W erze podcastów kryminalnych, morderstwo wykorzystane jako motyw w sztuce nie powinno być już dla nikogo żadną nowością. Chociażby szeroko pojęta kultura pop na przestrzeni dekad lubi cyklicznie odświeżać go aby w przypudrowany sposób nawiązywać do aktualnych kryzysów natury etycznej, czy też zwyczajnie w celach rozrywkowych.
Estetyzacja samej śmierci i wizerunek ciała bez duszy to pojęcia, które od zawsze pociągały artystów wszelkich dziedzin, niekiedy pozwalając im na sprowokowanie odbiorcy do rozważań o naturze człowieka i wytworzonych przez niego systemów. O tym, jak i o kilku innych kwestiach, rozmawiałem w ubiegłym tygodniu z Tomkiem Janusem – artystą i fotografem, który w niedawnym czasie dotknął tego tematu w swojej nowej realizacji.
Seria „Literally Slayed”, poprzedzona dwoma teaserami, prezentuje sceny pozorowanych morderstw w ujęciu modowym i sfotografowanych na podobieństwo policyjnego reportażu. Osoby pozujące, ustawione w sugestywny sposób, są tu wystylizowane na ofiary zabójstw przy jednoczesnym zachowaniu pełnej konwencji edytorialu.
Artysta zapytany o powód, dla którego zdecydował się podjąć podobną problematykę, odpowiada:
Dodaje jednak, że nie chodzi mu o sensacyjność potencjalnie kontrowersyjnego obrazu, lecz przede wszystkim o chęć sprawdzenia stopnia kolektywnego zobojętnienia na wizerunek przemocy w mediach w XXI wieku. Wspomina, że samo przedstawienie śmierci samej w sobie zawsze w jakiś sposób pobudzało jego wyobraźnię, zarówno w sztuce, jak i kinie grozy czy ekranizacjach powieści Agathy Christie, które oglądał w dzieciństwie.
Realistyczna scena zbrodni
W dalszej rozmowie zdradza, że w przygotowaniach do projektu sam przeprowadził mały wywiad z zaprzyjaźnionym policjantem celem poprawnego przygotowywania się do sporządzania kryminalistycznej scenografii podczas aranżacji zdjęć w „Literally Slayed”. Sam projekt realizowany był niekomercyjnie z kilkoma przerwami przez cały 2024 rok. – Co jakiś czas po prostu krążyłem i zabijałem, jak kaseta z filmu „The Ring”, tylko znacznie nieudolniej, bo przez ponad rok – żartuje, komentując długi czas pracy nad zdjęciami.
Seria jest jednak przede wszystkim częścią jego magisterskiego dyplomu z Fotografii, którą niedawno ukończył w Szkole Filmowej w Łodzi.
Tomek zdradza też, że sama produkcja w warunkach niekomercyjnych bywała nie lada wyzwaniem. Kilka planów zdjęciowych był zmuszony przełożyć, w tym jeden na trzy godziny przed planowanym rozpoczęciem, podczas gdy kilka nigdy nie doszło do finalnej realizacji. – Jest jeszcze sporo rzeczy, które chciałem do niej dodać i wolę myśleć o tych zdjęciach w otwartych kategoriach, jak o takim „volume one” do ewentualnej kontynuacji w przyszłości, na ciut większą skalę – mówi.
Kto wystąpił w edytorialu?
Na pytanie o to jak czuje się po zakończeniu, choćby i wstępnym, odpowiada, że przede wszystkim odczuwa wdzięczność za pomoc innych utalentowanych ludzi, którzy zgodzili się wziąć udział w „Literally Slayed”. Modowe stylizacje zapewniła mu bowiem Mikaela Sandell, Elwira Abramczuk, Nina Przegalińska oraz Weronika Jeleń w asyście z Dominiką Konik. Za wybrane fryzury odpowiadają Norbert Afek i Wiktor Kuban, za makeup i charakteryzację Filip Gromek, Aleksandra Ekiert i Liwia Długołęcka.
Choć na samych fotografiach możemy rozpoznać zarówno twarze działających zawodowo osób pozujących i influencerskich (takich jak Łukasz Bogusławski, Julia Sobczyńska, Kasia Markiewicz, Magda Kurczewska, Matylda Drohojowska i Zuza Kołodziej), jak i te, należące do innych młodych twórców posługujących się fotografią (Luke Jascz, Maciek Edelman i sam Tomek Janus w autoportrecie, przy którym asystowała mu Małgosia Wejna).
Wyznaje, że zaczynając projekt rozważał, na ile faktycznie jako społeczeństwo, obojętniejemy na przemoc w świecie rzeczywistym przez wpływy mediów masowych i kultury popularnej, jednak po zrealizowaniu pierwszego pleneru, wiedział już, że ze zbiorową wrażliwością nie jest jeszcze tak źle, jak mogłoby się czasem wydawać. - Podczas plenerowych zdjęć nie mogliśmy zaznać spokoju. Na planie, który rozbiliśmy w pobliżu warszawskiej Żerani, Zuza musiała kilka razy podnosić się i demonstrować zaniepokojonym przechodniom, że żyje i nie wymaga natychmiastowej pomocy medycznej - wyznaje ze śmiechem.
Zobaczcie zdjęcia:



