzi o technikę, ale o uwagę. O pozwolenie, żeby rzeczy same opowiedziały, czym są. Ornette Coleman w swojej muzyce szukał podobnego gestu – grania bez centrum, w którym każdy instrument może na moment przejąć prowadzenie. To przykłady supersłabości w praktyce: działanie bez potrzeby dominacji.

Może to właśnie jest sens nowej solarystyki – uczenia się świata bez ambicji, by go w pełni pojąć. Lem, mimo ironii i chłodu, pisał o rzeczach bardzo czułych: o tęsknocie za kontaktem, który nie zamienia się w eksperyment. O spotkaniu, które nie musi mieć konkluzji. Magia planety Solaris polega jednak też na tym, że do środka się po prostu… nie wchodzi. Wchodzenie wymagałoby utraty kontroli, a więc słabości. A jednak tylko ona otwiera możliwość kontaktu. Może właśnie to miałoby dziś znaczyć „wskoczyć do oceanu”: odpuścić potrzebę wiedzy, przyjąć niepewność, pozwolić sobie na chwilę bycia niegotowym. To trudne, bo przez lata uczyliśmy się odwrotnego odruchu – że trzeba rozumieć, komentować, zabezpieczać się przed emocjami. Że dystans to jedyna dojrzała postawa. Ale dystans, jeśli trwa zbyt długo, zamienia się w samotność. Solarystyka mogłaby być dziś sztuką zanurzenia. Nie nową nauką, lecz nową praktyką życia: zdolnością do bycia wśród rzeczy, które wymykają się kontroli. Do przyjmowania ich takimi, jakie są. Trochę jest z tym jak z kreacjami Ricka Owensa, których przegląd odbywa się w paryskim Palais Galliera.

W twórczości Owensa można znaleźć to dziwne napięcie, którego jesteśmy świadkami. Jedna z jego najważniejszych kreacji inspiruje się brutalizmem – estetyką, którą znamy z co ładniejszych polskich czy ukraińskich blokowisk. Jego charakterystyczna, smukła, geometryczna i stanowcza sylwetka została zainspirowana zdjęciem brutalistycznego muru w Berlinie. Dla Owensa luksus to czas, przestrzeń i wolność – przywileje, których nie da się kupić, lecz można je sobie stworzyć. Z kolei dla jego klientów luksus to ponadczasowy styl, który wymyka się sezonowym trendom i nie potrzebuje krzyczeć. Owens od lat buduje więc własny język estetyczny, zakorzeniony w brutalizmie. Nie chodzi o surowy beton, lecz o postawę – o redukcjonizm, ciszę i pewność siebie. Fascynuje go architektura, która nie potrzebuje ornamentu, by być monumentalną. W jego projektach widać skromność, takt i dyskrecję, ale też bezsentymentalną, szlachetną bezpośredniość. Jego estetyka to kino i rzeźba: czarno-białe filmy Cecila B. DeMille’a, kostiumy Adriana, sylwetki Marleny Dietrich i Claudette Colbert, a także monumentalne, monochromatyczne rzeźby.

Wszystko to Owens przekłada na język mody – z geometrią zamiast ozdób i ciszą zamiast efektu. W kwestii piękna i seksu Owens odwraca reguły gry. Nie projektuje rzeczy „sexy” w tradycyjnym sensie tego słowa, lecz przeciwnie – pociąga go destrukcja seksapilu. W jego świecie to właśnie brak kokieterii staje się najbardziej zmysłowy. Lubi bawić się definicją piękna i sprawdzać, jak daleko można przesunąć granice estetyki. Jego zdaniem moda powinna balansować na granicy groteski lub błędu, bo tylko tam zaczyna się prawda o człowieku. Bo chaos wcale nie jest destrukcją, lecz potencjałem kreatywnym – źródłem nowych układów, źródłem tak luksusu, jak lęku. Nie jest ważne, by go nazywać, ważne, aby oswajać. Kosmos to forma stabilizacji chaosu, chwilowy porządek – tym kierował się Kelvin. Mogą jednak razem współistnieć, tworząc coś na pograniczu, może jakiś „chaosmos”?

Może wcale nie chodzi o to, żeby rozumieć, lecz aby trwać w ruchu między chaosem a sensem. Kelvin chciał zrozumieć ocean, Owens – ujarzmić formę, my – siebie nawzajem. A przecież wszystko, co naprawdę żywe, istnieje tylko w napięciu między tym, co się rozpada, a tym, co się dopiero układa. Chaos to nie przeciwieństwo porządku, lecz jego źródło. Może więc nowy luksus polega nie na kontroli, lecz na pozwoleniu sobie na dezorientację. Na tym krótkim momencie, kiedy nie wiemy, kim jesteśmy – i właśnie wtedy możemy stać się kimś innym.

Advertisement

Polecane artykuły

„Orlando” powraca na wielkie ekrany. Oto 10 ciekawostek o tej bajkowej produkcji

„Orlando” powraca na wielkie ekrany. Oto 10 ciekawostek o tej bajkowej produkcji

„Potwór: Historia Lizzie Borden” od 17 września na Netflixie. Kim była kobieta z siekierą?

„Potwór: Historia Lizzie Borden” od 17 września na Netflixie. Kim była kobieta z siekierą?

Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]

Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]

„Orlando” powraca na wielkie ekrany. Oto 10 ciekawostek o tej bajkowej produkcji

„Orlando” powraca na wielkie ekrany. Oto 10 ciekawostek o tej bajkowej produkcji

„Potwór: Historia Lizzie Borden” od 17 września na Netflixie. Kim była kobieta z siekierą?

„Potwór: Historia Lizzie Borden” od 17 września na Netflixie. Kim była kobieta z siekierą?

Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]

Z Warszawskiej Szkoły Filmowej do Studenckich Oscarów. Rozmawiamy z Leonem Korzyńskim i Dominikiem Mireckim [WYWIAD]

FacebookInstagramTikTokX
Advertisement