Założył fundację dla uchodźców, napisał sztukę po polsku i zapowiada koniec kariery. Z Iwanem Wyrypajewem rozmawiamy o wojnie, integracji, Różewiczu i spektaklu „Jedyne najwyższe drzewa na ziemi”.
Jesteśmy w przestrzeni fundacji Teal House. Co ją napędza?
Fundacja powstała dosłownie w pierwszych tygodniach po wybuchu inwazji. Wcześniej, od 2021 roku, przyjeżdżali artyści z Białorusi — ale w lutym 2022 wszystko przyspieszyło i nagle do Warszawy przyjechały setki Ukraińców. Znali moje sztuki, bo grało je wtedy w Ukrainie trzydzieści pięć teatrów. Przychodzili do nas naturalnie — a gdzie mieli pójść? Zaczęliśmy pomagać i w pewnym momencie przestaliśmy patrzeć na nich jak na uchodźców, a zaczęliśmy widzieć fantastyczne, utalentowane osoby. I wtedy pomyśleliśmy: nie pomagajmy im przetrwać, tylko grać, rozwijać się artystycznie, działać w obszarze, który jest dla nich najlepszy i za którym tęsknią. To jednak kosztowało nas więcej niż się spodziewaliśmy.
Masz na myśli możliwości finansowe?
Tak, ale przede wszystkim ogromne wyczerpanie fizyczne. Ja nigdy w życiu nie szukałem pieniędzy — a teraz szukam ich co dzień, co sekundę. Fundacja wymaga grantów, a granty nie przychodzą same. Pracowaliśmy te cztery lata bez przerwy, bez wolnych weekendów, bez urlopów. Patrzę teraz na swój zespół i widzę, że potrzebują odpocząć. Nasz menedżer ma dwadzieścia sześć lat i robi rzeczy, z którymi niejeden doświadczony producent miałby problem. W normalnych warunkach byłby asystent, byłby menedżer, byłoby sześciu ludzi do kolejnych zadań. U nas jest jeden. Creative Europe wygraliśmy po pierwszym wniosku. Dla fundacji bez managementu, bez zaplecza był to dowód, że robimy to dobrze. Z biegiem czasu coraz trudniej jednak o fundusze.
Integracja uchodźców to proces skomplikowany, Ty zarządzasz nim od środka. Jakie masz zdanie o systemowych możliwościach nadania mu jakiegoś kierunku?
Nie romantyzuję. Jest mentalna różnica między Ukraińcami a Polakami. Jest różnica między Białorusinami a Polakami. Ludzie inaczej odbierają zagrożenie, inaczej reagują. I nie ma sensu przekonywać, że to nie prawda. Głównym problemem jest komunikacja. Teatr polski działa w jednym języku — i tak być powinno, to jest narodowa kultura. Dla artysty z zewnątrz oznacza to jednak, że nie ma gdzie grać. Dlatego zaczęliśmy myśleć: czy można zbudować coś w rodzaju uniwersalnego języka teatralnego. Jest w tym coś ważnego: kiedy w piątek wieczorem polska publiczność przychodzi na spektakl i nie myśli o tym, czy reżyser jest Ukraińcem czy Rosjaninem, tylko czy spektakl jest dobry – to jest integracja. Integracja teatralna. I ona działa.
Polska jest jednak mocno etnocentryczna, sam to zauważasz.
Mówię to z czułością, nie z zarzutem. Polska sto lat nie istniała, potem była okupacja, potem dominacja rosyjska. Kraj ledwo wstał na nogi i zaraz znowu coś się historycznie działo trudnego. To jest normalny strach. Teraz Polska jest w najlepszym momencie swojej historii – jest w centrum, ratuje Ukrainę, ma silną armię, znakomitych ludzi. Jedyny problem to samoidentyfikacja. Polacy nie wiedzą do końca, kim chcą być poza oddaniem głosu na PiS lub Platformę. A to jest ważniejsze pytanie niż to, kto wygra następne wybory.
„Jedyne najwyższe drzewa na ziemi” powstawały w czasie wojny.
Kiedy wybuchła wojna, nie mogłem pisać. Przez pierwsze pół roku byłem w absolutnym szoku. Mój naród zabija dzieci, a ja miałbym pisać sztuki? I wtedy sięgnąłem po Różewicza — tłumaczyłem go kiedyś, czytałem jego biografię. On w 1946 roku wyszedł z lasu, rok biegał z bronią w Armii Krajowej, zabijał ludzi. I stanął przed pytaniem: o czym pisać? Odpowiedzią był absurd. Różewicz, Mrożek — oni zbudowali coś, co można nazwać autentycznym polskim absurdem powojennym. Ten tekst, który teraz gramy, istniał wcześniej — ale poprawiłem go po wybuchu wojny. Jest mocniejszy.
Obsada jest nieoczywista. Karolina Gruszka i Magdalena Górska jako Sandy i Dorothy – dwie błyskotliwe Amerykanki komentujące chaos współczesności. I Bartłomiej Topa jako Bonch – mężczyzna, który po śmierci syna modli się codziennie pod drzewem.
Bartek mnie zaskoczył. Wniósł do tego spektaklu coś, czego nie zakładałem. On nie jest aktorem, który wyłącznie „gra” – on myśli. W Polsce jest tak, że znany aktor to dobry aktor– nie jak w Hollywood, gdzie można być sławnym, nie będąc dobrym. Tu sława i talent znacznie częściej idą w parze.
Akcja rozgrywa się w Waszyngtonie. To celowy dystans?
Mnie interesuje Ameryka, bo to jest teraz centrum wszystkiego – politycznie, cywilizacyjnie. Epoka Trumpa, radykalne podziały, język, który dzieli zamiast łączyć. A jednocześnie jest tam Bonch – człowiek, który po prostu modli się pod drzewem i wydaje się wszystkim wokół dziwakiem. I pytam: może w tym śmiesznym człowieku ukryta jest jedyna prawda o nas?
Co chciałbyś, żeby widzowie zabrali ze sobą po wyjściu z „Jedynych najwyższych drzew na ziemi”?
Żeby byli szczęśliwi. Żeby wyszli i powiedzieli: dobrze wydane pieniądze na bilet. Że było to wzruszające, zabawne, ale głębokie. Pomimo konwencji plakatu ktoś widząc moje nazwisko, Karolinę, Bartka i Magdę razem na scenie zrozumie, że nie jest to bulwarowa komedia na wieczór panieński.
Dlaczego myślisz o zakończeniu pracy jako dramaturg?
Jechałem taksówką i kierowca zapytał mnie czym się zajmuję. Odpowiedziałem, że jestem dramaturgiem i on spojrzał na mnie jak na człowieka, który nie zrobił w życiu niczego pożytecznego. I to mnie bawi i smuci jednocześnie. Teatr jest dla mnie czymś absolutnie poważnym – to przestrzeń, gdzie zadaje się pytania, których nie możesz zadać w polityce. Ale jako instytucja, ten model zamkniętego budynku, który otwiera się wieczorem na spektakl i na nic więcej – to jest XIX wiek. Teatr powinien stanowić forum. Powinien być miejscem rozmowy, dyskusji, konferencji. My tak właśnie robimy – w Grecji, na Litwie i teraz w Nowym Jorku. I to jest obszar mojego zainteresowania na przyszłość.
Jesteś pół Rosjaninem, pół Żydem, od lat mieszkasz w Polsce z polską rodziną. Kim się właściwie czujesz?
Ten miks uważam za cenny. Znam polską kulturę od środka, lubię ją, mam do niej dużo czułości — moja żona, moja córka, moje życie jest tutaj. I jednocześnie mam rosyjskie podejście do kultury, które jest nieco inne. W 2013 roku dostałem nagrodę w Warszawie. Sikorski i Ławrow [w 2013 roku szefowie MSZ Polski i Rosji] stali obok siebie z kieliszkami wina, uśmiechali się wręczając dyplomy „za wybitne zasługi w dziele wzajemnego zbliżenia i porozumienia społeczeństw obu krajów”. Możesz to sobie wyobrazić? Warlikowski, Lupa jeździli do Rosji — wszyscy byli zachwyceni, planowano rok kultury rosyjskiej w Polsce. I przyszedł ten jeden człowiek, paranoidalny, z imperialnym systemem w głowie i wszystko zniszczył. To jest wielka tragedia, bo kierunek był dobry, wszystko szło w ciekawą stronę zrozumienia i wymiany.
Wracając do pytania – jestem skazany w Rosji na siedem i pół roku więzienia. Bez polskiego paszportu musiałbym się ukrywać. Andrzej Duda dał mi ten paszport. W naszej rodzinie mamy taki żart, że zapisaliśmy do testamentu: „Każdemu potomkowi o nazwisku Duda dajcie jeść i wpuśćcie do domu. Dziadka uratował prezydent Polski”.


