„Jako artysta najlepiej czuję się na ulicy”. Łukasz Surowiec sięga tam, gdzie nie radzą sobie politycy

18-07-20227 min czytania
„Jako artysta najlepiej czuję się na ulicy”. Łukasz Surowiec sięga tam, gdzie nie radzą sobie politycy
Łukasz Surowiec, fot. Danuta Matłoch
„Oddaję głos ludziom, którzy siedzą na ławce i nikt z nimi nie rozmawia – robię z nimi projekt artystyczny, spektakl czy książkę”.
Łukasz Surowiec to bezkompromisowy artysta, który w swoich działaniach upomina się o poprawę losu osób wykluczonych. Analizuje na polu sztuki niepokojące zjawiska obecne we współczesnym świecie, m.in. narastające nierówności społeczne czy faszyzację języka debaty publicznej. Dotyka problemów, z którymi nie radzą sobie politycy, urzędnicy, czy też patrząc szerzej – społeczeństwo. W „Skupie łez” razem z Alicją Rogalską płacił ludziom za ich łzy wypłakane do fiolki, w „Poziomicy” zaproponował zrównanie pensji pracowników galerii, w „Poczekalni” stworzył przestrzeń o zawieszonej umowie społecznej, gdzie mógł przebywać każdy na własnych warunkach, w „Śnie Jakuba” wynajmował mieszkania na Airbnb dla osób w kryzysie bezdomności, zorganizował też zakład pracy dla uzależnionych od alkoholu i wymyślił nagrodę dla piłkarza, który zapłacił najwyższy podatek. W ramach tegorocznego krakowskiego Miesiąca Fotografii, w Bunkrze Sztuki mogliśmy zobaczyć kilka projektów Surowca z ostatnich lat.
Jesteś artystą mocno zanurzonym w rzeczywistości, często wpisującym się w działania aktywistyczne. Bywasz określany jako artywista. Co o tym zadecydowało?
Zaangażowanie społeczne pojawiło się u mnie poprzez sztukę, to ona popchnęła mnie w stronę tematów polityczno-społecznych. Trudno mnie jednak zaliczyć do aktywistów, bo oni mają jasno określony cel – dokonanie zmiany społecznej. Jako człowiek też do tego dążę, ale jako artysta staram się otwierać na możliwości, które zaskakują mnie samego i stawiają nowe pytania. W sztuce interesuje mnie to, czego nie wiem, a nie to, co wiem. Jako aktywista wiesz, czego chcesz.
W świecie sztuki czujesz się outsiderem czy kimś wewnątrz głównego nurtu?
Czasy się zmieniły, we współczesnej sztuce jest coraz więcej tzw. artywizmu i artystów pracujących na rzecz lepszego świata. Znam wielu twórców uprawiających sztukę zaangażowaną, więc nie czuję się odosobniony.
Niektóre twoje projekty, zwłaszcza te, w których brali udział ludzie w kryzysie bezdomności, spotykały się z krytyką w mediach niezwiązanych ze sztuką. Jak się do tego odnosisz?
Rozumiem to, że ludzie nie rozumieją. Wiele osób wyznaje moralność będącą efektem konserwatywnego wychowania. Woli, by pewne kwestie nie były poruszane i problematyzowane. Ich zdaniem artysta współpracujący z osobą wykluczoną ją wykorzystuje, by zbić kapitał symboliczny i finansowy. A ja wykluczonych traktuję podmiotowo, oddaję głos ludziom, którzy siedzą na ławce i nikt z nimi nie rozmawia, robię z nimi projekt artystyczny, spektakl czy książkę. Uważam, że sztuka powinna kształtować świat pożądany i obnażać rządzące nim mechanizmy. Na początku lat 90. Kozyra do „Piramidy zwierząt” zabiła i wypchała konia, a oburzeni byli ludzie, którzy zajadali się mięsem. Podobnie jak moimi projektami, m.in. „Poczekalnią”, czy „Przychodnią”, oburzały się osoby, z których wiele raczej nie pomagało na co dzień wykluczonym w żaden sposób. Sztuka zaangażowana to poszukiwanie nowych możliwości działania i uwrażliwianie na pewne kwestie, a nie prowokowanie dla prowokowania.
Od artystów wymaga się więcej pod względem etycznym, choć ta etyka bywa opacznie rozumiana.
Nie jest jednak tak źle, odbieram mnóstwo głosów pozytywnych. Uważam, że sztuka taka jak moja nie do końca pasuje do galerii i pokazywania na wystawach w konwencjonalnym rozumieniu. Dużo lepiej się czuję na ulicy. Większość galerii nie nadąża za potrzebami współczesnych artystów – brakuje w Polsce miejsc, które nie mają stałej przestrzeni i mogą działać w różnych warunkach z dobrym budżetem i programem. Dobrze, że powstają kolejne muzea w imponujących budynkach, ale przydałyby się też instytucje bardziej elastyczne, nieskupione na pokazywaniu jedynie wystaw.
„Sen Jakuba”, Łukasz Surowiec, Bunkier Sztuki, fot. Dominika Lenc
W twojej „Przychodni” osoby uzależnione od alkoholu odbywały rozmowy z antropologami i badaczami społecznymi, za co dostawały niewielkie wynagrodzenie, które miało wystarczyć na półlitrową butelkę wódki. Czy twoim zdaniem jest jakiś sposób, by takim osobom długofalowo pomóc? Czy właśnie takie liberalne rozwiązania mogłyby do tego przybliżyć?
Z jednej strony mamy osobę chorą, która nie potrafi lub nie wyraża chęci, by przestać pić. Z drugiej – system, który w tego typu przypadkach nie wypracował sposobów, by tych ludzi przywrócić do funkcjonowania w życiu społecznym. Ten projekt był o tym, czego brakuje. Artyści i badacze mogą sobie pozwolić na eksperymenty społeczne, na które nie pozwalają sobie urzędnicy czy politycy. Życie społeczne cierpi na tym, że żaden polityk nie jest zdolny do zaproponowania nowego sposobu myślenia o naszej rzeczywistości. Większość osób sprawujących władzę trzyma się utartych ścieżek i schematów, a ewentualne zmiany dokonywane są bardzo powoli.
Z tym, co mówisz, kojarzą mi się słowa Slavoja Žižka o kapitalizmie: „[…] łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż znacznie skromniejszą zmianę w obrębie sposobu produkcji”. Na przekór takiemu myśleniu w swoich projektach próbujesz dokonywać małych zmian i pokazywać wykraczające poza normę rozwiązania w praktyce.
To jest mój główny cel. Pokazuję nowe podejście do jakiegoś zagadnienia i sprawdzam, co się wydarzy – czy będzie to coś dobrego, czy niekoniecznie. W „Poziomicy” zaproponowałem zrównanie pensji pracowników poznańskiej galerii Arsenał, na co zgodzili się wszyscy poza dyrektorem. W „Skupie łez” płaciłem ludziom za ich łzy wypłakane do fiolki, co dla wielu osób było wyzwalającym doświadczeniem. W „Przychodni” uzależnieni od alkoholu mieli być wynagradzani alkoholem za swoją pracę, tzw. alcoinem, ale ostatecznie ze względów prawnych dostawali gotówkę. W „Poczekalni” w krakowskim Bunkrze Sztuki stworzyłem przestrzeń o zawieszonej umowie społecznej, gdzie mógł przebywać każdy na własnych warunkach. Projekt ten był przeprowadzany zimą, więc siłą rzeczy podziemia Bunkra opanowały osoby bezdomne, szukające schronienia i ciepła. Na początku jednak przebywali tam głównie artyści, z których wielu też jest w pewien sposób wykluczonych, bo nie mają swoich pracowni, w których mogliby tworzyć, często też nie mogą się utrzymać ze swojej sztuki. Niedawno, na zorganizowanej w Bunkrze Sztuki w ramach Miesiąca Fotografii wystawie „Nie od razu zbudowano”, pokazywałem m.in. instalację „Trzysta tysięcy” złożoną z kamieni zebranych przeze mnie wraz z bezdomnymi. Kamienie układają się w napis „Trzysta tysięcy”, bo właśnie około tyle mieszkań stoi pustych w samej Małopolsce według najnowszego spisu powszechnego – procentowo to najwyższych wynik ze wszystkich województw w Polsce. W całym kraju pustostanów jest aż 1,85 miliona. Jak widać rozwiązanie problemu braków lokalowych jest na wyciągnięcie ręki.
„Trzysta tysięcy”, Łukasz Surowiec, Bunkier Sztuki, fot. Aurelia Kulesza
Upominasz się o poprawę losu osób wykluczonych, co symbolicznie i praktycznie miałby wyrażać twój „Pomnik Ofiar Relacji Społecznych”.
To jeden z tych projektów, które bardzo chciałbym zrealizować. Byłaby to rzeźba w kształcie dużego, podgrzewanego walca lub kilku takich walców. Umieszczona w przestrzeni publicznej, mogłaby pełnić funkcję integrującą lokalną społeczność, jako miejsce spotkań, albo po prostu, jako „ciepły pomnik”, stałaby się schronieniem w zimne dni dla osób w kryzysie bezdomności. Próbowałem ten projekt zrealizować już w kilku miejscach, a najbliżej było w okolicach 2016 roku we Wrocławiu, gdy był Europejską Stolicą Kultury. Organizatorzy jednak się wystraszyli, gdyż uważali, że pomnik zostanie zajęty przez osoby bezdomne, tak jak się stało, gdy miasto postawiło na ulicach podgrzewane ławki, po pewnym czasie zlikwidowane. A właśnie o wsparcie dla osób wykluczonych i uwrażliwienie na ich losy chodzi w „Pomniku Ofiar Relacji Społecznych”.
W szczecińskiej galerii TRAFO pokazałeś ostatnio rzeźbę, która też ma być apelem o sprawiedliwość społeczną, ale kierowanym bezpośrednio do tych, którzy powinni odczuwać jej potrzebę w największym stopniu, czyli najbogatszych. To puchar w kształcie piłki z napisem „The best player is a taxpayer”.
To kolejne z moich działań, mające zachęcić do wyobrażenia sobie innej rzeczywistości. Mam wrażenie, że w Polsce płacenie podatków jest uważane za formę kary, a nie coś, czym możemy się chwalić. Nie ma też możliwości, by płacić ich więcej, niż się powinno. Statuetka z napisem „The best player is a taxpayer” to prototyp nagrody dla piłkarza, który zapłacił największy podatek dochodowy. Powstała w galerii TRAFO, dlatego nazywam ją Trafoxem. Mogłaby być nagrodą dla reprezentantów każdej grupy zawodowej, bo uważam, że ci, którzy płacą największe podatki, to prawdziwi bohaterowie narodowi.
Łukasz Surowiec – artysta interdyscyplinarny, rzeźbiarz, performer, twórca akcji społecznych. Absolwent Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Finalista konkursu Spojrzenia 2017. Miał indywidualne wystawy m.in. w CSW Zamku Ujazdowskim, CSW Znaki Czasu w Toruniu, Bunkrze Sztuki w Krakowie i CSW Kronika w Bytomiu.
tekst: Karol Owczarek
FacebookInstagramTikTokX