Zeszłoroczna edycja Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2025 to wystawa, która wymyka się porządkom i definicjom. Nie chodzi o mapowanie trendów, lecz o pokazanie malarstwa jako żywego, ryzykownego aktu. „Nie chciałam, by ta edycja stała się komentarzem do aktualnych tendencji. Ciekawsze jest to, co wymyka się językowi teorii – co rodzi się z napięcia, z doświadczenia”, powiedziała kuratorka. Porozmawialiśmy z Małgorzatą Mycek, laureatem Grand Prix 47. Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2025, docenionym za odważny głos i autentyczność.
Jak się czujesz jako laureat tak ważnego wydarzenia? Ogromne gratulacje.
Wspaniale! Chociaż jeszcze to do mnie nie dociera. W ogóle nie spodziewałem się tego uznania, to moja pierwsza wielka nagroda i ogromnie się z niej cieszę.
Prace, które wysłałeś do konkursu – „Transmutacja”, „Miecz na młot na czarownice”, „Upał jak diabli” – tworzą jakiś rodzaj tryptyku?
Właśnie nie, ale w sztuce cenię to, że każdy może mieć własną interpretację. Wspomniane prace pochodzą z trzech różnych cykli. Każda powstała z innej okazji, ale wszystkie reprezentują wartości dla mnie ważne, dlatego je wybrałem. To taki miszmasz, który jednak w całości opowiada o mnie i mojej twórczości.
Przy okazji wystawy w Turnusie na Wolskiej w twoich obrazach zaczęły się pojawiać motywy fantastyczne – upiory, wampiry. Czy są one związane z wierzeniami?
Tak, przeprowadziłem się z Poznania do Radoszyc, na wieś, z której pochodzę. Cała moja rodzina tu mieszka i teraz ja także – z moim mężem, w tym roku wzięliśmy ślub. Jest magicznie. To wieś, w której stykają się różne kultury. Pomimo działań wojennych, takich jak Akcja „Wisła”, i wysiedleń ludności lokalnej (Łemków, Bojków, Dolinian), część społeczności wróciła i niektóre wierzenia przetrwały. Oczywiście jest ich znacznie mniej niż kiedyś, ale ciekawi mnie obcowanie z tą wielokulturowością.
Jak to jest wrócić i zamieszkać znów w miejscu, gdzie doświadczyło się przemocy?
Początki były najtrudniejsze. Teraz bardzo dobrze mi się tutaj żyje, ciągle przebywam wśród ludzi. Staram się dogadywać z rodzicami, którzy tak samo jak ja rozwinęli się przez lata i dorośli do niektórych rzeczy. Oczywiście wciąż zdarzają się momenty, gdy się z kimś nie zgadzam, ale staramy się żyć razem, w zgodzie, uczymy się od siebie nawzajem.
Czyli uzasadnienie jury konkursowego, mówiące, że z odwagą zredefiniowałeś wieś w przestrzeń oporu i wspólnoty, odnosi się do prawdziwych zdarzeń w twoim życiu. Swoimi działaniami dokonałeś rodzaju transformacji kulturowej.
Nie wiem, czy ja jej dokonałem, choć na pewno w jakimś stopniu. Jeśli moi rodzice by mnie nie akceptowali, nie mógłbym tutaj mieszkać, a to oznaczałoby brak jakichkolwiek działań na rzecz zmiany. Jednak jestem tu i nikt nie stoi pod moim domem z transparentem: „Won, lewactwo”. Nikt też nie ma problemu z tęczową flagą, którą wywiesiłem w oknie. To już nie jest to samo miejsce co piętnaście lat temu, kiedy wyjeżdżałem. Wszystko przeszło i wciąż przechodzi pewnego rodzaju ewolucję. Teraz żyje mi się tutaj naprawdę wygodnie, wręcz coraz trudniej mi się stąd wyjeżdża.
To bardzo pozytywna historia, jakich nie ma zbyt wiele w tych czasach. Daje nadzieję, że zmiany są możliwe, odziera wiejskość z mitu, że nic się nie da i lepiej nie próbować.
Rzeczywiście wciąż przewija się taka narracja o wsi, często budują ją osoby z zewnątrz. Moja wieś obecnie liczy około stu mieszkańców, wszyscy się znamy. Nie przybieram roli kolonizatora, który przyjeżdża z miasta, by kogokolwiek pouczać albo wywoływać konflikty. Interesuje mnie to, co dzieje się dookoła, i cieszę się, że mogę w tym uczestniczyć. Umawiam się na przykład z seniorkami, które uczą mnie lokalnego rękodzieła, między innymi wykonywania łemkowskiej krywulki pochodzącej z tych stron i wpisanej na listę dziedzictwa niematerialnego.
To przepiękne ozdoby. Studiujesz też rzemiosło artystyczne na lokalnym Uniwersytecie Ludowym. Nauczyłeś się nowych rzeczy?
To wspaniałe miejsce, z którego można czerpać garściami. Poznałem tam niezwykłe
osoby, rękodzielników i rękodzielniczki.
Czy lokalna społeczność ogląda twoją sztukę? Jakie są reakcje i odczucia?
Nie wszyscy oglądają bądź śledzą to, co robię, nie wszystkim też się to podoba, ale gdy ktoś coś zobaczy w internecie, często chce o tym porozmawiać, dopytuje, wykazuje ciekawość. Mój ojciec nie przepada za moją sztuką, lecz mimo wszystko mnie wspiera, pomaga mi wykonywać różne elementy prac. Mój sąsiad z kolei za kilka słoików miodu od moich pszczół podarował mi drewno lipowe, a ponadto chciał zamówić rzeźbę Chrystusa Frasobliwego. Nie wydaje mi się jednak, że ten Chrystus powstałby w konwencji, która by mu się spodobała. Nie byłaby to realistyczna rzeźba w drewnie ani rzeźba ludowa zdobiąca okoliczne kościoły bądź parki. Byłby to eksperyment z dużą dawką fantazji.
Zaciekawiłaby mnie reakcja na niekonwencjonalne przedstawienie sztuki sakralnej. Na twoim Instagramie widziałam pracę „Dolina śmierci”, wykonaną w technice haftu krzyżykowego. Zamierzasz poszerzyć swoje medium o tkaninę?
Prawdopodobnie nawet zrobię z niej dyplom. Wstępnie planuję pleść na ramie tkackiej. Bardzo cenię też hafty, to wspaniała technika, która daje ogromne możliwości. Ponadto zaczęła mnie fascynować ceramika. Żałuję tylko, że nie mogę w pełni poświęcić się wszystkim technikom, których się uczę.
Poza dyplomem masz jeszcze jakieś plany?
Mam niezwykle intensywny czas i przyszły rok zapowiada się podobnie. Niedawno otworzyłem wystawę zbiorową „Daddies, kings & sissy boys” w Galerii CSW Kronika w Bytomiu. Następnie przyszedł udział w „Kwestii kobiecej”, potężnej, przekrojowej ekspozycji w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ostatnie dwa miesiące natomiast poświęciłem na stworzenie mozaiki od podstaw. Sam wypalałem wszystkie ceramiczne elementy, zbudowałem nawet własny piec do ceramiki z metalowego kubła na śmieci. W przyszłym roku odbędą się dwie moje wystawy indywidualne: w BWA Warszawa (pojawi się sporo diabłów) oraz w Galerii Bielskiej BWA, stanowiąca nagrodę konkursową „Bielskiej Jesieni”.
Dużo się dzieje! Jesteś równie zapracowany co osoby kobiece z twoich wcześniejszych prac – silne, posągowe, a zarazem modne i nieodstające od kultury popularnej. Szczególnie zapadła mi w pamięć „Żniwiarka” – jest takim socrealistycznym nawiązaniem do twojej rzeczywistości.
Bardzo podobają mi się figury i pozy wypracowane w sztuce socrealizmu – przedstawienia silnych, pewnych siebie osób, przodowników pracy. Patrząc na nie, ma ochotę się ruszyć i kosić razem z nimi siano! Lubię też nawiązywać do klasycznych dzieł. W poprzedniej edycji „Bielskiej Jesieni” zaprezentowałem pracę zatytułowaną „Siewczyni”, inspirowaną „Siewcą” Leona Wyczółkowskiego i klimatem polskiego impresjonizmu. Nawiązując bezpośrednio do tego obrazu, osadziłem postać kobiecą we współczesnej Polsce – w koszulce Adidas, siejącą zaoraną ziemię z wiadra po farbie.
Czy sztuka była dla ciebie pewnego rodzaju ucieczką? Najpierw liceum plastyczne oddalone od twojej miejscowości, potem studia w Poznaniu.
Właściwie można tak powiedzieć. Byłem wycofany i w głębi serca wiedziałem, że coś jest nie tak, że nie pasuję i nie potrafię spełnić oczekiwań. W jakimś stopniu odkryłem też, że jestem osobą transpłciową, której trudno było funkcjonować w tamtej rzeczywistości. Wtedy nie wiedziałem nawet, co znaczy transpłciowość – po prostu miałem poczucie, że muszę coś zmienić, wyjechać, znaleźć nowe miejsce dla siebie. Dlatego zdecydowałem się przenieść do Poznania. Tam łatwiej było mi być sobą, choć studiując, musiałem jednocześnie pracować na swoje utrzymanie. To z kolei ograniczało czas, który mogłem poświęcić na twórczość.
Jak jest teraz? Osobiście postrzegam cię jako artystę, który jest w stanie utrzymać się ze sztuki.
Och, niestety, tak nie jest. To straszna praca, kocham ją i nie wyobrażam sobie robić niczego innego. Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym przestał malować. Finansowo jednak to ciągła walka o przetrwanie, stale trzeba kombinować, jak związać koniec z końcem. Przez ostatnie dwa miesiące było naprawdę ciężko – musiałem się nawet zapożyczyć, żeby zrobić zakupy spożywcze. Zdarza mi się sprzedawać swoje prace, ale to przychodzi falami – raz coś się sprzeda, potem długo nic, później znowu pojawiają się oferty zakupu. Przede mną nagroda od „Bielskiej Jesieni” – trzydzieści tysięcy złotych minus podatek. To dla mnie ogromna, wręcz niewyobrażalna kwota. Moje zajęcie jest bardzo niestabilne, choć jednocześnie mam świadomość swojej uprzywilejowanej sytuacji – reprezentuje mnie galeria w Warszawie, a do tego mieszkam w domu należącym do mojej rodziny i nie muszę płacić za wynajem.
System już dawno powinien stworzyć bezpieczne warunki dla osób artystycznych, które przy pracy na umowach o dzieło nie mają nawet ubezpieczenia zdrowotnego.
Zdecydowanie. Dzięki inicjatywie Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej kilka galerii podpisało porozumienie dotyczące wynagrodzenia dla osób artystycznych, więc przynajmniej w tej kwestii zaczyna się coś normować. Wciąż jednak dużym, a zarazem mało nagłaśnianym problemem pozostaje współpraca z instytucjami, które często proponują stawki poniżej granicy godności. Mam nadzieję, że w przyszłości uda się wypracować jasne normy, określające minimalne wynagrodzenia za tego typu współprace.