FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Eko

Australia się pali, Indonezja pod wodą – a my odwracamy wzrok. Jak uratować świat nie wychodząc z domu?

Autor: Zuzanna Gralewicz
02-01-2020
Australia się pali, Indonezja pod wodą – a my odwracamy wzrok. Jak uratować świat nie wychodząc z domu?
Australia się pali, Indonezja pod wodą – a my odwracamy wzrok. Jak uratować świat nie wychodząc z domu?

Nie ma śniegu. Niby miał być, niby trochę popada, ale w najlepszym wypadku zmieni się w zimne błoto i nawet nie ma co marzyć o puszystych śnieżnych zaspach. Za rok będzie jeszcze mniej. A potem jeszcze mniej i jeszcze – bo choć będą też wahnięcia w druga stronę, tendencja jest raczej oczywista. Przygotujcie się na bezśnieżne zimy. Dlaczego my?

Bo są na świecie rzeczy, o których nie śniło się naukowcom. Przynajmniej do czasu. I niestety, należy do nich zawrotne tempo ocieplania się globalnego klimatu. W Polsce może i zbrakło nam śniegu, ale w innych miejscach na świecie mieszkańcom przychodzi zmagać się z dużo większymi problemami. Ledwo ukazały się artykuły naukowe przewidujące potop w Azji Południowo-Wschodniej za 30 lat, a już ogromna powódź uderzyła w Dżakartę. Nadal jeszcze nie wszystkie osoby publiczne – nie wspominając nawet o opinii publicznej – udało się przekonać, że globalne ocieplenie to fenomen prawdziwy, a już Australię trawi fala pożarów, które nie gasną, bo deszcz zwyczajnie nie nadchodzi.

Tak, to prawda. Można odnieść wrażenie, że od początku 2019 roku o globalnym ociepleniu trąbią wszyscy. Wielkie firmy nagle obwieszczają swoje „eko strategie”, a media donoszą o kolejnym wymarłym gatunku zwierzęcia, albo o kolejnej klęsce żywiołowej w odległym zakątku świata. Łatwo jest popaść w mentalny eskapizm, zająć umysł przyjemniejszymi sprawami: konsumpcją, Netfliksem, nowym telefonem, życiem innych, sławnych ludzi. Można też wyśmiewać zagrożenie myśląc, że globalna katastrofa nadejdzie niezależnie od tego, co zrobimy – więc równie dobrze można sobie pozwolić na trochę rozrywki. Bo i tak jest już za późno, niech inni się poświęcają, jeśli im tak zależy.

Gdy jedni modlą się o deszcz

Na tak krótkowzroczne myślenie nie mogą sobie już pozwolić mieszkańcy Australii. Bo inaczej jest o globalnym kryzysie ekologicznym gdybać (lub nawet nie), a inaczej jest spojrzeć w oko cyklonu i zupełnie inaczej jest stracić dom w pożarach, które już zabrały niemal cały kontynent. Co więcej, to właśnie takie myślowe wygodnictwo powstrzymuje postęp i torpeduje działania ludzi, którzy starają się dokonać jakiejkolwiek, najmniejszej choćby zmiany na lepsze. W obliczu globalnego zagrożenia eskapizm nie zdaje egzaminu. Przecież każdy skrawek Ziemi połączony jest ze wszystkimi innymi miriadą zależności: za pożary na drugim końcu świata – w mniejszym lub większym stopniu – bekniemy też my.

Sezon pożarowy w Australii rozpoczął się we wrześniu. Do tej pory spaliło się już niemal 6 milionów hektarów ziemi – to dwa razy tyle, ile wynosi powierzchnia Belgii – a szacuje się, że wraz z ziemią spłonęła jedna trzecia populacji koali australijskich. Susza, jedne z najwyższych zanotowanych temperatur i silne wiatry przyczyniają się do zawrotnego tempa rozprzestrzeniania się ognia:

„Znamy tu język ognia. Całe nasze życie czekaliśmy na zapewnienie, że pożoga jest pod kontrolą. Słodkie słowa. Niestety, w tym roku dostajemy ich przeciwieństwo: za kilka dni wiatr zmieni kierunek, a ogień przekroczy linie bezpieczeństwa. A deszcz nigdy nie nadejdzie.
Znamy ten widok, krzewy odrastające szybko, zielone kiełki pojawiające się na zgliszczach już po kilku dniach. Lasy eukaliptusowe mają zadziwiające zdolności regeneracyjne. Ale te pożary trawią już starożytne lasy, które nigdy wcześniej się nie paliły. To ich klęska. Spalone eukaliptusy czekają na deszcz. Uczono nas, żeby nie patrzeć w słońce. Każde dziecko na tej planecie otrzymuje to samo ostrzeżenie. Ale dziś w Australii można patrzeć do woli. Napatrzcie się na ten różowy dysk skąpany w mroku. Wiele wam nie zrobi, ujarzmił go dym.
Dym też jest nowy: miasta się duszą. Przyzwyczailiśmy się, że jest taki jeden, góra dwa dni w roku, gdy światło zmienia się na przerażająco żółte. Każdego lata. Ale teraz jest inaczej. Głęboko w miastach, całe mile od linii ognia, dym jest tak gęsty, że nie widać drugiego końca ulicy. A równocześnie nikt z nas nie widział tyle, co teraz. Każdy jest dziś fotografem. I dopóki nie spalą się wieże transmisyjne i baterie, nieziemskie obrazy wyciekają do mediów. Patrzymy na horror z bliska” – pisze australijski korespondent Guardiana, David Marr.

I rzeczywiście, media społecznościowe zalewają zdjęcia jak z Blade Runnera 2049. W tym czasie liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła już 20. Niedawno ogłoszono stan wyjątkowy dla całego kraju.

Niemy krzyk spod wody

Australia może przynajmniej liczyć na nagłówki w światowych mediach. Indonezja jest mniej popularnym tematem, choć przez trwającą obecnie klęskę żywiołową zginęło tam już co najmniej 60 osób. A problem jest dokładnie odwrotny, niż w Australii.

Podnoszący się poziom morza to nie tylko utrata linii brzegowej. To również nawałnice i ulewne deszcze, ponieważ w zamkniętym cyklu wodnym to właśnie gruba pokrywa chmurowa działa jak koc i podnosi temperaturę, co z kolei przyczynia się do topnienia większej ilość masy lodowej z terenów, które jeszcze do niedawna określaliśmy jako „wieczna zmarzlina”. Ofiarą tego fenomenu już padła Indonezja. Niemal 30 tys. mieszkańców Dżakarty musiało zostać ewakuowanych. A to dopiero początek.

Niedawno naukowcy odkryli, że wcześniejsze prognozy były o wiele zbyt optymistyczne.Nowe badania dowodzą, że obecnie 150 milionów osób zamieszkuje tereny, które do połowy obecnego stulecia znajdą się poza linią brzegową. Szanghaj, Bombaj i cały Wietnam południowy znajdą się pod wodą, jeśli lodowce nadal bedą się topić, a poziom mórz podnosić. Czyżbyśmy zmartwili się Azją Południowo-Wschodnią dopiero, gdy już nie będzie gdzie pojechać na wakacje?

Niekoniecznie, przecież wszystkich mieszkańców terenów, które morze w końcu zabierze na zawsze, trzeba będzie relokować. Kto przyjmie ponad 150 milionów osób? Tego jeszcze nie wiadomo. Wiadomo za to, że reszta świata powinna przygotować się na jedną z największych w historii świata falę migracyjną.

No dobrze, ale co można z tym wszystkim zrobić?

Przede wszystkim rozmawiać. Nie udawać, że nie ma tematu. Rozmawiać ze wszystkimi: z rodziną, przyjaciółmi, ze znajomymi z pracy. O pożarach i powodziach, o plastiku i paliwach kopalnianych, ochowie przemysłowymi oleju palmowym. Może nie będzie to najmilsza rozmowa, ale każda z nich jest na wagę złota.

Nie uprawiać mentalnej gimnastyki, by tylko zająć umysł przyjemniejszymi rzeczami. A poza tym uczyć się nowych rzeczy, czytać artykuły naukowe i informacyjne, które wyjaśniają, jak działa Ziemia. Człowiek może i jest najinteligentniejszym ze zwierząt, a jednak – wbrew temu, w co przywykliśmy wierzyć – nie wiąże się to wyłącznie z przywilejami.Dopiero lata 20. XXI wieku udowodnią nam, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na naszych barkach.

FacebookInstagramTikTokX