W przeciwieństwie do poprzednich tytułów, ta seria zupełnie nie chce przekonywać odbiorcy do siebie. Twórców „Superjail” kompletnie nie interesuje prowadzenie efektywnej narracji, czy nakreślenie wiarygodnych relacji między postaciami. Nie mają również ochoty posługiwać się choćby odrobiną fabularnej logiki przy konstruowaniu poszczególnych scen. Ich pomysł na serial animowany wydaje się płynąć prosto z jaźni absolutnego szaleńca.
Decydując się na obcowanie z dziełem Christy Karacas, Stephena Warbricka i Bena Grubera, musimy przygotować się na skrajne przeżycia. Krótkie, lecz intensywne odcinki mają dość podobny szkielet fabularny. Opowiadają o tytułowym „Superwięzieniu”, czyli miejscu, w którym degeneraci są skazywani na groteskowo koszmarne tortury ze strony jeszcze większych degeneratów. Mimo kilku przewijających się wątków i stałych „protagonistów”, ciężko w tym przypadku mówić o jakimś ciągu przyczynowo-skutkowym historii. To raczej antologia napędzanych przemocą i absurdalnym humorem skeczy, zanurzających estetykę slapsticku w basenie wypełnionym LSD.
Wbrew pozorom, z nieco wulgarnej stylistyki tego serialu da się wyłuskać całkiem interesujący podtekst. Futurystyczno-dystopijny sznyt miejsca odsiadki przywodzi na myśl dobrze znane popkulturze wizje cybertotalitaryzmu. Naczelnik jest tutaj istotą prawie wszechmocną, w pełni kontrolującą ciała oraz umysły więźniów. Ponadto, strażnicy poddający skazanych nieludzkim męczarniom, zachowują się nie jak obrońcy sprawiedliwości, a pełnokrwiści psychopaci. Mamy więc gdzieś w całym tym psychodelicznym chaosie podskórnie ukrytą interpretację foucaultowskich teorii na temat egoistycznej satysfakcji, jaką człowiek odczuwa z dominacji na drugim człowiekiem.