Michelle Kapuscinski: „W Stanach zrozumiałam też, że moja polskość to atut” [WYWIAD]

15-01-2026
Ładowanie...
Michelle Kapuscinski: „W Stanach zrozumiałam też, że moja polskość to atut” [WYWIAD]
fot. Tess Elizabeth
Urodziła się w Stanach Zjednoczonych, choć przez ponad dwadzieścia lat mieszkała w Polsce. Producentka Michelle Kapuscinski mieszka w Los Angeles, lecz w jej sercu wciąż gra kujawiak i mazurek. Nam opowiada o swojej drodze z Krakowa do Kalifornii, roli kobiet w jej życiu oraz młodzieńczych fascynacjach, na których zbudowała własną teraźniejszość.
materiał pochodzi z numeru K MAG 125 Solaris, tekst: Natalia Żelazowska
Jak zaczęła się twoja zawodowa droga? Jak znalazłaś się w Los Angeles?
To był taki klasyk lat osiemdziesiątych – moi rodzice wyjechali do Stanów, gdy mama była już w ciąży z moją siostrą. Wyjechali niby na chwilę, a zostali piętnaście lat. Urodziłam się w Stanach, natomiast kiedy miałam trzy lata, wróciliśmy do Krakowa. W Polsce jednak nigdy nie czułam się do końca szczęśliwa. Byłam pozytywna, otwarta, miałam w sobie jakąś amerykańską energię. W przedszkolu czy szkole mówiono: „To ta Amerykanka”, bo mam na imię Michelle. Kraków mnie dusił, zawsze czułam, że potrzebuję czegoś więcej. Gdy miałam osiemnaście lat, przeprowadziłam się do Warszawy. Zrobiło się lepiej, ale wciąż brakowało mi otwartości. Ludzie często patrzyli dziwnie, gdy próbowałam zagadywać na ulicy.
Przez długi czas mieliśmy wdrukowane: „Nie wychylaj się, bądź cicho”.
Tak, w dodatku wychowywałam się w dość szarych latach dziewięćdziesiątych. Oglądałam amerykańskie seriale, takie jak „Życie na fali” i „Seks w wielkim mieście”, ucząc się z nich angielskiego. To był mój świat. Jako osiemnastolatka pojechałam z przyjaciółkami do Kalifornii, miałyśmy po pięćset dolarów i zero planu. Już trzeciego dnia wiedziałyśmy, że jesteśmy w kropce. Weszłyśmy do biura nieruchomości i opowiedziałyśmy właścicielom naszą historię. Zaproponowali, byśmy zamieszkały u nich – mieli wolne pokoje, bo dzieci wyjechały na studia. Dom nad samą plażą! To lato było jak z serialu: przyjaźń, słońce, Kalifornia. Ta rodzina wciąż jest moją „drugą rodziną”. Totalnie zakochałam się w Los Angeles.

Ale zdecydowałaś się wrócić do Warszawy…
Tak. Studiowałam dziennikarstwo, PR i marketing medialny na Uniwersytecie Warszawskim, choć to nie był mój konik. Gdy miałam dwadzieścia siedem lat, dostałam od przyjaciół bilet w jedną stronę do Stanów i usłyszałam: „Masz trzy miesiące, żeby zmienić swoje życie”. No i poleciałam. Na początku było ciężko. W Polsce byłam „Amerykanką”, a w Ameryce nagle „Polką”. Zderzenie było mocne – stereotyp biednej imigrantki, zaczynanie od zera. Przez pierwszy rok żyłam trochę jak w serialu „2 Broke Girls”. Z przyjaciółką Malwiną kombinowałyśmy, odsprzedawałyśmy meble znalezione na ulicy, wyprowadzałyśmy cudze psy, piekłyśmy ciasta dla obcych…Chwytałyśmy się wszystkiego, żeby zarobić. Było w tym coś pięknego, bo otworzyło mnie to na zupełnie nowe doświadczenia.
Poczułaś większą wolność? Wydostałaś się ze schematu „powinnaś”, „musisz”?
Dokładnie tak! Nagle żyłam jak dziecko odkrywające wszystko od nowa i to było ogromnie wyzwalające. Pamiętam sytuację w autobusie, gdy jakaś starsza pani mnie zapytała: „Darling, jedziesz na studia?”. Odpowiedziałam: „Jakie studia, mam dwadzieścia siedem lat!”. Na co usłyszałam: „Ja mam siedemdziesiąt i wciąż chodzę na wykłady”. To mnie tak zainspirowało, że następnego dnia zapisałam się na zajęcia. Trzy lata później skończyłam art & humanities. Od tamtej pory żyję intuicyjnie. Przestałam porównywać się do innych, co w Warszawie było codziennością, ciągle czułam presję. Wreszcie wiem, kim jestem – nie tym, kim Polska chciała, żebym była.
Kiedy zdecydowałaś się na produkcję i pracę na planie?
Zawsze byłam bardzo zorganizowana: „zróbmy, załatwmy, działajmy”. Miałam w sobie ogrom energii, długo nie wiedząc, gdzie ją ukierunkować. Myślę, że błędem było również wkładanie jej w biznesy innych ludzi. Jeszcze jako nastolatka pracowałam w różnych miejscach – czy to w butikach, czy przy eventach. Później zatrudniłam się u polskiego dizajnera, który mieszkał w Los Angeles, gdzie byłam typowym „człowiekiem od wszystkiego”: brand managerką, operations managerką, pomagałam przy organizacji pokazów, przy kampaniach, przy sesjach… Po czasie zrozumiałam, że inwestuję swoje najlepsze lata i całą młodzieńczą siłę w cudze projekty. Teraz patrzę na to inaczej. Każda produkcja to osobny projekt. Nie angażuję już całej siebie w „czyjś koszyk”, tylko we własny rozwój. I choć wciąż daję z siebie sto procent, wiem, że robię to dla siebie, że efektem jest mój dorobek. Odkryłam też, że czas spędzony na planie sesji zdjęciowej dawał mi taki „haj”, że po powrocie do domu naprawdę czułam, że żyję. Tego uczucia nie dawała mi żadna praca biurowa czy operacyjna. Wtedy zaczęłam rozumieć, że to jest ta droga.
Za co najbardziej kochasz to, co robisz?
Produkcja nie jest łatwa. Powiedziałabym wręcz, że to zawód niewdzięczny. Jesteś trochę jak matka: wszyscy czegoś chcą, każdy przychodzi z problemem, a ty musisz znaleźć rozwiązanie. Ale kiedy sesja się kończy, ludzie podchodzą, dziękują, a ty patrzysz na efekt i masz poczucie ogromnej satysfakcji. To trudna, lecz piękna miłość. Każdy projekt jest dla mnie jak nowe dziecko – wymagające i dające poczucie spełnienia.
fot. Tess Elizabethfot. Tess Elizabeth
Wspominałaś, że początki w Stanach były trudne – dużo różnych zajęć, dorabianie, by związać koniec z końcem, proces szukania siebie na nowo. Jak udało ci się wejść w świat produkcji właśnie tam?
Powiem tak: Los Angeles to miejsce pełne sprzeczności. Wszyscy mają o nim wyobrażenia: że to plastikowa fantazja, że ludzie podstawiają sobie nogi – i trochę prawdy w tym jest. Jednocześnie jeśli naprawdę ciężko pracujesz, prędzej czy później dostrzegasz owoce tej pracy. Myślę, że pomogło mi właśnie moje polskie podejście. Zaczęłam bardzo doceniać, że my, Polacy, mamy w sobie taką siłę, wytrwałość, trochę niezrozumianą za granicą. Myślę, że to wynika z historii, z tego, przez co przeszły wcześniejsze pokolenia. Ja sama zauważyłam, porównując się do znajomych Amerykanów, którzy zaczynali w tym samym czasie, że po roku czy półtora byłam o kilka kroków dalej – produkowałam samodzielnie, prowadziłam całe projekty. Nie dlatego, że ktoś mi to podał na tacy, tylko dlatego, że naprawdę pracowałam, wychodząc z założenia, że nie ma rzeczy, której nie zrobię. Zaczynałam od najprostszych zadań – jako asystentka potrafiłam klęknąć na podłodze i sprzątnąć rozlany napój na pokazie Diora. Ludzie zauważali takie rzeczy, także ci najważniejsi. Pamiętam sytuację, kiedy główna producentka Diora, z którą nigdy wcześniej nie zamieniłam słowa, podeszła do mnie i powiedziała: „Obserwowałam cię, przypominasz mi mnie samą, kiedy zaczynałam”. To był dla mnie jasny sygnał, że jestem na właściwej drodze. W Stanach zrozumiałam też, że moja polskość to atut. Przez lata chciałam być bardzo „kalifornijska” – surfowałam, randkowałam z muzykami, opalałam się bez SPF-u, żeby tylko nie być „bladą dziewczyną z Europy Środkowo-Wschodniej”. Potem uświadomiłam sobie, że właśnie moja inność, akcent i pochodzenie sprawiają, że zostaję zapamiętana. Nie byłam „kolejną dziewczyną z Londynu”, tylko „the Polish producer”. To stało się moją wizytówką. Teraz celebruję polskość – wracam do Polski i pierwsze, co robię, to idę na targ po maliny albo na chłodnik.
Pamiętasz projekt, który otworzył ci drzwi?
Zdecydowanie pokaz Diora w Nowym Jorku, jednocześnie najcięższy, przy jakim pracowałam. Dwa tygodnie pracy non stop, sytuacje rodem z „Diabeł ubiera się u Prady” razy sto. Stres, szukanie rozwiązań na ostatnią chwilę, bieganie z dokumentami po deszczu i uważanie, aby tylko nie zamokły… Wtedy byłam jeszcze asystentko-koordynatorką, ale wiedziałam, że to mój moment przełomowy. Po tym projekcie czułam, że mogę zmierzyć się z każdym wyzwaniem.
Czy są jakieś charakterystyczne elementy, które przemycasz do swoich produkcji?
Zdecydowanie tak. Wybieram projekty, które mnie definiują. Już nie zgadzam się na wszystko – jeśli coś nie jest mi bliskie stylistycznie, wolę odmówić. Uwielbiam pracować z fotografami o podobnej wrażliwości, jak na przykład z Julią Noni czy Dorotą Szulc. Oczywiście pracuję też komercyjnie, ale projekty artystyczne, często edytoriale, są najbliższe mojemu sercu. Tam mogę przemycić swoje inspiracje: nagość, vintage, trochę „dziwności” w pozytywnym sensie. To one sprawiają, że czuję się w stu procentach sobą jako producentka. Chciałabym, by ludzie, patrząc na projekt, mogli powiedzieć: „Aha, to produkcja Michelle”.
W którym momencie zaczyna się dla ciebie projekt komercyjny, a kończy ten artystyczny?
Mam szczęście, że właściwie przy każdym projekcie poznaję osoby, które później wracają i chcą znów współpracować. Wciąż jednak pracuję z markami, które mnie jarają, takimi jak Dior, Chanel, Acne Studios. Niedawno byłam częścią teamu produkcyjnego Chanel – to ogromna machina, kilka osób w produkcji i dziesiątki, jeśli nie setki po stronie artystycznej i kreatywnej. To milionowe projekty, a przy takiej skali nie masz realnego wpływu na aspekt artystyczny. To korporacyjne przedsięwzięcia, gdzie wszystko zostało wymyślone i zatwierdzone, a ty musisz to wykonać. Nie narzekam, to nie projekty typu „Old Navy” czy jakaś przypadkowa sieciówka, lecz marki, z którymi chcę być kojarzona. Może nie kupiłabym nowego Diora, ale vintage Dior, jak koszula, którą mam na sobie, to totalnie mój klimat.
W twojej pracy mocno wybija się kobiece ciało, duch, energia. Jak to się wiąże z twoim życiem prywatnym?
Moim zdaniem każda kobieta ma w sobie coś z wiedźmy – intuicję, moc, połączenie z naturą i własnym ciałem. Wychowałam się w domu bez ojca, z mamą i starszą siostrą, w środowisku czysto kobiecym, pełnym surowej, szczerej energii. Nigdy nie traktowałam tego jako brak, wręcz przeciwnie – jako ogromne wzmocnienie. Miałam też wielkie szczęście do przyjaciółek, ponieważ od dziecka otaczały mnie niesamowite kobiety. Moją najbliższą przyjaciółką jest Olga Janicka, producentka, którą znam od siódmego roku życia. Jest też Aleksandra Nowak – dziennikarka, feministka, ukształtowała mnie światopoglądowo. Dorastałyśmy niezależne, silne, bez potrzeby definiowania się przez romantyczne związki. I to doświadczenie przenoszę do mojej pracy. Już jako nastolatka miałam na ścianach zdjęcia Ellen von Unwerth – roznegliżowane kobiety, pełne mocy i seksapilu. Mama chwytała się za głowę, starała się, by nikt tego nie zobaczył, a ja miałam poczucie, że właśnie tak chcę patrzeć na kobiety i je ukazywać.
fot. Tess Elizabethfot. Tess Elizabeth
Czyli ściana w twoim pokoju, zamiast plakatów zespołów, była pełna kobiecych aktów…
Zawsze celebrowałam kobiece ciało. Energia wiedźmowości, sensualności, queerowości jest dla mnie ogromnie inspirująca. Pozostaję w związku ze wspaniałym mężczyzną, lecz moje wnętrze i inspiracje przepełniają kobiety. Przy jednej z ostatnich sesji zainspirowałam się Helmutem Newtonem i Ellen von Unwerth, jest pełna nagości i mocna wizualnie. Szykuję też projekt z Harley Weir dla „Richardson Magazine” – także z pogranicza sztuki i erotyki, trochę jak vintage’owe magazyny porno, ale w artystycznym, wysmakowanym wydaniu. Uwielbiam takie klimaty.
Czy jest kobieta, z którą praca ci się marzy?
To trudne pytanie, ponieważ każda sesja niesie ze sobą odkrycia. Każda kobieta, z którą pracuję, okazuje się na swój sposób niezwykła – czy to młoda artystka, jak Charlie XCX pozująca nago z torbą, czy starsza kobieta z niebywałą charyzmą.
Jaką rolę w twoim życiu odgrywa moda i ubrania, szczególnie vintage?
Ogromną. To moja druga pasja, właściwie drugi biznes. Wychowałam się w domu, gdzie się nie przelewało – moja mama chodziła do second handów i ja też. W podstawówce sprawdzałam, czy nikt mnie wtedy nie widzi, bo dzieciaki oceniały. Koleżanki chodziły w Zarze, a ja przerabiałam sukienki mamy albo polowałam na coś w lumpeksie. To ze mną zostało. Od 2017 roku mam zasadę – zero fast fashion. Nie kupuję nowych ubrań w sieciówkach. Wszystko, co mam (poza bielizną), pochodzi z vintage. To dla mnie kwestia ekologii, stylu i tożsamości. Całe mieszkanie urządziłam rzeczami vintage, jeżdżę Hondą Accord z 1990 roku. Zaczęło się w Polsce od stoisk na targach – pierwsze z Olą Nowak, potem w San Francisco, gdzie byłam jednym z głównych sprzedawców w sklepie vintage. To pozwoliło mi utrzymać się za granicą, zanim weszłam w duże produkcje. Nawet jeśli właśnie skończyłam dwadzieścia jeden dni na planie Chanel, później wciąż idę na market vintage.
Pamiętam, że kiedy miałam jakieś piętnaście lat i po raz pierwszy zawędrowałam na targi do warszawskiego kina Luna, otworzył się przede mną kompletnie nowy świat. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam, na czym polega magia tych spotkań, ale czułam, że jest w tym coś więcej.
Sama coraz częściej myślę, by przywozić różne perełki z LA i pokazywać je w Polsce. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu podchodziły do mnie osoby, kręcąc nosem: „Dwadzieścia złotych za babciną szmatkę? To za dużo!”. Sprzedawałam za bezcen. A teraz? Świadomość jest zupełnie inna – ludzie rozumieją wartość jakościowych materiałów, unikalności, to, że za każdym ubraniem kryje się historia. Społeczność wokół vintage dojrzewa i właśnie ona jest dla mnie najważniejsza. Mieszkając na emigracji, nosisz w sobie tęsknotę za domem. Los Angeles to moje miejsce, ale Polska wciąż głęboko we mnie siedzi – ta nostalgia sprawia, że szukasz bliskości osób mających podobne doświadczenia.
Jak pielęgnujesz w sobie polskość?
Jestem w niej zakochana do tego stopnia, że zapisałam się na polskie tańce ludowe do zespołu Krakusy! Wyobrażasz to sobie? W Los Angeles, w polskim kościele, dwa razy w tygodniu po trzy godziny zajęć. Nieważne, czy mam akurat sesję zdjęciową, czy projekt do oddania – zawsze staram się tam pojawić. To dla mnie sposób, by poczuć się jeszcze bliżej polskości. Okazało się, że w środku LA istnieje cała społeczność pielęgnująca tradycję tańców ludowych i jeżdżąca na festiwale do San Francisco, Oregonu czy San Diego. Niedawno miałam swój pierwszy występ na balu dla Polonii, co było dla mnie ogromnym przeżyciem.

W końcu porzucamy okraszony złą sławą „syndrom polskości” i sięgamy do wspomnień, sentymentów, sprawiamy, że polskość staje się naszą siłą.
Wydaje mi się, że każdy, kto dorastał w Polsce, nosi w sobie umiejętność improwizacji. Wychowując się na blokowisku, raczej nie miało się do czynienia z luksusem. Nikt z moich przyjaciół nie był bogaty. Wszystko opierało się na zasadzie: „Idź na podwórko i baw się”. Trzeba było wymyślać gry, zabawy, historie. Tak samo z modą – przerabiało się stare ubrania, szyło sukienki, robiło coś z niczego. To ogromna lekcja kreatywności i uważam, że to doświadczenie nas wyróżnia. Dlatego teraz, kiedy wracam do Polski, marzę o produkowaniu sesji również tutaj, o tworzeniu projektów mocno zakorzenionych w polskości. Bardzo inspirują mnie sesje zdjęciowe Chylak – koronki, babcine motywy, folk… Marzę o stworzeniu dokumentu, który pokaże polskość taką, jaka jest naprawdę.
Film to kolejny kierunek, w którym chcesz iść?
Marzy mi się film dokumentalny. Moda mnie fascynuje, ale mam świadomość, że kampanie modowe są trochę ulotne – robisz projekt, zachwycasz się nim i za chwilę przychodzi kolejny. Dokument daje możliwość opowiedzenia historii w głębszy sposób. Robiąc go, wchodzisz w intymną relację na miesiące, a nawet lata. To coś, czego pragnę.
Czujesz, że LA to już twoje docelowe miejsce?
Tak. Mieszkałam w Krakowie, Warszawie, San Francisco, nigdy jednak nie ciągnęło mnie do Nowego Jorku. LA ma swoje sprzeczności, ale to miejsce, w którym czuję się najlepszą wersją siebie. Jest tu niesamowita energia – codziennie spotykam ludzi robiących fascynujące rzeczy. Do tego słońce, luz, otwartość. Wiem, że właśnie tutaj mogę rozwijać się twórczo i jednocześnie zachować w sobie polskość.
producentka kreatywna Michelle Kapuscinski
foto i stylizacja Tess Elizabeth
wideo Szymon Dybowski & Marcin Jach
makijaż i włosy Kayli Rachelle
scenografia set design Joseph Cavanaugh
FacebookInstagramTikTokX