Od jedenastu dni Polacy działają na najwyższych obrotach. Opuszczają uczelnię i pracę, by pomagać w ośrodkach uchodźczych i na dworcach, przelewają pieniądze na zbiórki, wożą uchodźców z granicy do miejsc noclegowych i przyjmują ich pod swoje dachy. Skala pomocy jest spektakularna, ale cała siła napędowa zdaje się tkwić w niezwykle zorganizowanym społeczeństwie. Czy władza ma jakiś plan co dalej?
Po jedenastu dniach ośrodki uchodźcze, przy tak ogromnej skali zjawiska, wciąż działają sprawnie. To głównie dzięki ogromnemu wysiłkowi wolontariuszy i lokalnych społeczności, często wykraczającym ponad ich siły. Gorzej jest z dworcami. Od dwóch dni głośno jest o tym przy Warszawie Centralnej – pomagający zarzucają zarówno rządowi, jak i władzom samorządowym, że są skazani sami na siebie i nie otrzymują wsparcia. Problemem jest brak koordynacji. Brakuje jedzenia, ludzie śpią na podłodze, na dworcu nie ma ukraińskich oznaczeń. Z kolei w ośrodkach przygranicznych regularnie brakuje transportów. A to dopiero początek.
Zryw społeczny może gasnąć wraz z upływem czasu, potrzeba pomocy wręcz przeciwnie. Dopóki inicjatywy oddolne są tak silne, pomoc będzie funkcjonować. Mimo wielkich chęci, wolontariusze będą musieli przecież kiedyś wrócić do swoich obowiązków i rodzin. O pomysł na kolejne dni i miesiące zapytała w liście otwartym do Prezydenta współzałożycielka projektu „Ubrania do oddania” Zofia Zochniak. Wraz w wybuchem wojny, ich magazyn przy ul. Bokserskiej 64 w Warszawie zamienił się w ogromny punkt zbiórki darów, którą koordynują.
W dalszej części Zofia Zochniak mówi o dużej ilości pytań „co dalej?”, którą otrzymuje od pomagających osób. Przybliża też działania wolontariuszy na przestrzeni ostatnich dziesięciu dni.
Zofia Zochniak zaznacza, że nie chce odcinać się od problemu i porzucać działania. Chce połączyć siły, pomagać, ale od państwa oczekuje koordynacji i wprowadzenia systemowych rozwiązań.
/tekst: Milena Kuchnia/


