Mocna polska artystyczna reprezentacja w Wenecji. Relacja z Biennale Sztuki
17-05-2019 • 8 min czytania
/mat. pras./
/Korespondencja z Wenecji: Magdalena Kuszewska/
Od maja do października trwa 58. Biennale Sztuki w Wenecji. Obok ekspozycji w Polskim Pawilonie możemy również obejrzeć wystawę „Force Field” na weneckiej wyspie Giudecca, z udziałem trzynastu młodych artystów z Polski. Ich projekty mówią o rozterkach oraz problemach dwudziesto- i trzydziestolatków czasem więcej niż prace znanych twórców.
Prawie trzy tygodnie temu Bartek Górny, artysta z Krakowa, wyruszył ze swojego rodzinnego miasta do Wenecji. Rowerem. Na początku maja, po 10 dniach podróży, w bardzo wietrzny i ulewny wieczór dotarł na wenecką wyspę Giudecca, gdzie odetchnął z ulgą. To był ostatni moment na zakończenie jego wielowymiarowego projektu artystycznego (o którym za chwilę).
6 maja, tuż przez rozpoczęciem 58. Międzynarodowego Biennale Sztuki, odbył się wernisaż wystawy „Force Field”, na którym trzynastu młodych artystów z Polski zaprezentowało swoje dzieła. Wyłoniono ich w ostrej selekcji spośród wielu kandydatów, którzy stanęli do konkursu, ogłoszonego w ubiegłym roku przez Fundację Rodziny Staraków, założonej w 2008 r. W efekcie twórcy, których oglądamy w Wenecji, wypowiadają się w sposób indywidualny i odważny, wykorzystując szerokie spectrum mediów, od video, instalacji, poprzez działania performatywne, aż po nowoczesną rzeźbę i malarstwo.
Dlatego też „Force Field” śmiało można nazwać uzupełnieniem polskiej oficjalnej reprezentacji artystycznej podczas tegorocznego Biennale. Wystawa na weneckiej wyspie Giudecca potrwa do połowy września.
Dobrze, że młodzi artyści, których nazwiska w świecie sztuki dopiero zaczynają błyszczeć, dostali szansę zaprezentowania swoich prac (i wyrazistych poglądów) właśnie tutaj, przed międzynarodową publicznością. Można uznać, że wykorzystali swoją szansę. O polskiej wystawie mówi się w Wenecji, głównie dzięki projektom, które poruszają takie tematy, jak: zniszczenie środowiska, tyranię konsumpcjonizmu, permanentne dążenie do doskonałości, a także trudności w komunikacji, problem wiarygodności czy tożsamości.
Śmierć nosorożca
Wróćmy do Bartka Górnego, artysty-rowerzysty, który swój projekt rozpisał na kilku poziomach. Na szczęście przekaz jest uniwersalny i czytelny pod każdą szerokością geograficzną. W hali wystawowej, zanim jeszcze Górny dotarł do Wenecji, stanęły w przeszklonych gablotach wielkie plastikowe słoje po suplementach dla sportowców. Zostały przez Bartka pokryte malowidłami, na wzór antycznych waz i kamfor. Znalazły się na nich obrazy z ważnych dla artysty wydarzeń z 2018 roku, m.in.: pożar katedry Notre Dame (Francja), morderstwo dziennikarza Jana Kuciaka (Słowacja), atak chemiczny (Syria) czy śmierć ostatniego białego nosorożca (Kenia). To obrazkowo zaserwowana współczesna historia, zresztą w tych samych kolorach, jakie wybierali starożytni Grecy (czerń i pomarańcz).
– Ta realizacja ma kilka swoich fizyczności, a każda warta jest osobnej uwagi - zapowiedziała artystę Ania Muszyńska, kuratorka. A Górny opowiada: - W ten sposób interpretuję grecką ideę, która głosi, że sztuka to doskonalenie ciała i duszy. Tego jestem pewny, a reszty albo się domyślam, albo mi umyka. Moja praca składa się z fizycznej warstwy, której najważniejszym elementem pozostaje performance. Ja jestem jego twórcą, ale i pierwszym odbiorcą. Przejazd na rowerze z Krakowa do Wenecji to była dla mnie pewnego rodzaju pielgrzymka, bardzo mistyczne przeżycie. Nigdy wcześniej nie realizowałem tego typu wypraw. Chciałem pokazać tym samym prostotę środka komunikacji, ale i zwrócenie się do bezpośredniego odbiorcy, bycia z prostymi ludźmi, co przejawiało się w pukaniu do drzwi obcych domostw i proszenie o nocleg. Jednocześnie postanowiłem też zwrócić uwagę na dbałość o swoje ciało, o którym mówi się przecież, że jest domem duszy, prawda? - dopytuje retorycznie. Samotny przejazd z Polski do Włoch Bartek udokumentował aparatem analogowym, więc jego projekt będzie miał pewnie jeszcze ciąg dalszy.
Górny swoją realizacją kieruje uwagę odbiorcy także na dbanie o środowisko i problem zaśmiecenia naszej planety. Te jego „antyczne” wazy to przecież nic innego jak plastikowe pudła po suplementach, które zebrał, chodząc po krakowskich siłowniach i klubach fitness. Współczesny przykład na twórczy recykling.
Dysonans świata
Porażający projekt stworzyła też w ramach „Force Field” Małgorzata Goliszewska. Na wielkim ekranie widzimy orkiestrę, która gra powtarzające się, trudne dla ucha, bo pełne dysonansów, dźwięki. – To utwór dokumentalny „2019Score” na orkiestrę, na losowo wybranych dźwiękach, którego czas trwania wynosi 60 sekund – opowiada artystka, która zapragnęła….usłyszeć świat. Posłużyła się więc statystykami z przeróżnych dziedzin życia. Okazuje się, że co 6 sekund przeciętny mężczyzna myśli o seksie, co 2 sekundy rodzi się nowy człowiek, co 5 sekund sprzedają się 2 lalki Barbie, a co 60 sekund diagnozuje się 9 zakażeń HIV, 59 par bierze ślub, 70 drzew jest wycinanych, zaś Bill Gates zarabia kolejne 1500 dolarów.
U Małgorzaty każda ścieżka instrumentu obrazuje jedną statystykę. – Można założyć, że ten utwór w czasie rzeczywistym obrazuje to, co cały czas dzieje się na świecie, czyli jest wycinkiem rytmu świata ludzkiego – komentuje Goliszewska. I dodaje – Przed premierowym wykonaniem utworu każdy z muzyków rzucił kością, aby ustalić wysokość dźwięku. Orkiestra nigdy wcześniej nie grała razem tego utworu. Można go grać w zapętleniu, w nieskończoność. Po raz pierwszy utwór został zagrany i zarejestrowany w Filharmonii Szczecińskiej, a ja cieszyłabym się, gdyby powstał w przyszłości także w innych kombinacjach, w wykonaniu różnych artystów.
Maszyna do wygrywania
Kogo dziś nie dotyczy kreowanie wizerunku, budowanie marki osobistej, autoprezentacja? Możemy się obrażać, krygować, że to nie nasza bajka, ale wystarczy założyć profil na dowolnych mediach społecznościowych, aby uczestniczyć choćby mimowolnie w całym procesie. O tym przekonujemy się szczególnie, oglądając realizację Doroty Kozieradzkiej. Artystka dzięki swojemu projektowi „Łyżwiarka” rozprawia się z mitem fake newsa i kreowania tożsamości.
- Tak jak miliony kobiet na świecie, staram się łączyć ze sobą kluczowe role: jestem artystką, ale też matką, żoną, panią domu, która próbuje pracować zarobkowo. Jestem też łyżwiarką figurową. W każdej z tych dziedzin staram się być perfekcyjna, a niepowodzenie przynosi frustrację - opowiada szczerze artystka. - W moim projekcie odwracam proporcje i za najważniejszą ze swoich ról uważam łyżwiarkę. Na jego potrzeby tworzę własne alter ego. Zawodniczkę, maszynę do wygrywania, której nieznany jest smak porażki. Projekt ma formę fake documentu, do którego powstało kilkadziesiąt fotografii i fotomontaży: częściowo dokumentuję własne realne sukcesy i medale zdobyte w zawodach amatorskich, ale kradnę też tożsamość największym gwiazdom łyżwiarstwa światowego. Zawłaszczam ich sukcesy, tytuły, medale.
Ważną częścią realizacji jest też mistrzowski przejazd na lodzie samej Kozieradzkiej, który oglądamy jako video na ekranie. Artystka przez kilka miesięcy ostro trenowała, opracowując skomplikowaną choreografię układu tanecznego. Obok ekranu wisi rysunek, stworzony na podstawie jej przejazdu. – Uczestniczyłam w procesie końcowego powstawania tego rysunku – mówi kuratorka Ania Muszyńska.- Dorota dziesiątki razy na milimetrowym papierze odzwierciedlała zapamiętany przez siebie ruch na lodowisku. Wszystko musiało być ze sobą spójne. A perfekcja Doroty nie jest wcale wymyślona.
Poza komercją
W hali, w której odbywa się wystawa, znajdowały się kiedyś zakłady tkackie. Artysta Tomasz Koszewnik postarał się, aby jego współczesne dywany świetnie zakomponowały się z ceglanymi ścianami weneckich wnętrz. Tym samym przywołuje własną rodzinną historię. Babcia Tomasza była tkaczką w Białymstoku. - Kiedy pojawiły się fabryki, razem z całym pokoleniem kobiet zaczęła tam pracować. Po latach jednak zakłady upadły, kobiety straciły pracę i wiele z nich wyemigrowało z Polski - opowiada artysta. Ciągłość tradycji została brutalnie przerwana. Chcąc przywołać nie tylko rodzinną historię, łącząc ją ze współczesnością, Koszewnik poprosił o pomoc pewną młodą tkaczkę. Ona, według jego projektu, tradycyjną metodą utkała ścienne kilimy. Jednocześnie odwzorowała układ cegieł wnętrza, w którym odbywa się wystawa. Historia z Białegostoku zatoczyła szerokie koło, zahaczając o Wenecję.
Wyspa Giudecca nieprzypadkowo stała się na kilka miesięcy domem dla wystawy “Force Field”. Zaledwie w ciągu kilkunastu minut (korzystając z przeprawy promowej) można stąd dotrzeć do serca Wenecji, czyli Piazza San Marco. Na szczęście jednak jest to rejon będący poza nurtem komercji i masowej turystyki. Kiedyś zamieszkiwała tutaj włoska arystokracja, a w tym roku oficjalnie wyspa stała się ważną artystyczną dzielnicą miasta, pod hasłem Giudecca Art District.
Sporym sprawdzianem dla niej jest z pewnością udział w weneckim Biennale. W maju swoje wystawy na Giudecca Art District otworzyło aż jedenaście galerii oraz trzy Pawilony Narodowe: Islandii, Estonii oraz Norwegii. Polska sztuka wpisuje się w nurt nowoczesnej prezentacji dzieł, stanowiąc świeży powiew artystyczny.

Lot kontra łaźnia
Nie zapominamy też o głównej wystawie w Pawilonie Polskim w ramach słynnego weneckiego Biennale (organizowanym co dwa lata, począwszy od 1895 roku). Polska uczestniczy w nim oficjalnie od 1932 roku. Przez pół roku w pawilonach narodowych oraz w różnych lokalizacjach Wenecji - w tym na wyspie Giudecca - prezentowane są dzieła z całego świata. Twórcy stawiają sobie za punkt honoru i prestiżu obecność tutaj, właśnie w tym czasie. Dwadzieścia lat temu projekt Katarzyny Kozyry, “Łaźnia męska”, wystawiony w Polskim Pawilonie, otrzymał na Biennale specjalne wyróżnienie. Pisało się o nim na całym świecie.
W tym roku powoli robi się głośno o rzeźbie Romana Stańczaka pt. „Lot”, dzięki przedziwnej formie obiektu, jakim jest przenicowany samolot. - Nicowanie jest o nadziei — mówił Stańczak w jednym z wywiadów. Ma ono silny wymiar duchowy, jako przygotowanie do umierania, przechodzenia na drugą stronę, tworzenia przez niszczenie. To także autorski komentarz twórcy do trudnych skutków transformacji ustrojowej i gospodarczej. Wielu odbiorców i tak dopatruje się jednak w „Locie” nawiązania do katastrofy prezydenckiego samolotu Tupolew z 2010 roku. Wystawa, której kuratorami są Łukasz Mojsak i Łukasz Ronduda, a organizatorem Zachęta — Narodowa Galeria Sztuki, otwarta została 11 maja.


