Najpierw „Oslo, 31 sierpnia”, później „Najgorszy człowiek na świecie”, aż w końcu „Wartość sentymentalna” z ogromną szansą na Oscara. Renate Reinsve stopniowo, acz pieczołowicie budowała swój status i wreszcie stała się bodaj najbardziej pożądaną i uwielbianą norweską aktorką. Z główną bohaterką filmów Joachima Triera rozmawiamy o wyzwaniach, niekoniecznie sympatycznych bohaterkach, które widzowie pokochali, o porównaniach do Isabelle Huppert, metodach aktorskich i nie tylko.
U Joachima Triera podoba mi się, że ukazuje skomplikowane relacje międzyludzkie, ale nie ma tam goryczy. Co ty u niego znajdujesz?
Joachim w niezwykle inteligentny sposób konstruuje swoje opowieści. Cechuje go ogromna wrażliwość, zdolność uchwycenia dynamiki społecznej i emocjonalnej relacji. Nigdy nie ocenia swoich bohaterów, za to sprawia, że wszyscy na planie czują się bezpiecznie i są zaangażowani, wiedzą, że mają w tym procesie ważny głos. Poza tym jest świetny w pisaniu o złożonych tematach, o których trudno rozmawiać i które być może nie do końca rozumiemy, ale wciąż są bardzo ludzkie i przynoszą aktorom sporo pracy. Nie sposób też nie wspomnieć o jego współscenarzyście, Eskilu Vogcie. „Wartość sentymentalna” obraca się przede wszystkim wokół komunikacji i to dla mnie stanowi o sile tego filmu: dotyka rzeczy, które trudno wyrazić słowami. Po to jest ten film i kino w ogóle.
Co pierwsze przyszło ci do głowy po przeczytaniu scenariusza „Wartości sentymentalnej”? Głośny i wyczekiwany film Joachima Triera zdobył Grand Prix w Cannes i pojawi się w polskich kinach w lutym 2026 roku.
Stało się to już podczas pierwszej próby, ale bardzo wyraźnie ujrzałam krzew róży rosnący pod oknem domu rodzinnego Borgów. W filmie widzimy prawdziwy stary dom, od pokoleń zamieszkiwany przez jedną rodzinę. Był to piękny obraz, lecz jednocześnie dostrzegałam w nim ciernie kwiatów drapiące szkło. Ten widok towarzyszył mi przez cały plan.
W „Wartości sentymentalnej” grasz Norę, aktorkę teatralną, która nigdy nie pogodziła się z odejściem od rodziny ojca, znanego reżysera Gustawa Borga. Ten jednak po latach nieobecności stara się pojednać z córkami. Jak ewoluowała postać Nory?
Myślę, że ta historia wraz z bohaterami ewoluowały od dawna, kiedy jeszcze kręciliśmy „Najgorszego człowieka na świecie”. Tam zagrałam Julie, trzydziestolatkę nieustannie szukającą swojego miejsca. Osaczona przez nadmiar możliwości odzwierciedla dylematy i lęki pokolenia milenialsów. Nora i „Wartość sentymentalna” to w pewnym sensie ostatni odcinek trylogii Triera o ludzkich wyborach, którą zapoczątkowało „Oslo. 31 sierpnia” i kontynuował „Najgorszy człowiek na świecie”.
Co jest spoiwem tej trylogii?
Trier bierze pod lupę pokolenie milenialsów: trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy mierzą się z kryzysem tożsamości, brakiem stabilizacji, presją społeczną. Każdy z tych filmów pokazuje fragment życia w wielkim mieście oferującym obfitość wyborów, których konsekwencje odciskają piętno na psychice bohaterów. Julie stara się zrozumieć siebie jako niezależną osobę, nie pozwala, aby mężczyźni lub praca ją definiowali. Nora z kolei jest bardziej dojrzała, mocniej osadzona w życiu, cieniem na jej wyborach kładą się rodzinne traumy.
Czy potrzebujesz więzi z postacią, aby przyjąć rolę?
Tak, to trochę jak związek, historia miłosna. Im lepiej się rozumiemy, im więcej możemy komunikować poza słowami, tym głębsza staje się więź. Sandra Hüller powiedziała jednak coś bardzo interesującego o swojej roli w „Strefie interesów” Jonathana Glazera, gdzie zagrała Hedwigę Höss, żonę nazistowskiego komendanta obozu Auschwitz. Wyznała, że nie kierowała się sercem, nie wczuwała w psychikę bohaterki, bo nie była w stanie, ale wyrażała emocje ciałem i posługiwała się jego językiem. To fascynujące.
fot. kadr z filmu „Wartość sentymentalna” / materiały prasowe M2 FilmsTwoja filmowa bohaterka została aktorką, aby dodać sobie otuchy, wykorzystać własny niepokój oraz wrażliwość. Jak to wyglądało u ciebie?
Najpierw trafiłam do teatru, aby zrozumieć dynamikę życia, która na co dzień mi umykała. Uwielbiam to uczucie, kiedy zdaję sobie sprawę, że scenariusze uczą mnie różnych rzeczy o sobie i życiu. Daję się temu ponieść. To jeden z moich ulubionych aspektów tej pracy.
Czy kiedykolwiek czułaś intensywne emocje przed przesłuchaniem albo występem?
W zasadzie nie, nigdy tego nie doświadczyłam. Uwielbiam bawić się w panikę i grać nerwowo. Bardzo lubię eksplorować te emocje, choć jednocześnie na próbach, podczas występów w teatrze i na planie filmowym czuję się spokojna.
Aktorkę zagrałaś także w „Armandzie” Halfdana Ullmanna Tøndela, wnuka Ingmara Bergmana. Czy słynna siedmiominutowa scena spazmatycznego śmiechu, który ostatecznie przechodzi w płacz, to wciąż twoje największe zawodowe wyzwanie?
Elisabeth, aktorka i samotna matka chłopca oskarżonego o przemoc w szkole, była dla mnie objawieniem jako postać. Nie wiedziałam, jak widzowie na nią zareagują, ponieważ jest mroczna i enigmatyczna, to nie typowa, budząca sympatię bohaterka. Ku mojemu zaskoczeniu widzów zafascynowała ta tajemnica, zwłaszcza momenty takie jak wspomniana scena śmiechu, która wywołała mnóstwo pytań i nawet mnie na początku wydała się przerażająca. Zastanawiałam się, jak przekazać coś tak konkretnego, a jednocześnie niejednoznacznego.
Zatem jak przygotowywałaś się do sceny śmiechu?
Musisz dojść do takiego stanu desperacji bohaterki, pogrążyć się w takim kryzysie i ferworze walki lub ucieczki, że jedyne, co się pojawia, to śmiech. Mamy z Halfdanem wspólne doświadczenie: otóż oboje na pogrzebach krewnych zaczęliśmy się… śmiać. Dla wielu osób to szokujące, ale nie mogliśmy się powstrzymać. Nie znaczy to, że nie odczuwaliśmy smutku, ale idąc za trumną cioci, nie mogłam przestać się śmiać. Wiedziałam więc, gdzie w ciele znajduje się ten ośrodek śmiechu, i przypomniałam to sobie na planie filmu. Podeszłam do dźwiękowca i poprosiłam, by opowiedział mi jakiś dowcip, naprawdę kiepski żart. Trudno to przetłumaczyć, ponieważ w norweskim pojawiają się konkretne słowa… Chodzi o to, że w Norwegii na dużą kurtkę mówi się kurtka bąbelkowa, a dźwiękowiec powiedział: „Wyobraź sobie kurtkę bąbelkową z tylko jedną bańką”. Wtedy po prostu zaczęłam się śmiać. I kręciliśmy to przez dziesięć godzin, ponieważ musieliśmy stworzyć całą oś historii i postaci. Joachim poświęcił cały dzień na zrealizowanie tej jednej sceny.
Jak to jest wcielić się w postać wykonującą ten sam zawód?
Istnieje sporo niewiarygodnych uprzedzeń wobec aktorów, z których prawdopodobnie część jest prawdziwa, dlatego staram się z nimi nie zmagać i jednocześnie pozostawać otwartą na fakt, że stanowią część postaci. Odsuwam ego jak najdalej. W Norze ekscytuje mnie to, że w pracy jest w stanie wyrazić rzeczy, których nie potrafi przekazać w „prawdziwym życiu”. Wielu aktorów może się z tym utożsamić, dlatego szybko zaczynasz czuć bliskość z postacią, grając kogoś, kto jest podobny do ciebie i wykonuje ten sam zawód. Jest w tym coś przerażającego, ale i ekscytującego.
fot. kadr z filmu „Najgorszy człowiek na świecie” / materiały prasowe M2 Films Zanim dostałaś rolę w „Najgorszym człowieku na świecie”, chciałaś rzucić aktorstwo. Dlaczego?
Po szkole aktorskiej sporo występowałam w teatrze, ale później trafiłam do filmu i telewizji, gdzie grałam głównie jednowymiarowe role. Postanowiłam więc rzucić palenie. Potem nadszedł moment, gdy podjęłam decyzję, że zrobię coś większego: pożegnam się z aktorstwem… Jednak następnego dnia zadzwonił do mnie Joachim i był to najdziwniejszy zbieg okoliczności. To zmieniło całe moje życie zawodowe. Poza tym napisana dla mnie postać pod pewnymi względami bardzo mnie przypominała. Wielu ludzi na świecie mówi, że kocha tę bohaterkę, i to stało się dla mnie najlepszą terapią.
Miałaś plan B?
Chciałam zostać stolarzem. Naprawdę! Bardzo mi się to podoba, lubię zapach drewna. Nie jestem w tym dobra, po prostu chciałam zrobić coś zupełnie innego i spokojnego. Miałam też wielką wizję stworzenia grupy dla kobiet, które nauczą się naprawiać meble i przedmioty albo będą projektować wnętrza mieszkań.
Jak zaczęła się twoja przygoda z aktorstwem?
Dorastałam w małej miejscowości Solbergelva na południe od Oslo. Nie było tam biblioteki ani kina, za to widziało się mnóstwo gospodarstw rolnych. Moja rodzina żyła w konflikcie i kiedy babcia zaangażowała mnie do dziecięcej grupy teatralnej w pobliskim miasteczku, odkryłam, że mogę opowiadać o rzeczach dziejących się w domu. Mogłam mówić, co zdarzyło się w mojej wiosce, właściwie odkrywać rzeczy, które czułam instynktownie, że są ważne. Miałam zaledwie dziewięć lat, ale wiedziałam już, że teatr to miejsce, które pomogło mi zrozumieć pewne kwestie w życiu. To jest to, co mi się w nim spodobało.
W Cannes napisano o tobie, że jesteś skandynawską Isabelle Huppert.
To najwspanialsza aktorka, uwielbiam ją. To dla mnie ogromny komplement! Isabelle wie, że dużo grałam w teatrze. Kiedyś w Norwegii na zaproszenie Joachima przyszła zobaczyć sztukę, w której występowałam, i powiedziała mu, że jestem naprawdę dobra. To było to lato, kiedy Joachim zdecydował się napisać rolę Julie dla mnie. Niesamowitą inspiracją jest dla mnie również Charlotte Gainsbourg. Uwielbiam sposób, w jaki każda z nich podchodzi do bólu, straty i smutku.
Czy dorastając, oglądałaś amerykańskie filmy?
Oglądałam „MacGyvera” i tego typu programy, natomiast pierwsze filmy, które mnie powaliły, były Davida Lyncha. Nie mogłam przestać o nich myśleć. Obecnie lubię także filmowców takich jak Paul Thomas Anderson i Charlie Kaufman, których twórczość wywarła na mnie wielki wpływ.
Pracowałaś przy amerykańskim serialu Apple TV „Uznany za niewinnego”. Jak to doświadczenie wypada w porównaniu z innymi projektami?
Amerykańskie produkcje są o wiele bardziej ustrukturyzowane niż te, do których przyzwyczaiłam się w Norwegii. Pomocne okazało się to, że pierwsze odcinki „Uznanego za niewinnego” wyreżyserowała Norweżka Anne Sewitsky, dlatego praca w nowym systemie nie stała się równoznaczna z porzuceniem własnego podejścia do aktorstwa. Jedną z różnic, które zauważyłam, była natomiast ograniczona przestrzeń na improwizację, ale wspólny proces przesłuchań, szczególnie z Jakiem Gyllenhaalem, złożył się na satysfakcjonujące doświadczenie. Nie wiem jednak, jak poradziłabym sobie w innej sytuacji, na innym hollywoodzkim planie, bo nie jestem specjalnie techniczną aktorką.
Czyżby?
Nie, poważnie. Gdy próbuję grać technicznie, wychodzę naprawdę kiepsko. Potrzebuję czasu, analizuję postać, szukam w sobie jakiejś struny, nuty z nią współgrającej, a wszystko po to, by zapomnieć, zatracić się w roli i wydobyć schowane emocje. Takie podejście nijak się ma do mainstreamowych ról. Pewnie pomyślisz, że to żart, ale chciałabym zagrać w filmie Marvela tylko po to, by przez pół roku fizycznie przygotowywać się do roli. To musiałaby być cicha rola, bez żadnych dialogów. Może rozgrywająca się na wyspie historia morderczyni będącej super pływaczką… W młodości trenowałam pływanie, więc fizycznie chyba bym podołała [śmiech].
Czyli jednak widzisz siebie w hollywoodzkiej roli w przyszłości?
Myślę, że tak. Kluczem jest dla mnie zachowanie wolności i autentyczności, nawet w ramach szerszej struktury. Jeśli mi się to uda, jestem otwarta na odkrywanie kolejnych możliwości w Hollywood. Niezależne kino amerykańskie nie rożni się od europejskiego sposobu robienia kina.

![Renate Reinsve: „Uwielbiam bawić się w panikę i grać nerwowo” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Sentimental_Value_04_Renate_Reinsve_Anders_Danielsen_Lie_c_Kasper_Tuxen_Andersen_21ad1f7d57.jpg&w=1920&q=60)
