FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Konkurs
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Advertisement
Art & Dizajn
Patronat

Iwan Wyrypajew: „Teatr jest dla mnie religią, której nazwy jeszcze nie znam”

Autor: Agnieszka Sielańczyk
24-02-2026
Iwan Wyrypajew: „Teatr jest dla mnie religią, której nazwy jeszcze nie znam”
Iwan Wyrypajew: „Teatr jest dla mnie religią, której nazwy jeszcze nie znam”
fot. materiały prasowe

Założył fundację dla uchodźców, napisał sztukę po polsku i zapowiada koniec kariery. Z Iwanem Wyrypajewem rozmawiamy o wojnie, integracji, Różewiczu i spektaklu „Jedyne najwyższe drzewa na ziemi”.

Jesteśmy w przestrzeni fundacji Teal House. Co ją napędza?

Fundacja powstała dosłownie w pierwszych tygodniach po wybuchu inwazji. Wcześniej, od 2021 roku, przyjeżdżali artyści z Białorusi — ale w lutym 2022 wszystko przyspieszyło i nagle do Warszawy przyjechały setki Ukraińców. Znali moje sztuki, bo grało je wtedy w Ukrainie trzydzieści pięć teatrów. Przychodzili do nas naturalnie — a gdzie mieli pójść? Zaczęliśmy pomagać i w pewnym momencie przestaliśmy patrzeć na nich jak na uchodźców, a zaczęliśmy widzieć fantastyczne, utalentowane osoby. I wtedy pomyśleliśmy: nie pomagajmy im przetrwać, tylko grać, rozwijać się artystycznie, działać w obszarze, który jest dla nich najlepszy i za którym tęsknią. To jednak kosztowało nas więcej niż się spodziewaliśmy.

Masz na myśli możliwości finansowe?

Tak, ale przede wszystkim ogromne wyczerpanie fizyczne. Ja nigdy w życiu nie szukałem pieniędzy — a teraz szukam ich co dzień, co sekundę. Fundacja wymaga grantów, a granty nie przychodzą same. Pracowaliśmy te cztery lata bez przerwy, bez wolnych weekendów, bez urlopów. Patrzę teraz na swój zespół i widzę, że potrzebują odpocząć. Nasz menedżer ma dwadzieścia sześć lat i robi rzeczy, z którymi niejeden doświadczony producent miałby problem. W normalnych warunkach byłby asystent, byłby menedżer, byłoby sześciu ludzi do kolejnych zadań. U nas jest jeden. Creative Europe wygraliśmy po pierwszym wniosku. Dla fundacji bez managementu, bez zaplecza był to dowód, że robimy to dobrze. Z biegiem czasu coraz trudniej jednak o fundusze.

Integracja uchodźców to proces skomplikowany, Ty zarządzasz nim od środka. Jakie masz zdanie o systemowych możliwościach nadania mu jakiegoś kierunku?

Nie romantyzuję. Jest mentalna różnica między Ukraińcami a Polakami. Jest różnica między Białorusinami a Polakami. Ludzie inaczej odbierają zagrożenie, inaczej reagują. I nie ma sensu przekonywać, że to nie prawda. Głównym problemem jest komunikacja. Teatr polski działa w jednym języku — i tak być powinno, to jest narodowa kultura. Dla artysty z zewnątrz oznacza to jednak, że nie ma gdzie grać. Dlatego zaczęliśmy myśleć: czy można zbudować coś w rodzaju uniwersalnego języka teatralnego. Jest w tym coś ważnego: kiedy w piątek wieczorem polska publiczność przychodzi na spektakl i nie myśli o tym, czy reżyser jest Ukraińcem czy Rosjaninem, tylko czy spektakl jest dobry – to jest integracja. Integracja teatralna. I ona działa.

Polska jest jednak mocno etnocentryczna, sam to zauważasz.

Mówię to z czułością, nie z zarzutem. Polska sto lat nie istniała, potem była okupacja, potem dominacja rosyjska. Kraj ledwo wstał na nogi i zaraz znowu coś się historycznie działo trudnego. To jest normalny strach. Teraz Polska jest w najlepszym momencie swojej historii – jest w centrum, ratuje Ukrainę, ma silną armię, znakomitych ludzi. Jedyny problem to samoidentyfikacja. Polacy nie wiedzą do końca, kim chcą być poza oddaniem głosu na PiS lub Platformę. A to jest ważniejsze pytanie niż to, kto wygra następne wybory.

„Jedyne najwyższe drzewa na ziemi” powstawały w czasie wojny.

Kiedy wybuchła wojna, nie mogłem pisać. Przez pierwsze pół roku byłem w absolutnym szoku. Mój naród zabija dzieci, a ja miałbym pisać sztuki? I wtedy sięgnąłem po Różewicza — tłumaczyłem go kiedyś, czytałem jego biografię. On w 1946 roku wyszedł z lasu, rok biegał z bronią w Armii Krajowej, zabijał ludzi. I stanął przed pytaniem: o czym pisać? Odpowiedzią był absurd. Różewicz, Mrożek — oni zbudowali coś, co można nazwać autentycznym polskim absurdem powojennym. Ten tekst, który teraz gramy, istniał wcześniej — ale poprawiłem go po wybuchu wojny. Jest mocniejszy.

Obsada jest nieoczywista. Karolina Gruszka i Magdalena Górska jako Sandy i Dorothy – dwie błyskotliwe Amerykanki komentujące chaos współczesności. I Bartłomiej Topa jako Bonch – mężczyzna, który po śmierci syna modli się codziennie pod drzewem.

Bartek mnie zaskoczył. Wniósł do tego spektaklu coś, czego nie zakładałem. On nie jest aktorem, który wyłącznie „gra” – on myśli. W Polsce jest tak, że znany aktor to dobry aktor– nie jak w Hollywood, gdzie można być sławnym, nie będąc dobrym. Tu sława i talent znacznie częściej idą w parze.

Akcja rozgrywa się w Waszyngtonie. To celowy dystans?

Mnie interesuje Ameryka, bo to jest teraz centrum wszystkiego – politycznie, cywilizacyjnie. Epoka Trumpa, radykalne podziały, język, który dzieli zamiast łączyć. A jednocześnie jest tam Bonch – człowiek, który po prostu modli się pod drzewem i wydaje się wszystkim wokół dziwakiem. I pytam: może w tym śmiesznym człowieku ukryta jest jedyna prawda o nas?

Co chciałbyś, żeby widzowie zabrali ze sobą po wyjściu z „Jedynych najwyższych drzew na ziemi”?

Żeby byli szczęśliwi. Żeby wyszli i powiedzieli: dobrze wydane pieniądze na bilet. Że było to wzruszające, zabawne, ale głębokie. Pomimo konwencji plakatu ktoś widząc moje nazwisko, Karolinę, Bartka i Magdę razem na scenie zrozumie, że nie jest to bulwarowa komedia na wieczór panieński.

Dlaczego myślisz o zakończeniu pracy jako dramaturg?

Jechałem taksówką i kierowca zapytał mnie czym się zajmuję. Odpowiedziałem, że jestem dramaturgiem i on spojrzał na mnie jak na człowieka, który nie zrobił w życiu niczego pożytecznego. I to mnie bawi i smuci jednocześnie. Teatr jest dla mnie czymś absolutnie poważnym – to przestrzeń, gdzie zadaje się pytania, których nie możesz zadać w polityce. Ale jako instytucja, ten model zamkniętego budynku, który otwiera się wieczorem na spektakl i na nic więcej – to jest XIX wiek. Teatr powinien stanowić forum. Powinien być miejscem rozmowy, dyskusji, konferencji. My tak właśnie robimy – w Grecji, na Litwie i teraz w Nowym Jorku. I to jest obszar mojego zainteresowania na przyszłość.

Jesteś pół Rosjaninem, pół Żydem, od lat mieszkasz w Polsce z polską rodziną. Kim się właściwie czujesz?

Ten miks uważam za cenny. Znam polską kulturę od środka, lubię ją, mam do niej dużo czułości — moja żona, moja córka, moje życie jest tutaj. I jednocześnie mam rosyjskie podejście do kultury, które jest nieco inne. W 2013 roku dostałem nagrodę w Warszawie. Sikorski i Ławrow [w 2013 roku szefowie MSZ Polski i Rosji] stali obok siebie z kieliszkami wina, uśmiechali się wręczając dyplomy „za wybitne zasługi w dziele wzajemnego zbliżenia i porozumienia społeczeństw obu krajów”. Możesz to sobie wyobrazić? Warlikowski, Lupa jeździli do Rosji — wszyscy byli zachwyceni, planowano rok kultury rosyjskiej w Polsce. I przyszedł ten jeden człowiek, paranoidalny, z imperialnym systemem w głowie i wszystko zniszczył. To jest wielka tragedia, bo kierunek był dobry, wszystko szło w ciekawą stronę zrozumienia i wymiany.

Wracając do pytania – jestem skazany w Rosji na siedem i pół roku więzienia. Bez polskiego paszportu musiałbym się ukrywać. Andrzej Duda dał mi ten paszport. W naszej rodzinie mamy taki żart, że zapisaliśmy do testamentu: „Każdemu potomkowi o nazwisku Duda dajcie jeść i wpuśćcie do domu. Dziadka uratował prezydent Polski”.

 

Iwan Wyrypajew — rosyjski dramaturg i reżyser, od 2014 roku związany z Warszawą. Twórca m.in. „Tlenu”, „Pijanych”, „Irańskiej Konferencji”. Laureat nagrody festiwalu filmowego w Wenecji. Wraz z Karoliną Gruszką założył Fundację Teal House. Skazany zaocznie przez rosyjski sąd na 7,5 roku więzienia. Spektakl „Jedyne najwyższe drzewa na ziemi” — Teatr Garnizon Sztuki, Warszawa. Premiera: 25–27 lutego 2026.
Wybierz Waszą Pracę Miesiąca: zagłosuj w konkursie

Polecane

Berlinale 2026: Złoty Niedźwiedź dla „Yellow Letters" İlkera Çataka

Berlinale 2026: Złoty Niedźwiedź dla „Yellow Letters" İlkera Çataka

4 filmy, które nakarmią kobiece ego

4 filmy, które nakarmią kobiece ego

SnowFest 2026: mocny line-up i emocje sportowe

SnowFest 2026: mocny line-up i emocje sportowe

Jedna BAFTA po drugiej. Film Andersona niekwestionowanym zwycięzcą

Jedna BAFTA po drugiej. Film Andersona niekwestionowanym zwycięzcą

Defender Trophy: wielka przygoda z misją

Defender Trophy: wielka przygoda z misją

Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]

Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]

Polecane

Berlinale 2026: Złoty Niedźwiedź dla „Yellow Letters" İlkera Çataka

Berlinale 2026: Złoty Niedźwiedź dla „Yellow Letters" İlkera Çataka

4 filmy, które nakarmią kobiece ego

4 filmy, które nakarmią kobiece ego

SnowFest 2026: mocny line-up i emocje sportowe

SnowFest 2026: mocny line-up i emocje sportowe

Jedna BAFTA po drugiej. Film Andersona niekwestionowanym zwycięzcą

Jedna BAFTA po drugiej. Film Andersona niekwestionowanym zwycięzcą

Defender Trophy: wielka przygoda z misją

Defender Trophy: wielka przygoda z misją

Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]

Rose Byrne kontra świat. „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” to film, który boli tam, gdzie trzeba [RECENZJA]

Więcej od autora

Zetki tęsknią za Pewexem. Czy można płakać za dekadą, której się nie przeżyło?

Zetki tęsknią za Pewexem. Czy można płakać za dekadą, której się nie przeżyło?

Smok, którego nie wolno pokazać. Zakazana sztuka japońskiego tatuażu

Smok, którego nie wolno pokazać. Zakazana sztuka japońskiego tatuażu

Lewandowski, Rubik i Jesse Eisenberg. Jest nowy spot promujący Polskę [WIDEO]

Lewandowski, Rubik i Jesse Eisenberg. Jest nowy spot promujący Polskę [WIDEO]

Zetki tęsknią za Pewexem. Czy można płakać za dekadą, której się nie przeżyło?

Zetki tęsknią za Pewexem. Czy można płakać za dekadą, której się nie przeżyło?

Smok, którego nie wolno pokazać. Zakazana sztuka japońskiego tatuażu

Smok, którego nie wolno pokazać. Zakazana sztuka japońskiego tatuażu

Lewandowski, Rubik i Jesse Eisenberg. Jest nowy spot promujący Polskę [WIDEO]

Lewandowski, Rubik i Jesse Eisenberg. Jest nowy spot promujący Polskę [WIDEO]

FacebookInstagramTikTokX
Wybierz Waszą Pracę Miesiąca: zagłosuj w konkursie