Na Downing Street w Londynie ponownie rozgorzała zapoczątkowana latem dyskusja na temat reklamowania tzw. „junk food”. Wielka Brytania to kraj, w którym niemal dwie trzecie dorosłych ma nadwagę, podobnie jak jedno na troje dzieci w wieku od 5 do 11 lat, co sprawia, że państwo to znajduje się na granicy kryzysu otyłości. Propozycja zakazu reklamowania fast foodów w sieci spotkała się z entuzjastyczną reakcją środowisk promujących zdrowy tryb życia. A co na to branża? Projekt zostanie teraz poddany konsultacjom społecznym, które potrwają 6 tygodni (do 22 grudnia 2020). Jeśli nowe prawo zostanie wprowadzone w życie, będzie to pierwsze takie rozwiązanie w walce z otyłością na świecie.
Czego dotyczy zakaz?
Nowe zasady mają dotyczyć produktów ze zbyt wysoką zawartością tłuszczu, cukru i soli. Istnieje jednak kwestia sporna. Mianowicie, co w przypadku np. awokado albo dżemu? Pomimo że mieszczą się w kategoriach produktów z nadmiarem tłuszczu bądź cukru, nie należą do omawianego, „tradycyjnego” śmieciowego jedzenia.
Zakaz reklamowania fast foodów w internecie wiązałby się z tym, że zainteresowane firmy musiałyby zupełnie zrezygnować z digital marketingu. To oznaczałoby brak reklam na Facebooku, opłaconych wyszukiwań w Google, promocji bezpośredniej przy użyciu wiadomości tekstowych oraz brak aktywności w mediach społecznościowych takich jak Instagram czy Twitter. Branża postrzega proponowane zmiany jako drakońskie i dyskryminujące.
Niebezpieczne statystyki
Trudno jednak dziwić się tak zdecydowanym krokom ekspertów od zdrowia w sytuacji, gdy premier Boris Johnson zdaje się coraz bardziej bagatelizować wszelkie kwestie zdrowotne. Poza tym, jeśli spojrzeć na dane z 2019 i 2017 roku, okaże się, że w minionym roku dzieci i młodzież do lat 16-stu byli narażeni na widoczność reklam tzw. śmieciowego jedzenia 15 miliardów razy. Dla porównania w 2017 roku estymowana liczba wynosiła 700 milionów.
