Magda Chemicz przygląda się temu, co w muzyce pobudza zmysły, intryguje i prowokuje do dyskusji oraz poszerzania osobistych horyzontów. W autorskich typach przygląda się twórczości Dominiki Płonki, bada naturę post-punku i sprawdza, czy aby na pewno „gatunkowa czystość” nie stała się przeżytkiem.
Dalecy od normalności
Psychodelii, rozsianej przez lata i gatunki, trudno przypisać jedną definicję. Nie kryje się ona ani w tempie, ani w konkretnym zestawie instrumentów – muzyka ma po prostu wprowadzać słuchacza w trans, czyli stan zwiększonej wrażliwości na wewnętrzne doznania i zewnętrzne bodźce. Choć jej szalone dźwięki przypisywane są wpływowi narkotyków, składanie całego sukcesu na karb psychodelików to spore spłaszczenie. Wśród muzyków tego gatunku są przecież i tacy, którzy od używek trzymają się z daleka.
Polsko-japoński AcidSitter, związany z krakowską sceną niezależną, zadebiutował w 2023 roku albumem „Make Acid Great Again”. W świecie, w którym każdy walczy o naszą uwagę, ich muzyka daje coś coraz rzadszego – możliwość zatrzymania się. „Koncerty są dziś jednym z niewielu miejsc, gdzie ludzie naprawdę dzielą tę samą chwilę”, mówią o swojej sztuce. W końcu o to właśnie chodzi w psychodelii – o swobodę przekazu i autentyczność towarzyszących mu emocji.
Prześlizgujący się między gatunkowymi granicami psychodelicznego noisu, bluesa i ambientu kwintet powstał dzięki wadliwości kolei – znanej każdemu, kto choć raz odważył się na podróż pociągiem. W drodze do Szczecina, może w Łasku, może w Kutnie, pociąg stanął o 2.51, a na dworcu pięciu nieznajomych zaczęło grać na szklanych butelkach. Dziś znamy ich jako Fat Angels. Pierwszy koncert dali tydzień po tym spotkaniu. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Wprowadzają słuchacza w trans, sugerują konkretne (lub mniej konkretne) kierunki refleksji, uspokajają i przebodźcowują. Sam skład instrumentów wiele o nich mówi. Flet poprzeczny i harmonijka nie kojarzą się z psychodelią w pierwszej kolejności, ale odsyłają do brytyjskiego acid folku – nurtu, w którym transowość brała się nie ze ściany wzmacniaczy, lecz z powracających motywów.
Klawo – trójmiejski skład opisywanego jako jazz i funk – nie jest zbyt często wkładany do psychodelicznej rubryki. A jednak jeśli psychodelię rozumieć jako sposób organizowania czasu w utworze, a nie zestaw efektów, wpasowuje się w tę kategorię lepiej niż wiele zespołów acid rocka. Utwory budowane wokół jednej powracającej sekwencji pozostają rytmicznie transowe, aż rozleją się w dźwiękach syntezatora albo urwie je ostrzejsza wrzutka. Numery powstałe w wyniku „demokracji z dyplomacją”, bo tak zespół określa swoje sesje, brzmią jak efekt wielu godzin improwizacji w studiu. Czyli podobnie, jak klasyczne płyty z lat siedemdziesiątych.
Czy da się sprzedać muzykę bez aspiracji?
W czasach postępującej automatyzacji, programów do wszystkiego i mediów społecznościowych, wydawałoby się, że płytę może wydać każdy. Możliwości sprawiają jednak, że konkurencja jest większa niż kiedykolwiek – a w związku z obrazowym charakterem naszej kultury, sama muzyka często nie wystarcza. Wartości, kompetencje, ale też autentyczność i wizerunek są tym, co buduje wokół muzyka świat, z którym mogą utożsamić się odbiorcy. Jadwiga Zarzycka na swojej debiutanckiej EP-ce „Personel”, nazwanej po filmie Kieślowskiego z 1975 roku, warstwę wizualną budowała na nawiązaniach do PRL-u.
Dziś niemal wszystkie materiały na jej temat mówią o nostalgii, zaś artystka czuje, że jest gotowa stworzyć dla widzów nowy świat. „Trochę zaczęła przeszkadzać mi łatka dziewczyny z gitarą, która śpiewa ładne piosenki. Mój świat wewnętrzny jest na tyle bogaty, iż jestem w stanie stworzyć teraz coś zupełnie innego”, opowiada przy okazji rozmowy o albumie, nad którym teraz pracuje. Wśród cech, które u innych artystów ceni najbardziej, wymienia umiejętność tworzenia spójnego i wyrazistego świata wizualnego i zaprezentowania czegoś więcej niż surowa muzyka. O nowym projekcie mówi jak o nowej erze – co nie jest samo w sobie nowym konceptem – w końcu Bowie, chcąc zrobić miejsce nowemu wcieleniu, zabił Ziggy’ego Stardusta na scenie już w 1973 roku.
Ciekawe jest jednak to, że dziś rebranding następuje jeszcze przed pierwszym wydanym albumem. Albumem, przy którym pierwszy raz systematycznie siada do tekstów – wcześniej po prostu włączała dyktafon, siadała przy instrumencie i dawała się ponieść chwili. Zespół Świetliki, na który Zarzycka powołuje się najczęściej, traktować można raczej jako ostrzeżenie niż drogowskaz. Marcin Świetlicki odbierany był przecież raczej jako antygwiazdor – choć ta niechęć też była rozpoznawalna. Jadwiga wydaje się nie mieć nic przeciwko negatywnej famie – a Świetliki planuje samplować w swoim nowym albumie. Prasa porównuje ją do Mazzy Star i wczesnego Myslovitz, a publiczność ceni u niej spokojne, akustyczne piosenki. Mimo to mówi o zmianie wizerunku na potrzeby nowej płyty. „Bardzo lubię, kiedy projekt w całości mnie pochłania; to ja staję się tym projektem, jestem przez niego całkowicie skonsumowana. Czuję, że ta pierwsza płyta mnie wciągnie, przeżuje, a na końcu mnie wypluje, i to jest coś, czemu absolutnie chcę się w całości poddać”, puentuje.
Nostalgia a retromania
Zdefiniowane przez Simona Reynoldsa zjawisko retromanii nie jest niczym nowym – już pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku pisarze, myśliciele i socjologowie pochylali się nad kulturą wyczerpania. Przekonanie, że powiedziano już wszystko, a nowe dźwięki i formy nie powstają, sprawia, że artyści i wytwórnie rzadziej decydują się na ryzyko. Głównymi objawami retromanii są wtórność, nostalgia czy cytat – chociażby w formie samplowanych fragmentów innych utworów – które ograniczają możliwość powstania czegoś nowego.
Jednocześnie odbiorca pragnie nostalgii. Często nostalgii za czymś, czego nigdy nie doświadczył. Media trąbią o powrocie do analogu, odbiorcy podłączają więc kabel od słuchawek do odtwarzacza MP3 i dumnie paradują po mieście. Ale czy w świecie, w którym nadmiar dostępnej w internecie muzyki sprawia, że dźwięk staje się tłem, a nie przeżyciem, można ich za to winić?
To pragnienie narzuca maskę nostalgii także tym artystom, dla których nie jest ona nadrzędnym celem. Dominika Płonka tworzy muzykę z pogranicza R&B, alternatywnego popu, elektroniki, a czasami nawet hip-hopu. Mimo intymnych, pamiętnikowych tekstów, nawiązań do lat osiemdziesiątych w muzyce i do lat dwutysięcznych w teledyskach wymyka się klasycznym ramom retromanii. Nostalgię definiuje jako „ciepłe poczucie satysfakcji, pojawiające się podczas słuchania na przykład PinkPantheress, która sprytnie stworzyła nowy gatunek, bazując na samplach”. Takie samo ciepło pojawia się momentami podczas słuchania jej muzyki – objawia się jednak nie w całej stylistyce, tylko w pojedynczych elementach.
Relacja, którą Płonka buduje ze słuchaczami, opiera się na intymności skracającej dystans między stronami. Teksty piosenek, które prawie zawsze zaczynają się na papierze, mieszają się z codziennymi wpisami z pamiętnika. „Energia tych linijek jest zupełnie inna, wiem, że odbiorcy mojej muzyki czują, że te teksty wychodzą z magicznego, szczerego miejsca”, mówi artystka, podkreślając przy tym, że jej największą inspiracją nieustannie jest życie i związane z nim rozterki.
Retromania symbolizuje pewien zastój, wynikający z braku wiary w nowatorskość. Dominika Płonka stoi w kontrze do tego stanowiska – w swojej twórczości jara się tym, co najświeższe. Jednak mimo braku fiksacji na tym, co było, nie boi się przyznać, że w sercu gra jej nostalgia.
Nudzi nas minimalizm
Czystość gatunkowa w muzyce to przeżytek. Podczas gdy jeszcze pokolenie temu od muzyków oczekiwano trzymania się ram, dzisiaj wszystkie ściany istnieją tylko po to, by je burzyć. I w tym burzeniu nie chodzi nawet o wyrażenie buntu – tylko o stworzenie czegoś unikatowego.
Muzyka popowa skupia się na dostępności i bezpośredniości emocji, muzyka orkiestrowa dodaje tym emocjom dramatyzmu. Gdy więc Rosalía po pół minuty klipu „Berghain” ciągnie za zasłony, odsłaniając sekcję smyczkową London Symphony Orchestra, wiemy, że to początek czegoś większego. Wykorzystanie elementów orkiestrowych w muzyce popularnej nie jest nową ideą – rzadko zdarza się jednak, by piosenki były pisane we współpracy z muzykami klasycznymi, a nie tylko przez nich uzupełniane.
Już w 1966 roku George Martin rozpisał „Eleanor Rigby” na podwójny kwartet smyczkowy, a rok później Beatlesi zamknęli „A Day in the Life” crescendem czterdziestoosobowej orkiestry. Schemat był jednak zawsze ten sam. Nawet gdy trzy dekady później Metallica nagrała z San Francisco Symphony „S&M” – album, który do dziś stanowi punkt odniesienia dla każdego, kto chce połączyć gitarę z orkiestrą – najpierw powstały utwory, a dopiero potem ktoś, aranżer, dyrygent czy producent, dopisywał do nich partie orkiestrowe. Na tej samej zasadzie działają dzisiaj koncerty z serii „symfonicznie”: ten sam katalog hitów, tylko z większą liczbą osób na scenie.
Album „LUX” Rosalíi, którego zapowiedź stanowiło „Berghain”, został zbudowany jako czteroczęściowa symfonia śpiewana w kilkunastu językach. Obecność wśród producentek Caroline Shaw, kompozytorki nagrodzonej Pulitzerem, jest dowodem na to, że orkiestra nie była tu dodatkiem. Ktoś, kto pisze muzykę współczesną, siedział w studiu od początku, a nie dostał gotowy utwór do ubrania w smyczki.
W Polsce pomostem do wielkiej formy nie jest opera, tylko folklor. „Pieśni Współczesne” Miuosha i Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” im. Stanisława Hadyny zaangażowały ponad stu czterdziestu wykonawców, przyniosły wyprzedane trasy i Fryderyka – i tu zaczyna się problem, bo statuetkę przyznano w kategorii Album Roku Muzyka Korzeni/Blues. Branża odczytała ten projekt nie jako spotkanie popu z muzyką poważną, tylko jako płytę folkową. Słusznie. „Śląsk” nie jest orkiestrą symfoniczną, lecz zespołem pieśni i tańca z własnym chórem i orkiestrą, a jego repertuar wyrasta z tradycji Beskidu Śląskiego, nie z kanonu europejskiej muzyki klasycznej.
Różnica wobec „LUX” jest jednak głębsza niż kwestia obsady. Całość muzyki i tekstów napisał tu Miuosh. To artysta popowy piszący na stu czterdziestu wykonawców, a nie kompozytorka współtworząca płytę popową – kierunek jest odwrotny, a rola „Śląska” bliższa wykonawcy niż współautorowi. Skala robi wrażenie, ale skala to nie to samo co współpraca. Pod tym względem „Pieśni Współczesne” bardziej przypominają formułę „symfonicznie” niż rynkową rewolucję. Choć trzeba przyznać, że materiał powstał od zera, a nie został poddany symfonicznej reinterpretacji, to nie czyni to z niego tego, czym bywa nazywany – polskiego spotkania popu z muzyką klasyczną. Do tego tytułu może tylko aspirować.
Post-punk dalej żyje
Różnorodność post-punku – w połączeniu z tekstami, które często odwoływały się do egzystencjalizmu, lęku czy alienacji – szybko zjednała nurtowi rzesze fanów. Choć, podobnie jak gatunkowy protoplast, post-punk nie stronił od krytyki politycznej, robił to w sposób, który przemawiał do szerszej publiki.
Pochodzący z Rotterdamu Tramhaus sytuuje się w melodyjnej, nowofalowej części gatunku. Jego teksty nawiązują do absurdów współczesności, demaskując wady miejsca, z którego zespół pochodzi. Muzycy mówią jednocześnie o oddalaniu się od klasycznej punk-rockowej kliszy, którą sprowadzają do gniewu na świat bez konieczności zaglądania w głąb siebie.
Od polityki nie stroni także wywodzący się z nowojorskiej sceny DIY duet Straw Man Army. Muzycy poruszają się w przestrzeni między punkiem a post-punkiem, a ich teksty układają się w polityczny manifest – historia wyzysku niszczy zarówno jednostkę, jak i planetę. Mierzą się z dystopijną rzeczywistością neoliberalną, postulując upadek Ameryki, a towarzysząca tekstom gitarowa muzyka nie pozostawia złudzeń, że system szybko się zmieni.
W Polsce, która w latach osiemdziesiątych zbudowała jedną z najsilniejszych scen zimnofalowych w Europie, również nie brakuje tworzących współcześnie, antysystemowych artystów. Muzycy z warszawskiego zespołu Allarme do klasycznego zestawu instrumentów dołożyli saksofon, który wprowadza dodatkowy chaos. Wśród inspiracji, obok Brygady Kryzys, wymieniają nowojorską no wave – nurt, który był brutalną odpowiedzią na komercjalizację punku. Jak mówią, polska scena zimnofalowa jest mocna, ale w jej najgłośniejszej części wieje pustką. I to właśnie tę pustkę są gotowi zapełnić.


![Luka płacowa w AI. Asystentka z kobiecą twarzą dostała o 10% mniej [BADANIE]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_u_Z_Vk9kq_TURB_Xy9k_YW_Fh_ZT_Zm_Zm_Ni_OD_Yx_N_Dhl_MG_Nj_NW_Qx_Y2_U2_Nz_M4_OWQ_2_Ni5qc_G_Vnkp_U_Dz_QIA_Ac0_F0_f0639eb68c.jpg&w=1920&q=75)


![Tom McFarland z Jungle: „Od zawsze czułem dużą bliskość z Polakami” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_JUNGLE_PRESS_LISBON_credit_Jamie_Lloyd_Taylor_a2e7f49338.jpg&w=1920&q=75)
