Co ma wspólnego Marta Żmuda Trzebiatowska i „Wściekłe psy” Tarantino? Przypominamy wywiad okładkowy z aktorką

20-08-202219 min czytania
Co ma wspólnego Marta Żmuda Trzebiatowska i „Wściekłe psy” Tarantino? Przypominamy wywiad okładkowy z aktorką
fot. Łukasz Ziętek
Marta Żmuda Trzebiatowska to jedno  z najgorętszych nazwisk show-biznesu. Nic dziwnego, że marka Lancia Ypsilon zabiegała, aby zostałą ich twarzą. Prezentujemy ją w dwóch odsłonach w stylu „Pulp fiction" – jako Mię Wallace oraz Vincenta...
Dlaczego wygryzłaś Kasię Glinkę z obsady serialu? Tak podaje jeden portal…
(śmiech) Że wygryzłam? O mój Boże! Przerażające. Mam nadzieję, że Kasia w to nie wierzy. Kolegujemy się, gramy w jednym teatrze!
Gra twoją przyjaciółkę.
Zgadza się, w spektaklu „Kiedy Harry poznał Sally” i świetnie się dogadujemy zarówno na scenie jak i poza nią. W nowym spektaklu Teatru Kwadrat prawdopodobnie będziemy grały w dublerze. Mam nadzieję, że żadnemu portalowi nie uda się nas skłócić!
Nie jesteś ulubienicą plotkarskich porali.
Ostatnio obejrzałam na DVD „Wątpliwość”. To genialny film, w który znalazłam świetną przypowieść o plotce. Meryl Streep gra tam bardzo surową przeoryszę, która podejrzewa powszechnie lubianego w parafii księdza, że molestuje seksualnie chłopca. Z filmu widz nie dowiaduje się, czy to jest prawda, czy tylko podejrzenia zakonnicy. Udaje jej się wyrzucić tego księdza z parafii i on do końca życia żyje z tym piętnem. Ona natomiast zaczyna mieć ogromne wyrzuty sumienia. Idzie do spowiedzi. Prosi o stosowną pokutę. Spowiednik każe jej wziąć największą poduszkę, jaką ma, iść na dach i podrzeć ją. Robi to a kiedy wraca do spowiednika pyta się jej, co zostało z tej poduszki. Ona odpowiada: „Nic, tylko pierze”. Wtedy on zadaje jej pokutę, mówi: „A teraz idź i to pozbieraj”. Z góry wiadomo, że nie jest to możliwe, gdyż pierze pofrunęło na wszystkie strony świata. To doskonały obraz plotki. Człowiek nie jest w stanie wszystkiego sprostować, plotka bardzo szybko się rozprzestrzenia i urasta do rangi faktu. Prawda jest jednak bardzo odległa od tego co piszą czy mówią . Dlatego nie od dziś śmieję się, że zyskuję przy bliższym poznaniu.
Ale za to jesteś ulubienicą paparazzich. Nawet parapetówkę musiałaś urządzić w łazience.
Bo tylko tam nie było okien. (śmiech) To jedna z najfajniejszych imprez, jakie miałam. Wystarczy wyobrazić sobie ludzi siedzących na wannie czy zlewie. Było bardzo wesoło. Na początku bardzo mnie to denerwowało, że jestem przez nich śledzona i podchodziłam do tego zbyt emocjonalnie. Gdy tylko widziałam za sobą „ogon”, albo zmieniałam cały grafik dnia, albo szybko wracałam do domu. Dziś mam do tego większy dystans. Zrozumiałam, że jest to wpisane w mój zawód. Nie mam nic na sumieniu. Czasem jednak uwielbiam się z nimi bawić w kotka i myszkę. (śmiech) Bawi mnie to tym bardziej, jeśli się uda. Moje ostatnie urodziny miałam ochotę spędzić tak, jak chciałam, bez obecności aparatów fotograficznych. Od samego rana wystawali pod moim domem. Mój narzeczony okazał się bardzo skuteczny i wywiódł ich w pole.
Jak ich zmylił?
Nie mogę tego zdradzić (śmiech), bo następnym razem może się nie udać. A dzięki temu spędziłam wspaniały wieczór w babskim gronie!
Była Kasia Glinka?
Nie było (śmiech). Ale ja na serio ją bardzo lubię!
Wywodzisz się ze szlacheckiego rodu z bogatymi tradycjami.
Podobno (śmiech). Ostatnio byłam u rodziców na Pomorzu. Padał deszcz, więc zaszyłam się w bibliotece i wykopałam wszystkie tomiska o naszym klanie. Siedem opasłych ksiąg. Nigdy wcześniej nie miałam okazji ich przeczytać. Otworzyłam pierwszą z nich i nie mogłam się oderwać. Dwa kolejne tomy przywiozłam do Warszawy. Czytam je w wolnej chwili. To jest niesamowite, kiedy dowiadujesz się, że na przykład jeden z twoich przodków brał udział w budowaniu torów Formuły 1 w Niemczech.
Co to są za książki?
Wydaje je jeden z członków rodu Żmuda-Trzebiatowskich, prawdopodobnie mój kuzyn . Rokrocznie odbywa się wielki zjazd klanu Trzebiatowskich. Nigdy niestety na nim nie byłam.
Dlaczego?
To są zazwyczaj trzydniowe wypady nad jezioro pod koniec sierpnia lub na początku września. Zazwyczaj wtedy pracuję.
Byś się narozdawała autografów!
W takim sympatycznym towarzystwie to czysta przyjemność. Oni bardzo mnie wspierają i cieszą się z moich sukcesów. Chyba jestem pierwszą aktorką w rodzinie. Gdy brałam udział w „TzG”, dostałam od nich wielki obraz, na którym wszyscy złożyli dla mnie swój autograf. Wyobrażacie sobie, ile to było SMS-ów? (śmiech)
Dużo masz przyjaciół?
Nie nadużywam tego słowa. Wydaje mi się, że na palcach jednej ręki mogłabym wyliczyć osoby, którym ufam i które wiedzą o mnie bardzo dużo. Czasami więcej ode mnie.
Jaki masz znak zodiaku?
Lew.
Wierzysz w horoskopy?
Nie sugeruje się nimi. Jak piszą „Teraz inwestuj na giełdzie”, to nigdy tego nie robię. Wierzę jednak, że urodzeni pod daną gwiazdą mają podobne cechy charakteru. Urodziłam się w pierwszej dekadzie lwa. Widzę więc u siebie też wiele cech z Raka. Ascendent mam w Koziorożcu. Myślę, że właśnie dlatego tak dobrze się z nimi dogaduję. Tak się złożyło, że pracuję prawie z samymi Koziorożcami. Koziorożce też otaczają mnie w życiu prywatnym. Numerologicznie jestem 1, a urodziłam się w roku szczura. Szczur to megainteligentne zwierzę, które poradzi sobie w każdych warunkach.
Czyli wygryzłaś Glinkę.
(śmiech) Jedna z wróżek, która spotkała mnie na ulicy, powiedziała, że jestem uciekającą panną młodą.
Ale nie jesteś!
Od siedmiu lat jestem w szczęśliwym związku, więc myślę, że wróżka naoglądała się filmów z Julią Roberts. Ona w kilku filmach uciekała sprzed ołtarza. Ostatnio byłam na filmie „Larry Crow. Uśmiech losu”. Film lekki, łatwy i przyjemny. Potrzebowałam czegoś takiego. Zabrałam moją przyjaciółkę i świetnie się bawiłyśmy. Roberts ma wdzięk, którym mogłaby obdzielić pół Ameryki. I ta lekkość grania! Julia jest słodka, zabawna i wyluzowana. I dzięki temu widz też czuje się zrelaksowany i wchodzi w historię. Miałam później cały tydzień z Julią. „Nothing Hill” …
A „Mamuśki”?
O! Zapomniałam o nim. Wiem, co będę robić dziś wieczorem (śmiech). Ostatnio zastanawiałam się nad moim zawodem. Nad tym, jaka powinna być aktorka doskonała…
Jaka powinna być?
Według mnie powinna mieć lekkość Julii Roberts, odwagę Kate Winslet, profesjonalizm i charyzmę Meryl Streep, temperament Penelope Cruz, determinację Natalie Portman i intuicję Judi Dench… Wymieniać dalej?
A coś z ciebie?
O nie, nie. Ja się jeszcze uczę, zbieram doświadczenia, nabieram pewności siebie. Na razie wciąż jestem materiałem, gliną, z której coś się dopiero ulepi. Pierwsze lata pracy to weryfikacja tego, co wyniosłam ze szkoły. Wydaje ci się, że coś już wiesz, ale w praktyce okazuje się, że sama teoria na nic się zdaje bez doświadczenia. Powiem nawet , że dziś świadomie popełniam niektóre błędy, aby zobaczyć, jak daleko mogę się posunąć za daleko. Szukam granic. Szczególnie w gatunku komediowym, który od niedawna uprawiam. Zawsze myślałam, że jestem aktorką dramatyczną. Zdecydowanie trudniej jest rozśmieszać widza. Komedia to weryfikacja warsztatu. Gdy grasz komedię i na sali jest cisza, otrzymujesz recenzję tu i teraz.
U ciebie śmieją się?
Na początku śmiali się trochę mniej, teraz bardzo. Świadczy to o tym, że się rozwijam. Czasem wysyłam na spektakl swoich przyjaciół i potem donoszą mi, co ludzie mówią w przerwach, w kuluarach. A podobno mówią miłe rzeczy! (śmiech)
A podobno zawsze masz wrażenie, że ci nie poszło?
Było we mnie coś takiego. Jednak śmiech na sali to dowód akceptacji. Z każdym spektaklem nabieram aktorskiej pewności siebie, którą dają m. in. widzowie. Oczywiście, zawsze jest coś do czego mogę się przyczepić. Lubię kiedy moi starsi koledzy-aktorzy mówią mi swoją opinię, co było nie tak, co zachować, co rozwijać. Chcę być coraz lepsza. Kiedyś wewnętrzny krytyk zabijał moją radość z bycia na scenie. Dziś uczę się wyrozumiałości i akceptacji dla siebie samej.
Nie można widzieć w sobie samych pozytywów.
To byłby koniec. Jestem świadoma swoich słabych stron.
O twoim pokoleniu aktorskim mówi się, że to już nie to co kiedyś. Jesteście produktem komercyjnym, a nie artystami. Zgadzasz się?
To, co mnie fascynowało w tym zawodzie, to praca. Aktor bez niej nie istnieje. Oczywiście, że idąc do szkoły teatralnej miałam swoje wyobrażenie tego zawodu. Gdy skończyłam szkołę, zadałam sobie pytanie, w którym teatrze chciałabym być. Szukałam tradycji, duszy teatralnej, tzw. „zapachu kurzu” w dobrym tego słowa znaczeniu. I tak znalazłam Teatr Kwadrat.
Byłaś kiedyś prezenterką telewizyjną.
To za dużo powiedziane. Na studiach prowadziłam program telewizyjny. Program nosił tytuł „Przymierzalnia”, ale nie był o modzie. Chodziło o to, że przymierzaliśmy się do różnych rzeczy w życiu. Jak było o nurkowaniu, to wybieraliśmy sprzęt, kurs. Wcielałam się w płetwonurka i opowiadałam o tym. Bardzo dużo nauczyłam się w tej pracy. Przede wszystkim słuchać rozmówcy i prowadzić z nim dialog. Dostawałam scenariusz i gotowe pytania. Na początku te rozmowy się nie kleiły. Klepałam pytania i nie słuchałam odpowiedzi . Dopiero z czasem się to zmieniło. I nagle wywiad z sześciu minut rozrósł się do czterdziestu.
Byłaś dziennikarką!
Tak troszkę (śmiech). Myślę, że wasza praca jest kapitalna.
A jak zadzwoni do ciebie Edward Miszczak i poprosi cię o prowadzenie „DDTVN?”
Trudne pytanie... Pewnie nie umiałabym odmówić. Ale myślę, że póki co nie czułabym się w tej roli komfortowo. Obecnie zależy mi przede wszystkim na tym aby, rozwijać się aktorsko. Między innymi dlatego przestałam prowadzić ten program. Miałam dużo zajęć. Nie mogłam prowadzić programu na takim poziomie, na jakim bym chciała. A żenujące byłoby dla mnie iść na wywiad nieprzygotowaną i liczyć, że jakoś to będzie.
Jesteś perfekcjonistką. Maturę zdałaś na piątki.
Na szóstki. (śmiech) Z jednej strony to ludzi bawi, że lubię być przygotowana, ale z drugiej z czasem to doceniają. Na planie „Ślubów panieńskich” notowałam uwagi reżysera i swoje przemyślenia na marginesach scenariusza. Jeden mój kolega kpił z tych moich notatek. Jak kończyliśmy pracę, podszedł i mnie przeprosił, że się z tego naigrywał. Powiedział, że bardzo to szanuje, że to właściwa droga i że wie, że dzięki temu dopnę swego. Jeden ma coś ot tak, drugi musi popracować. Należę do tych drugich. Jednak koniec końców, kiedy wchodzę na plan, odrzucam te moje notatki na bok i gram.
Może ten perfekcjonizm wziął się stąd, że miałaś rodziców pedagogów?
Rodzice nigdy mi nie stawiali wymagań. Z natury byłam zdyscyplinowana i ambitna. Może to jednak jest cecha dzieci nauczycieli? Jesteśmy zawsze na cenzurowanym, od najmłodszych lat. Rodzic-nauczyciel może w każdej chwili zajrzeć w dziennik, sprawdzić oceny. Do tego wszyscy mają mylne poczucie , że jest ci łatwiej, skoro uczą cię rodzice.
Rodzice postawili ci kiedyś dwóję?
Owszem, zdarzyło się. Szkoła teatralna zweryfikowała mój perfekcjonizm. Okazało się, że najlepsze oceny dostawałam na drugim roku, kiedy się wyluzowałam i zaczęłam chodzić na imprezy. Dziś staram się znaleźć równowagę, bo w mojej pracy przydaje się i praca i relaks.
Przełomowym momentem w twoim szkolnym życiu był „Sen srebrny Salomei”?
To była pierwsza piątka. Zajęcia prowadził Jerzy Radziwiłowicz. Kiedy ktoś tak wyjątkowy, o tak bogatym dorobku artystycznym stawia ci dobrą notę, dodaje to wiary w siebie. Umiem przyjąć krytykę, ale od czasu do czasu lubię być pogłaskana. Jak każdy mam potrzebę akceptacji tego co robię.
Po egzaminie do szkoły teatralnej nie znalazłaś się od razu wśród przyjętych. Byłaś pierwsza pod kreska. Nie czułaś się potem na cenzurowanym?
Owszem miałam takie wrażenie. Ale być może było ono przeze mnie wyolbrzymione. Miałam jednak wybór - albo pójść jako najlepsza na studia ekonomiczne czy administrację rządową, albo jako pierwsza pod kreską na studia aktorskie i nie żałuję wyboru.
Twój ówczesny chłopak dostał się na te studia bez problemu?
To nie był mój chłopak, to była miłość platoniczna (śmiech). Imponował mi! Grał w zespole rockowym, recytował wiersze na akademiach, należał do kółka teatralnego. Nigdy się o niej nie dowiedział ponieważ uleciała jak tylko się poznaliśmy. (śmiech).
Zanim poszłaś na studia mieszkałaś w szkole.
Faktycznie, był to budynek dawnej szkoły ale poza tym był zupełnie zwyczajny.
A ściany swojego pokoju miałaś całe w plakatach...
Skąd to wiecie?
Powiedz kogo miałaś na ścianach! Jaki był wtedy popularny zespół? Take That.
Właśnie! A później zawisły na ścianach aktorki.
Co z twoim profilem facebookowym? Podobno jest podrobiony?
To prawda. Co gorsza, ktoś pisze tam w moim imieniu - wszystkie posty i komentarze. Dowiedziałam się, że zlikwidowanie tego jest bardzo trudne. Jeżeli sto osób kliknęło „lubię to”, to ja muszę znaleźć 101 osób, które potwierdzą, że jest on nieprawdziwy. Skomplikowana sprawa, zwłaszcza gdy nie ma się Facebooka.
U Patryka Vegi musiałaś zagrać scenę śmierci.
Tak, to nie było łatwe.
A co ci szepnął do ucha Vega, że od razu poszło ci jak po maśle?
Skąd to wiecie? Patryk ma umiejętność wydobywania z ludzi prawdziwych, ukrytych gdzieś głęboko pod skórą emocji. Stwarza bardzo bliską relację opartą na zaufaniu, a później wykorzystuje zdobyte informacje aby osiągnąć odpowiedni efekt.
Wykorzystał twoją słabość podczas pracy?
Tak. On dokładnie wie, na co nacisnąć aby wyprowadzić kogoś z równowagi lub sprawić żeby zabolało. Ale praca z nim to czysta przyjemność, bo nie liczą się metody, a efekt końcowy. W miarę jak zdobywam kolejne doświadczenia , po części od Vegi, nauczyłam się sama naciskać te klawisze. Dziś kiedy spotykamy się po raz kolejny sama potrafię wzbudzić w sobie te emocje. On już tylko asystuje i mówi czy za dużo, czy za mało. Myślę, że świetnie spotkać kogoś takiego, szczególnie na początku swojej drogi zawodowej.
Marzenie o roli kostiumowej spełniło się.
Spełniło. Ale przecież marzenia właśnie po to są (śmiech).
O czym teraz marzysz?
W zeszłym roku byłam przez miesiąc w Los Angeles. Chciałabym mieć możliwość spędzać tam kilka miesięcy w roku... Podoba mi się w Kalifornii, lubię tamten klimat, ludzi.
Zagrałaś też tam w filmie.
W „Love, wedding, marriage”. W Polsce krytyka zacierając ręce nie dała szansy tej produkcji. W Stanach przyjęto ją jako ciepłą komedię romantyczną.
Byłabyś idealna do „Tomb Ridera”...
lub „Wanted”. Mam słabość do pistoletów, trenuję boks. Nie robię tego dla mody, ale dlatego, że sprawia mi to frajdę. Od zabiegów upiększających wolę trening. Zadbana sylwetka to dobre samopoczucie, a wysiłek fizyczny to relaks dla umysłu. Sala gdzie ćwiczę to nie lanserska siłownia w luksusowym hotelu, tylko sala, która wygląda jak garaż. Na ścianach są hasła, które mój trener czy też jego przyjaciele antyterroryści zapisali.
Ty też coś napisałaś?
Jeszcze nie (śmiech).
Masz swoje ulubione cytaty ze ściany?
Czasami jak każdy łapię lenia i nie chce mi się trenować. Najczęściej wtedy trafiam na hasło, które pozwala mi się wyluzować - „Odpoczynek jest pracą nad regeneracją sił”. Uwielbiam to hasło!
Ale to jest prawda!
Zgadzam się (śmiech).
Znasz już swój rozkład zajęć na następny rok?
Planów jest wiele. Nowy serial i nowa premiera w teatrze, film i mam nadzieję na drugi sezon „Chichotu losu”. A w wolnym czasie będę się uczyć języków, dużo czytać i trenować.
Jakich języków się uczysz?
Angielski, hiszpański i rosyjski. Tego ostatniego dopiero zaczęłam się uczyć, to moje drugie podejście i wcale nie jest łatwiej. W moim przypadku z rosyjskim nie jest tak prosto jak z angielskim czy hiszpańskim - wszystkiego muszę uczyć się od początku, począwszy od alfabetu.
Chodzisz na kurs?
Nie, nauczycielka przyjeżdża do mnie. Wolę lekcje indywidualnie.
Pomówmy o Tarantino. Jesteś jego wielką fanką.
To była moja pierwsza miłość filmowa jeszcze z czasów licealnych.
Ale już się skończyła?
Nigdy nie wygasła. Wszystko zaczęło się od filmu, którego Tarantino nie wyreżyserował, ale napisał scenariusz. W wywiadach mówi, że dziś bardzo żałuje, że go nie zrobił. Mówię o filmie „Prawdziwy romans”, w którym główną rolę gra Christian Slater. Najpierw zaproponowano ją podobno mało znanemu wtedy Bradowi Pittowi, ale odrzucił tę propozycję.
A wiesz kto miał grać Mię w „Pulp fiction”?
Nie! Kto?!
Albo Meg Ryan, albo Holly Hunter.
Tego nie wiedziałam! Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić ten film bez Umy, która zresztą stała się ulubioną aktorką Tarantino.
Masz ulubiony film Tarantino?
Zdecydowanie „Wściekłe psy”. Wszystko rozgrywa się w garażu lub na parkingu. „Pulp fiction” jest kultowy, zna się wszystkie cytaty na pamięć.
Masz jakiś ulubiony?
Nie, ale mam ulubione sceny.
Które?
Np. w knajpie, kultowa scena szalonego tańca. Kapitalne to mało powiedziane! Ale tam roi się od świetnych scen. Scenariusz jest po prostu genialny. A zmieniając temat, wiesz że podobno Quentin zbiera plakaty z polskich filmów.
Chciałaś mu jeden podesłać.
Miałam kiedyś sesję do jednej z gazet inspirowaną tańcem „Butterfly w Death Proof”. Odegrałam tę scenę, wyszły nam naprawdę fajne zdjęcia, ktoś z ekipy zażartował, że trzeba je wysłać Tarantino w prezencie (śmiech).
A którą z bohaterek Tarantino chciałabyś zagrać?
Trudno wybrać. „Death proof” pod tym względem był dla mnie wyjątkowy, bo tam było aż osiem, ciekawych ról kobiecych, a każda inna i bardzo charakterystyczna. Jednak zdecydowanie wolę „Wściekłe psy”. Tyle, że tam nie ma żadnej roli kobiecej. W Polskim filmie kobieta rzadko jest główną bohaterką, często tylko dodatkiem. Ale to pokazuje też historia literatury i teatru. Od zarania dziejów to mężczyźni wiedli prym. Wynika to z tego, że myśmy się bardzo późno usamodzielniły. Kobiety przez długi czas nie miały dostępu do nauki. Jedno z drugim ma bardzo ścisłe powiązanie. Pisałam pracę magisterską o George Sand. Była jedną z tych kobiet, które wychodziły poza konwenanse, szokowały i brały od życia to, co chciały, nie zważając na opinie.
Jesteś feministką?
Mam taki pierwiastek w sobie, ale cenię sobie szacunek i przywileje przysługujące płci pięknej.
Lubisz być przepuszczana w drzwiach?
Uwielbiam! I nie chcę z tego rezygnować. Kobieta powinna być delikatna i krucha. A przynajmniej sprawiać takie wrażenie bo często po prostu potrzebuje wyjątkowego traktowania. Kobiety, wbrew pozorom, są jednak bardzo silne i wytrwałe. Myślę, że potrafią się doskonale dostosować do sytuacji i w razie potrzeby potrafią wszystko.
A półkę w domu na ścianie zawiesisz?
No właśnie o tym mówię. Myślę, że dałabym sobie z tym radę ale dzięki temu, że jestem kobietą mam możliwość wyboru. Zwykle w takiej sytuacji mówię: „Ty to robisz kochanie lepiej”. To jest natura kobieca (śmiech).
Twój mąż się na to nabiera?
Nabiera to nie dobre określenie. Powiedziałabym raczej, że czuje się doceniony, że zrobi to lepiej. Dzięki czemu i on i ja czujemy się dobrze.
„Kryminalni” to kamień milowy w twojej karierze?
Dla mnie …. początek.
„Magda M.”?
Ta rola otworzyła mi nowe możliwości, wydaje mi się, że dzięki niej otrzymałam kolejne propozycje. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ten serial jest aż tak popularny. Pojawiłam się w jego drugim sezonie.
Byłaś tam czarnym charakterem.
Uwodziłam męża rodziny, ojca trójki dzieci, filmowego męża Katarzyny Herman. Finalnie mi się to nie udało. (śmiech) Mimo negatywnych zamiarów Jagody, miłe jest to, że ludzie wciąż pamiętają mnie właśnie z tej roli .A Ostatnio podeszła do mnie pewna pani i powiedziała mi, że nienawidziła mnie w "Magdzie M.", ale i uwielbiała za to, że ilekroć się pojawiałam na ekranie zawsze coś się zaczynało dziać! To był prawdziwy komplement, bo chyba o to chodzi.
W tym serialu grał Paweł Małaszyński. Ty masz do niego szczególne szczęście. Gracie razem w filmach, spektaklach, serialach.
Śmiejemy się czasem, że jest moim starszym bratem, którego nigdy nie miałam, a chciałam mieć. Wspiera i radzi. To on namówił mnie na etat w Teatrze Kwadrat i jestem mu za to bardzo wdzięczna.
A miałaś jakieś wątpliwości?
Nie wiedziałam, czy jestem gotowa przyjąć etat. Jest to bardzo duża odpowiedzialność. Poza tym przyjmując rolę za każdym razem, muszę liczyć się z obowiązującym mnie repertuarem oraz godzić wszystko tak aby nie powodowało to zbędnych napięć z żadnej ze stron.
Dla teatru jesteś za to doskonałą reklamą.
Ten teatr jest wart tego, aby go reklamować. Gdyby mi się tam nie podobało, to już by dawno mnie tam nie było.
Na początku Warszawa była dla ciebie rozczarowaniem. Nadal jest?
Już nie. Oswoiłam ją sobie. Mam tutaj swoje miejsca, swoich przyjaciół. Nawet w GPSie pod hasłem "dom" mam wbitą Warszawę, a nie rodziców. Na początku było ciężko. Przyjechałam z małej miejscowości i nie znałam nikogo. Czułam się wówczas zagubiona i osamotniona. Nie miałam natomiast kompleksu małego miasteczka. Ba! Uważałam to właśnie za moją siłę. Teraz im więcej podróżuję, tym Warszawa wydaje mi się coraz mniejszym miastem. A pamiętam czasy, gdy jej wielkość była dla mnie wręcz przerażająca.
A które miejsca lubisz najbardziej?
Kocham Kabaty - samowystarczalne miasto w mieście. Zaraz obok jest las. W ogóle najchętniej mieszkałabym poza miastem. Póki co to tutaj znalazłam sobie swój przyczółek, mały azyl.
Mama zbiera wycinki z gazet z tobą?
Nie, już nie. Bolą ją plotki na mój temat.
Dużo osób obraziło się podobno na ciebie, kiedy padło zdanie, że po dwóch dniach zaczynasz się nudzić w Przechlewie.
Bardzo cierpiałam, gdy zmieniłam dowód na warszawski. Lubię ciszę i spokój, ale potrzebuję adrenaliny i pracy, którą daje mi Warszawa. Czas wypoczynku to dla mnie Przechlewo, praca to Warszawa.
Lubisz dni piżamowe?
Uwielbiam. Zawsze mój pierwszy tydzień wakacji wygląda tak, że jadę do rodziców, leżę i czytam. Tak się resetuje mój organizm i głowa.
Co czytasz?
Biografie i literaturę faktu. Od pewnego czasu jestem fanką książek filozoficznych. Czytam teraz "Mieć czy być" Ericha Fromma a w kolejce czeka na mnie "Ucieczka od wolności". Pochłonęłam jakiś czas temu filozofię Heidegera.
Skąd to ci się wzięło?
Nie wiem. Pamiętam, że w szkole teatralnej grupowo uciekaliśmy z zajęć z filozofii. Teraz chyba dojrzałam Kocham też Michaela Houellebecq’a. Przeczytałam już wszystko i czekam na premierę nowej książki.
Czytasz książkę raz czy wracasz do niej?
Wypisuję sobie różne cytaty, dzięki czemu pamiętam jej treść na długo.
Twoi znajomi z roku jakiś czas temu przeprosili cię za swoje zachowanie.
Tak, były osoby, które krytykowały to, że realizuję się poza szkołą. Ale zwrócili mi honor.
Nie chcesz studiować aktorstwa w Stanach?
Myślałam o tym. Paweł Szajda , z którym spotkałam się na planie „Wygranego”, uświadomił mi, że taka szkoła jak Lee Strasberg Studio nie jest mi już potrzebna, bo ja tę wiedze już mam. (Marta zaczyna machać rękami). Zaczekajcie, bo Komar próbuje mnie ugryźć!
Nasz naczelny?
(śmiech) Ładne! Zostawmy to w wywiadzie! Wracając do tematu chętnie poszłabym na trzymiesięczne kursy literatury - rosyjskiej, angielskiej.
Nie bałaś się zagrać sceny orgazmu w „Kiedy Harry poznał Sally”?
Przez tę spiralę, którą nakręciły media bałam się bardzo. Wszyscy napinali się na tę kultową scenę i bałam się, że będą patrzeć tylko na to, jak Żmuda zagrała orgazm. Dzięki zespołowi wyrzuciłam to wszystko z głowy i udało mi się zrobić zupełnie odmienną rolę niż Meg Ryan.
Rola marzenie?
Teraz mam apetyt na ciężka znaczącą rolę.
Otrzymujesz w ogóle takie propozycje?
Niewiele. Zawsze dostaję miłe, ciepłe bohaterki.
Jak duży musi być budżet filmu, żebyś przyjęła rolę?
Nie liczy się.
Materiał pochodzi z numeru K MAG 34 Pulp Fiction 2011, tekst: Wiktor Krajewski, Janusz Noniewicz.
stylizacjaAreta Szpura
włosyEmil Zed
FacebookInstagramTikTokX