To jeden z największych projektów w karierze latynoskiej supergwiazdy Jennifer Lopez.
Trudno jednak wyjaśnić, o co właściwie w tym wszystkim chodzi. 16 lutego Jennifer wydała krążek „This is Me… Now”, będący sequelem krążka „This is Me… Then” z 2002 roku. Album nie tylko został chłodno przyjęty przez krytyków, ale także nie wywołał większych reakcji wśród internautów. – Nowy album Jennifer Lopez jest tak wodnisty, jak mrożona kawa, którą Ben Affleck odbiera co rano z Dunkin’ Donuts” – podsumowuje zgryźliwie „Page Six”. Przewijają się także zarzuty o wtórność i powtarzalność. „Pitchfork” zauważa, że „This is Me… Now” jest „opowieścią o baśniowej historii miłosnej, pod którą ginie warstwa muzyczna”.
Wszystko wszędzie naraz
Tego samego dnia na Amazon Prime pojawił się film „This is me… Now: A Love Story”, opisywany jako „redefiniujące gatunek, immersyjne doświadczenie kinowe”.
W filmie dzieje się wszystko. Jennifer Lopez jadąca na motocyklu. Jennifer Lopez wykonująca układ taneczny podczas swojego ślubu. Jennifer Lopez w kosmosie. Jennifer Lopez odtwarzająca kultową scenę z musicalu „Deszczowa piosenka”. Jennifer Lopez w wianku na pustyni. Thriller, sci-fi, musical, komedia romantyczna, kino akcji.
No dobrze, ale o co właściwie chodzi? Jennifer Lopez gra siebie – romantyczkę, wiecznie poszukującą miłości. Obserwujemy, jak jej potrzeba bycia kochaną staje się realnym problemem. Widzimy, jak uczęszcza na terapię i próbuje uleczyć swoje wewnętrzne dziecko. Scenki rodzajowe przeplatane są numerami muzycznymi, w których Lopez wykonuje spektakularne układy taneczne.
Nad główną bohaterką czuwa zodiakalna rada, w której członków wcielają się m.in. Jane Fonda, Keke Palmer, Kim Petras, Post Malone. W filmie gra ponadto Ben Affleck, ukochany Lopez. Całość trwa nieco ponad godzinę, a przesłanie płynące z filmu sprowadza się do pytania: „Jeśli nie potrafisz pokochać siebie, to jak chcesz pokochać kogoś innego?”.
Nikt nie kocha J.Lo tak jak J.Lo
Widzowie nie mogą nadziwić się, jak Lopez udało się zorganizować tego typu przedsięwzięcie. Artystka nie tylko wyłożyła na ten film 20 milionów dolarów z własnej kieszeni, ale także zaangażowała gwiazdy pokroju Jane Fondy i namówiła Amazon Prime, aby wziął produkcję pod swoje skrzydła.
To nie pierwszy album wizualny w historii. To również nie pierwszy raz, gdy jakaś artystka dzieli się ze światem swoimi uczuciami, przeżyciami i przemyśleniami. Co zatem poszło nie tak? Po pierwsze – komunikacja. Opis projektu wprowadzał w błąd. Mieliśmy dostać film, a dostaliśmy album wizualny.
Po drugie – forma. Wszystko jest tak spektakularne, absurdalne i karykaturalne, że przekaz i warstwa emocjonalna zwyczajnie giną. W filmie dzieje się tak dużo, że zmagania supergwiazdy wydają się mało wiarygodne i trudno się z nimi identyfikować. Jakakolwiek refleksja znika pod ciężarem kolejnego układu tanecznego. Na przykład mamy scenę spotkania AA i wtem, nagle, Lopez zaczyna tańczyć. Po co…? Dlaczego…? Nie wiem. A szkoda, bo w filmie „This is Me… Now: Love Story” Lopez porusza wiele ważnych kwestii. Odsłania się. Mówi o rzeczach, z którymi zmaga się wielu z nas. Największy problem polega jednak na tym, jak o nich mówi.


