W erze, w której każda estetyka, hobby i rzecz należy do konkretnej kategorii, trudno znaleźć siebie w przestrzeniach pomiędzy. A jeśli w pełni wpasowujemy się w którąś z wariacji, dostajemy łatkę performatywnych.
Mimo że trend na performatywnych mężczyzn przeminął z wiatrem, tendencja do kategoryzowania ludzi i wkładania ich w pudełeczka została z nami na dobre. Oczywiście, egzystencja w mediach społecznościowych wiąże się z pewnego rodzaju performansem.
Słowo to zadomowiło się w naszych słownikach jednak na tyle mocno, że wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości. Widząc przez okno kawiarni młodego człowieka czytającego książkę, nie zastanowimy się już, jaka lektura tak go pochłonęła. Zamiast tego przewrócimy oczami i zdyskredytujemy, wrzucając do performatywnego worka.
Pozwólmy innym cieszyć się życiem
W strachu przed łatką nie decydujemy się na aktywności, które sprawiają nam przyjemność. Nie chcemy być postrzegani jako pozerzy, więc nie próbujemy nowych rzeczy. Nawet jeśli robimy coś dla siebie, z tyłu głowy kiełkuje nam myśl, jak zostanie to odebrane.
Ocenie poddajemy jednak tylko młodych ludzi. Widząc starszego mężczyznę pijącego macha latte, zamiast ocenić go, uśmiechniemy się, myśląc, że to urocze, że próbuje modny napój. Kobieta w średnim wieku używająca słuchawek na kablu podpiętych do telefonu znajdującego się w tylnej kieszeni spodni też nie wzbudzi żadnych wątpliwości – po prostu taką ma preferencję. Jeśli na jej miejscu znalazłaby się jednak młoda dziewczyna, jej wybór ocenilibyśmy przez pryzmat estetyki, nie wygody.
Skłonność do oceny wynika z rozmazanej granicy między światem online a rzeczywistością
Oceniamy motywacje ludzi, którzy wykonują daną czynność, nie wiedząc, co rzeczywiście stoi za ich decyzjami. Jesteśmy hiperświadomi bycia postrzeganym i na wszystko patrzymy jak na wyselekcjonowaną, zoptymalizowaną pod publikę treść. Nie czujemy, że cokolwiek jest autentyczne.
Dziś prawie każdy jest twórcą internetowym – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie ma w galerii zdjęć ładnie podanego posiłku, morza, książki czy czegokolwiek, czym chciał podzielić się na story na Instagramie. Wybieramy kawiarnie, restauracje i bary tak, żeby ładnie wychodziły na zdjęciach. Na koncertach zamiast tańczyć wyciągamy telefony i nagrywamy. Zamiast przeżywać utrwalamy, ale czy można nas za to winić?
Nie od dziś wiadomo, że człowiek zmienia się w zależności od okoliczności. Stare japońskie przysłowie brzmi: „Każdy z nas ma trzy maski: pierwszą pokazuje światu, drugą rezerwuje dla przyjaciół i rodziny, trzecia zaś nigdy nie widzi światła dziennego – to ona jest najprawdziwszym odbiciem tego, kim jesteśmy”. Sugeruje ono, że nawet to, co widzimy tylko my, jest maską.
W pogoni za autentycznością nakładamy na siebie kajdany
Wybieramy partnerów do rozmowy na bazie ich prezencji, a żeby zostać w kontakcie, obserwujemy się w mediach społecznościowych. W drodze do domu sprawdzamy te media i wysyłamy zrzuty ekranu na chat grupowy, żeby podzielić się z przyjaciółmi nowo nabytą znajomością. Media są więc wizytówką – a jeśli ktoś niewiele na nich pokazuje, wzdychamy z niezadowoleniem.
Zapominamy, że nie wszystko, co robimy, musi być na pokaz i nie za wszystkim musi stać życiowa filozofia. Nakładamy na siebie ograniczenia, których wcale nie potrzebujemy, i nie pozwalamy sobie na przeżywanie. W strachu przed byciem „chalant” i negatywną oceną nie odzywamy się, nie czytamy i nie chodzimy do kina. Ale czy na koniec dnia będziemy pamiętać, że ktoś nazwał nas performatywnymi, czy że spędziliśmy miło czas? Pozwólmy ludziom dobrze się bawić.
![Dlaczego wszystko jest dla nas performatywne? [OPINIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_rizky_subagja_1k7_Tn_X5_G_Aww_unsplash_bcb0dff4cf.jpg&w=1920&q=80)