Moriah Woods: „Mój przyjazd do Polski był absolutnym przypadkiem i wspaniałą, trwającą już niemal dekadę przygodą”
16-08-2023 • 10 min czytania


fot. mat. prasowe
Kiedy w 2013 roku przyleciała tu z wizytą, nie wiedziała jeszcze, że niedługo to miejsce stanie się jej domem. W grudniu ubiegłego roku, po blisko 10 latach w Polsce, podzieliła się ze światem trzecim solowym albumem zatytułowanym „Human”. W obszernej rozmowie Moriah Woods opowiedziała o kulisach wyjazdu za ocean, doświadczeniach na polskiej scenie muzycznej, początkach i planach.
Jak się czujesz, co u Ciebie słychać?
Wciąż kuruję się po zimie. W Polsce ta pora roku bywa trudna do przetrwania. W tym roku była wyjątkowo długa, ciemna i zimna. Mnóstwo osób zwracało na to uwagę. Obecnie czuję wielką ulgę, że pogoda za oknem dopisuje i można spokojnie oddychać.
Ale zimy bywają też inspirujące. Ponury klimat potrafi doprowadzić do powstania fantastycznych dzieł sztuki.
W pełni się z tym zgadzam. Tak dużo świetnej muzyki powstaje na północnym zachodzie Stanów, w miastach takich, jak Seattle czy Portland. Może mieć to związek z pogodą. Wszyscy spędzają dużo czasu w czterech ścianach, a na zewnątrz jest pochmurno, zimno i deszczowo.
Fakt, było kilka takich zespołów z Seattle… Zdaje się, że udało im się nawet stworzyć cały gatunek muzyczny. Gatunek, który, na marginesie mówiąc, powstał na przełomie lat 80. i 90. i chyba tam pozostał. Ciekaw jestem, czy powróci do nas kiedyś w pełnej krasie.
To bardzo interesująca kwestia. Artyści zawsze inspirują się sobą nawzajem. Do dziś tak wielu ludzi czerpie z grunge’u i muzyki z tamtych czasów. Widzimy powracający cold wave czy nawet synth pop z lat 80. Grunge sam w sobie jest fascynujący. To bardzo prosta muzyka, jest w niej mnóstwo przestrzeni dla surowych emocji. Każdy chciałby być Kurtem Cobainem i wydaje mi się, że próby kopiowania i komplikowania tego brzmienia trochę odbierają całości tę moc, z którą grunge zawsze będzie się kojarzył.
Mógłbym z Tobą na ten temat dyskutować godzinami i mam nadzieję, że kiedyś będzie ku temu okazja. Tymczasem jednak zacznijmy od tego, co wielu z pewnością bardzo ciekawi, mianowicie – co tu właściwie robisz? Jak długo tu jesteś i czemu postawiłaś akurat na Polskę?
Dokładnie za rok minie dekada. 10 lat w Polsce, trudno mi w to uwierzyć. Długa wersja historii jest taka, że po raz pierwszy przyjechałam tu z wujkiem w 2013 roku. Byłam zagubiona i trochę zamknięta, grywałam w różnych barach w Stanach. Wujek zaprosił mnie do Polski, przyjechałam i spędziłam 3 miesiące w Kazimierzu Dolnym. Miałam wtedy okazję doświadczyć tego miejsca w samym środku zimy i było fenomenalnie. Miasto było całkowicie puste, wokół zabytkowe budowle, czułam się jakbym cofnęła się w czasie. Chłonęłam ten klimat całą sobą. Zagrałam też wtedy koncert, na który przyszło sporo osób. Wiedziałam, że nie wszyscy rozumieją każde moje słowo, więc pozbyłam się wrażenia, że jestem ciągle oceniana i poczułam pewien rodzaj wolności. Później wystąpiłam po raz kolejny, tym razem w Puławach, gdzie poznałam chłopaków, z którymi założyłam zespół The Feral Trees. Krótka wersja historii jest taka, że byłam wtedy 23 latką, która nie miała pojęcia, kim jest. Pragnęłam odnaleźć się tutaj, w zupełnie obcym miejscu. Mój przyjazd do Polski był absolutnym przypadkiem i wspaniałą przygodą.
Bardzo się cieszę, że udało Ci się wszystko poukładać i mam nadzieję, że jesteś w Polsce szczęśliwa. Zmiana na pewno nie była łatwa, w końcu przyleciałaś zza oceanu. Twoim stanem rodzinnym jest Kolorado. Powiedz mi o tym coś więcej.
Kolorado jest fascynujące. Jego granice to 4 proste linie - jest prostokątem. To jedyny taki stan. Są tam Góry Skaliste, które przechodzą przez Kanadę, później Montanę, Wyoming, wreszcie Kolorado i inne stany. Denver jest położone w okolicach przedniego pasa gór i zahacza o równiny. Po drugiej stronie góry przechodzą w pustynię, co jest naprawdę fantastyczne. Zimą w niektórych miejscach, jeżeli chcesz, możesz pojeździć na nartach i na rowerze górskim tego samego dnia. Góry z kaktusami. Nie ma chyba nic fajniejszego. Ja pochodzę z regionu, w którym pustynia spotyka się z górami. Moje miasto nazywa się Paonia i mieszka w nim mniej więcej 1500 osób. Niektórym być może znany jest niejaki Terrence McKenna – on też pochodził z tego miejsca.
Muszę przyznać, że klimat, o którym opowiadasz od razu przywiódł mi na myśl Twin Peaks. Wiem, że serial kręcono w innymi stanie, ale bardzo to wszystko pasuje do Twojej muzyki i atmosfery, którą kreujesz. Swoją drogą, zima, o której już wspomnieliśmy, wydaje się być idealnym czasem na opublikowanie takiego materiału.
Bardzo dziękuję! Przed premierą rozmawiałam z kilkoma osobami z branży i wszyscy pukali się w głowę, dowiedziawszy się, że chcę wydać płytę w grudniu i odradzali mi tego. Pandemia bardzo źle wpłynęła na moje zdrowie psychiczne – na pewno wiele osób może się z tym utożsamić. W tamtym czasie płyta „Human” była jedyną rzeczą, nad którą pracowałam i zaczynałam już wpadać w obsesję – cały dzień komponowałam, później całą noc słuchałam tego, co nagrałam w ciągu dnia. Do tego jestem perfekcjonistką. W pewnym momencie po prostu poczułam, że muszę wydać ten materiał. Wydać i ruszyć dalej. Bardzo doceniam wszystkie ciepłe słowa. Wszystko robię samodzielnie, dlatego tym bardziej cieszę się, że albumowi udało się odnieść pewien sukces. Swoją drogą, cudownie byłoby móc stworzyć ścieżkę dźwiękową do jakiejś produkcji. Już kilka osób powiedziało mi, że moja muzyka kojarzy im się właśnie z klimatem „Miasteczka Twin Peaks”. Zawsze miło coś takiego słyszeć.
Wróćmy na moment do The Feral Trees, bo od tego twoja przygoda z muzyką w Polsce się zaczęła. Jak doszło do tego spotkania?
Jestem bardzo dumna z tego wydawnictwa i pracy, którą z chłopakami wykonaliśmy. Wszystko zaczęło się, kiedy pierwszy raz pojawiłam się w Polsce i wzięłam udział w jam session w Puławach. Swoją drogą, to są dla mnie zawsze tak niezręczne sytuacje… Ten sam bluesowy standard na okrągło. Tak czy inaczej, byłam podekscytowana – nowe miejsce, nowi ludzie. Przyszłam tam z banjo. Wszyscy byli zaskoczeni. Było to zabawne doświadczenie, ponieważ wówczas nie grywałam dużo z innymi ludźmi, w związku z czym wiem, że tworzenie ze mną muzyki mogło być trudne. Trochę mnie to krępowało. Ale na jednym z jamów pojawił się Mariusz Antas – basista Feral Trees. Grał wtedy w zespole Hidden World z Dawidem Ryskim i Grzegorzem Naporą. Świetna kapela, jak i wszystko, co tworzą. To właśnie Mariusz zadzwonił do chłopaków, żeby powiedzieć im, że z jakiegoś w powodu w Puławach przebywa obecnie Amerykanka z banjo i trzeba spróbować coś wspólnie stworzyć. Komunikowaliśmy się przez internet, kiedy pojechałam do Stanów i planowałam przeprowadzkę do Polski na stałe. Wróciłam, zatrudniłam się jako nauczycielka angielskiego, którą nadal jestem. Utwór „Take It To The Grave” napisaliśmy momentalnie i od razu poszliśmy z nim do studia. Wszystko wydarzyło się naprawdę szybko. Wystąpiliśmy nawet na Openerze. Był to pierwszy muzyczny festiwal w Polsce, na jakim się pojawiłam. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, jaka jest ranga tego wydarzenia. Żyłam w błogiej nieświadomości wszystkiego, co się wokół działo. Chodziliśmy na różne wywiady, powstawały o nas artykuły. Nie wiedziałam, co to Gazeta Wyborcza, nie miałam pojęcia, kim jest Agnieszka Szydłowska. Było to dla mnie chyba o wiele za dużo, o wiele za szybko. Nagraliśmy płytę, zagraliśmy kilka tras i niestety zespół się rozpadł. Chyba w wyniku różnicy charakterów i celów. Koniec końców była to świetna przygoda, z której jestem szalenie dumna.
Cieszę się, że wywołałaś temat festiwali. Ostatnio miałaś okazję wystąpić na jednej ze Scen Mystic Festivalu. Jak to wspominasz?
Absolutnie nie chcę faworyzować żadnego festiwalu, czy któregoś umniejszać, ale podczas Mystic Festivalu czułam się po prostu jak w domu. Bezpiecznie, wśród swoich. Było to dla mnie świetne doświadczenie, zwłaszcza, że występowałam solo. Gitara akustyczna i ja. Rzadko powierza się kobietom tak dużą przestrzeń w tej materii, szczególnie w świecie ciężkiej muzyki. Mówię to, mając na koncie wiele lat koncertowania. Na szczęście czuję, że zmienia się na lepsze. Mój występ na Mystic Festivalu stanowi dla mnie pewien symbol tej zmiany. To, co tworzę zahacza o mnóstwo różnych gatunków, pod warunkiem, że jest w nich pierwiastek mroku i ciemności. Świetnie było móc zobaczyć publiczność pełną osób, które po kilku dniach intensywnych metalowych koncertów chciały się wyciszyć i celebrować ze mną tę atmosferę. Grupa metalowców siedzących na podłodze i słuchających – było to piękne. Czułam się trochę jak… zaklinaczka smoków (śmiech).
Właśnie przez wzgląd na atmosferę i klimat twojej muzyki, wydaje mi się, że doskonale pasujesz do Mystic Festivalu. Fani ciężkich brzmień, do których się zaliczam, na pewno potrafią świetnie się w Twojej muzyce odnaleźć.
Tak, to fakt. Swoją drogą, zauważyłam, że w Polsce jest mnóstwo zagorzałych fanów muzyki. Ludzi, którzy przyjdą na twój koncert, kupią koszulkę, płytę, przeczytają twoje teksty i będą cię wspierać. Na Mysticu czułam, że wszyscy tu jesteśmy, bo muzyka w jakiś sposób uratowała nam życie. Chcemy celebrować tę magię i to, jaki wpływ muzyka potrafi na nas wywrzeć. Grunt to na nic się nie zamykać. Jako nastolatka byłam częścią środowiska punków. Punk rock na śniadanie, obiad, kolację. Punk rock pod prysznicem i przy myciu zębów. Słuchasz czegoś innego? Pieprz się. To bardzo złe podejście, czuję to z perspektywy czasu. W pewnym sensie wciąż rozumiem to zaangażowanie, zwłaszcza w przypadku punk rocka, który zawsze był związany z tematami politycznymi, czy po prostu poruszał istotne ludzkie kwestie. Ale na świecie jest tak wiele wspaniałej muzyki. Naprawdę ogromna szkoda, że niektórzy jej nie odkrywają.
Sam też przechodziłem przez taki etap, kiedy byłem nastolatkiem. Nie był długi, ale jednak. Poza metalem, wiele mnie nie interesowało. Od zawsze jednak muzyka stanowiła dla mnie pewną „odpowiedź” na nastrój. Nigdy nie wkładałem do odtwarzacza przypadkowej płyty. Poszukiwanie nowych brzmień, które będą w stanie dostarczyć tych samych emocji, uzmysłowiło mi lata temu, że pokłady fenomenalnej muzyki są wręcz niewyczerpane. Na muzyce jednak nie poprzestajemy. Domyślam się, że źródeł twojej inspiracji można szukać w wielu dziedzinach?
Zdecydowanie. Może to być literatura, kino, czy inne najróżniejsze dziedziny sztuki. Jakiś czas temu jednak na nowo odkryłam Portishead. To niesamowite, jak ponadczasowy jest to zespół. Do tego tak niepowtarzalny. Poza tym, zaczęłam niedawno chodzić na festiwale elektroniczne. Ciekawostka – kiedy jako 14-latka skończyłam z muzyką klasyczną, zajęłam się właśnie elektroniką i było to pierwsze, co sama tworzyłam. Wcześniej grałam na skrzypcach i flecie. Pamiętam, że byłam w tej dziedzinie bardzo ambitna i lubiłam rywalizację. W pewnym sensie zatoczyłam koło i powróciłam do korzeni mojej twórczości, jaką jest właśnie muzyka elektroniczna. Mały zwiastun tego powrotu można nawet usłyszeć w utworze „What Goes Up”, który zamyka moją ostatnią płytę. Festiwale elektroniczne, o których wspomniałam, były też dla mnie doświadczeniami terapeutycznymi. Przez dużą część życia nie czułam się dobrze w swoim ciele i to właśnie dzięki nim dotarło do mnie, że lubię tańczyć, ale zawsze się wstydziłam i bałam, że będę wyglądać głupio. Wreszcie udało mi się tych uczuć wyzbyć i poczułam się dobrze w swojej skórze. Ilustrację tej zmiany stanowi teledysk do utworu „Old Friend”, w którym po prostu tańczę na pustyni. To dla mnie i mojego rozwoju rzecz naprawdę… monumentalna, przełomowa. Uświadomiłam sobie, że nie jestem tu sama. Nie tylko ja mierzę się z „ludzkimi” sprawami.
Naprawdę dobrze to słyszeć. Mam nadzieję, że muzyka nigdy nie przestanie odgrywać w Twoim życiu tak wielkiej roli i zawsze będziesz mogła czerpać z niej wszystko, co najlepsze. Czy wiesz już jaki będzie Twój kolejny muzyczny krok? Nad czym obecnie pracujesz?
Ostatnio koncentruje się na tworzeniu właśnie muzyki elektronicznej i muszę przyznać - to ogromna frajda. Czuję, jakbym dotychczas miała do wyboru kilka kolorów i nagle odkryła całe spektrum najróżniejszych barw i ich wariantów. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła zaprezentować to, nad czym pracuję. To coś zupełnie innego niż wcześniej.
Wierz mi, też nie mogę się tego doczekać! Liczę, że przy kolejnych wydawnictwach ponownie się spotkamy, bo tematów do poruszenia jest jeszcze mnóstwo.
Słuchaj, możemy stworzyć podcast. To byłoby coś! Czuję, że się rozumiemy i moglibyśmy rozmawiać jeszcze wiele godzin.
tekst: Maciej Jankowski. Rozmowa z Moriah Woods ukazała się pierwotnie w wersji audio 9 sierpnia na antenie Radia Nowy Świat. Można jej wysłuchać w podcastach na stronie nowyswiat.online.
Polecane

Natalia Nykiel wraca do electropopu i mówi „Bye Bye” starej sobie w nowym klipie!
![Nowy film Romana Polańskiego zadebiutuje w Wenecji [WIDEO]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F64ccd16561380b07cb482782%2FRoman-Polanski-The-Palace-2.jpg&w=1920&q=75)
Nowy film Romana Polańskiego zadebiutuje w Wenecji [WIDEO]

Somaya Critchlow – nowe nazwisko na rynku sztuki

Sierpniowe nowości na Netfliksie – wybraliśmy najciekawsze premiery
![Nowa płyta Blur – powrót ikony britpopu [OPINIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F64c26bbe71187705b7348bf4%2F357130286_800134271475319_4171515788595644904_n.jpg&w=1920&q=75)
Nowa płyta Blur – powrót ikony britpopu [OPINIA]

Nick Cave potwierdził, że nowy album The Bad Seeds jest prawie gotowy
Polecane

Natalia Nykiel wraca do electropopu i mówi „Bye Bye” starej sobie w nowym klipie!
![Nowy film Romana Polańskiego zadebiutuje w Wenecji [WIDEO]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F64ccd16561380b07cb482782%2FRoman-Polanski-The-Palace-2.jpg&w=1920&q=75)
Nowy film Romana Polańskiego zadebiutuje w Wenecji [WIDEO]

Somaya Critchlow – nowe nazwisko na rynku sztuki

Sierpniowe nowości na Netfliksie – wybraliśmy najciekawsze premiery
![Nowa płyta Blur – powrót ikony britpopu [OPINIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F64c26bbe71187705b7348bf4%2F357130286_800134271475319_4171515788595644904_n.jpg&w=1920&q=75)
Nowa płyta Blur – powrót ikony britpopu [OPINIA]
