76. Berlinale zakończyło się ceremonią, która od pierwszych minut przypominała bardziej posiedzenie rady ONZ niż galę filmową. Złoty Niedźwiedź powędrował do İlkera Çataka za „Yellow Letters” — dramat o tureckich artystach osaczonych przez autorytarne państwo okazał się zarazem najbardziej trafioną metaforą całego festiwalu.
Çatak, 42-letni reżyser o niemiecko-tureckich korzeniach, już raz udowodnił, że potrafi zbiec z niszowej sekcji Panorama prosto na salony: jego „Pokój nauczycielski” z Berlinale 2023 zdobył nominację do Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy. Tym razem wrócił do Berlina z materiałem ostrzejszym i z wyraźniejszą stawką. „Yellow Letters” śledzi losy Deryi i Aziza — dwojga tureckich artystów teatralnych, którzy tracą pracę wskutek politycznych prześladowań ze strony rządu. Znamienny szczegół: film nakręcono w całości w Niemczech, bez prób ukrycia tego faktu — co czyta się jako gest celowy, sugestia, że Ankara może być Berlinem, a Berlin Ankarą.
Przewodniczący jury Wim Wenders odebrał nagrodę jako wyraz głęboko politycznej potrzeby:
Dodał, że jury odebrało „Yellow Letters” jako „przerażającą przepowiednię, spojrzenie w nieodległą przyszłość, która może nas wszystkich dotyczyć”. Wenders, sam będący na początku festiwalu celem internetowego linczu za słowa o tym, że artyści powinni „trzymać się z dala od polityki”, na gali wyraźnie zmienił ton.
To pierwsza wygrana Niemiec od 22 lat — od czasu, gdy Fatih Akin odebrał Złotego Niedźwiedzia w 2004 roku za „Głową w mur”. Zbieżność nieprzypadkowa: tamten film mówił podobnie o rozdarciu między dwoma kulturami, między gwałtownością a czułością, między poczuciem przynależności a wyobcowaniem.
Reszta nagród dopełniała obraz festiwalu zdominowanego przez kino polityczne i fizyczne. Srebrny Niedźwiedź Grand Jury Prize trafił do „Salvation” Emina Alpera, który w przemówieniu wyraził solidarność z tureckimi opozycjonistami więzionymi przez władze, w tym z aresztowanym burmistrzem Stambułu Ekremem Imamoğlu. Srebrny Niedźwiedź za najlepszy reżyserię przyznano Grantowi Gee za „Everybody Digs Bill Evans” — fabularny debiut reżysera dotychczas kojarzonego z dokumentem. Sandra Hüller, która od czasu „Anatomii upadku” stała się bodaj najpilniej śledzoną aktorką europejskiego kina, odebrała Srebrnego Niedźwiedzia za pierwszoplanową rolę w „Rose” — czarno-białym dramacie Markusa Schleinzera, w którym wciela się w kobietę uchodzącą za mężczyznę w siedemnastowiecznych Niemczech. To jej drugie wyróżnienie na berlińskim festiwalu — pierwsze zdobyła w 2006 roku za „Requiem”.
Ceremonia była przy tym sceną dla głosów, których festiwal nie tłumił, choć próbował nie dać im zastąpić rozmów o filmach. Libańska reżyserka Marie-Rose Osta, odbierając Złotego Niedźwiedzia za krótki metraż „Someday a Child”, potępiła izraelskie bombardowania Libanu i to, co nazwała „załamaniem prawa międzynarodowego”. Palestyński reżyser Abdallah Al-Khatib, nagrodzony za „Chronicles From the Siege”, wniósł na scenę palestyńską flagę. Dyrektorka festiwalu Tricia Tuttle powiedziała otwarcie:
Çatak na scenie zamiast przygotowanej przemowy politycznej wybrał milczenie w jej miejsce i gest oddania nagrody ekipie.


