6 maja Organizacja Narodów Zjednoczonych przedstawiła wyniki najbardziej kompleksowego w historii raportu na temat stanu planety. Wnioski? Opłakane – milion gatunków jest obecnie na skraju zagłady. Różnorodność biologiczna Ziemi nigdy nie była tak zagrożona, jak teraz, a wszystko przez ludzi.
Od połowy XX wieku oddziaływanie człowieka na przyrodę ma charakter globalny, ale czasem jeszcze można usłyszeć głosy twierdzące, że nie ma to właściwie znaczenia, bo planeta, na której mieszkamy, jest nad wyraz płodna i szybko się regeneruje. Samo to twierdzenie może i jest prawdziwe, ale dziś nie można już mieć żadnych wątpliwości – jesteśmy świadkami kryzysu ekologicznego spowodowanego przez nas samych. Co jest jego przyczyną? Kryzys wynika głównie ze sprzeczności między celami ekonomicznymi społeczeństwa, które zabiega o szybkie i możliwie największe korzyści, a ograniczeniami ekologicznymi.
Od lat 70. XX wieku produkcja żywności znacząco wzrosła. Pomogło to nakarmić wciąż rosnącą populację ludzką, stworzyło miejsca pracy i spowodowało wzrost gospodarczy. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że to pyrrusowe zwycięstwo, bo doprowadziliśmy Ziemię na skraj zagłady. Wyjątkowo duży wpływ na środowisko ma przemysł mięsny – odpowiedzialny jest za 18 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery, tereny wypasu dla bydła to dziś aż 25 proc. wolnej od lodu powierzchni lądowej. To oczywiście niejedyny problem. Nadal 80 proc. odpadów przemysłowych wpompowywanych jest bezpośrednio do rzek, jezior i oceanów, włączając w to około 350 milionów ton metali ciężkich i toksycznych odpadów na rok. Używane w rolnictwie nawozy sztuczne spowodowały powstanie ponad 400 „stref wymarłych”, z czego każda ma powierzchnię porównywalną z Wielką Brytanią.
Wedle ustaleń ekologów, warunki gwarantujące życie na Ziemi wynikają głównie z wyjątkowo kompleksowych i kruchych równowag między wielkimi cyklami biogeochemicznymi: wodnym, azotowym, węglowym, tlenowym, fosforowym i siarkowym. I choć stabilność biosfery oparta jest na regulacyjnej przemianie jej komponentów, to różnorodność biologiczna jest czynnikiem, który sprawia, że czas, miejsce i skład tej przemiany jest korzystny dla istot żywych. Działania ludzkie spowodowały, że naturalne cykle biochemiczne naszej planety zostały zaburzone – pojawiły się zanieczyszczenia, głęboka degradacja środowiska i utrata całych ekosystemów, niezbędnych do życia dla niezliczonej ilości gatunków zwierząt. Różnorodność biologiczna, tak kluczowa dla istot żywych zanika w zastraszającym tempie.
Globalne społeczeństwo musi stawić czoła niebezpieczeństwu, które samo wykreowało. Degradacja środowiska naturalnego postępuje w tempie tak szybkim, jak nigdy dotąd. Począwszy od blaknących raf koralowych, skończywszy na lasach deszczowych karczowanych pod pola uprawne, natura na całym świecie jest skutecznie niszczona przez ludzi. Trwające 3 lata kompleksowe badania prowadzone przez ponad 450 naukowców ujawniły, że ekosystemy ziemskie nigdy nie były w tak złym stanie, jak teraz. Wedle raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych z 2019 wybiliśmy już 82 proc. dzikich ssaków, a milion gatunków zwierząt i roślin jest zagrożonych wyginięciem – nic dziwnego, bo naturalne ekosystemy straciły około połowę powierzchni.
„Zdrowie ekosystemów, od których zależymy my sami I wszystkie inne gatunki jest zagrożone bardziej, niż kiedykolwiek. Samodzielnie dokonaliśmy erozji podstaw ekonomii, bezpieczeństwa żywości, zdrowia i jakości życia na całym świecie. Straciliśmy dużo czasu. Trzeba działać natychmiast.” – apeluje Robert Watson, prezes Intergovernmental Science-Policy Platform on Biodiversityand Ecosystem Services (Ipbes), założonej przez Program Środowiskowy Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Jakie ekosystemy są najbardziej zagrożone?
Bogactwo przemiany chemicznej oceanów nie zawsze było oczywistością – wprost przeciwnie, dopiero niedawno odkryliśmy, że oceany nie są biologiczną pustynią. To właśnie przełomowe odkrycia końca lat 90. zeszłego wieku zadały kłam temu historycznemu nieporozumieniu i dowiodły, jak absolutnie kluczowe dla życia na ziemi są procesy metaboliczne oceanów.
Niestety, morza i oceany świata doświadczają nad wyraz szybkiego spadku biomasy. Raport o Stanie Łowisk Ryb i Agrykultury z 2002 stanowi, że 75% dużych łowisk świata jest już zupełnie martwych lub niemal całkowicie wyeksploatowanych, a ocean stracił już 90% dużych ryb drapieżnych. Dziś jednym z największych problemów w morzach i oceanach jest właściwie skażenie cząsteczkami mikroplastiku. Ta atropogeniczna trucizna jest już udziałem wszystkich morskich ekosystemów – znajdowana jest wszędzie, i w morskich głębinach, i we wszelkiego rodzaju organizmach. W czym problem? Trwałość plastiku niemal uniemożliwia jego biodegradację, a brak kontroli nad utylizacją powoduje, że cząsteczki przenikają do środowiska wodnego, by stać się częścią łańcuchów pokarmowych i metabolicznych przemian tak kluczowego dla życia na ziemi oceanu. Efekty chroniczne wynikają z akumulacji cząsteczek plastiku w ciałach morskich stworzeń – dla ludzi, którzy również uczestniczą tym w łańcuchu pokarmowym jedząc ryby i owoce morza, potencjalnie niebezpieczne efekty tego procesu obejmują alteracje chromosomów skutkujące rakiem, otyłością i bezpłodnością. Dziś jedynie 3 proc. oceanów pozostaje wolnymi od wpływu człowieka.

Morza i oceany to dziś właściwie ciepła zupa z plastiku. Bo też i słona woda świata nigdy nie była tak ciepła jak teraz. 93% temperatury generowanej przez efekt cieplarniany pochłania ocean, a efekty tego są tragiczne – w 2016 roku Wielka Rafa Koralowa u wybrzeży Australii zalana została przez rekordową falę ciepła, która podwyższyła temperaturę wody o około 6 stopni Celsjusza, co spowodowało utlenianie się koralowców na masową skalę. Niegdyś kwitnący ekosystem Wielkiej Rafy w przeważającej większości dziś już obumarł – w 2017 roku, po kolejnej fali ciepła, całkowicie zniszczone były około 2/3 – a mniejsze rafy koralowe podzielają jej los.
Globalne ocieplenie właściwie przekreśla szanse na przetrwanie raf koralowych, choć to oczywiście niejedyne ekosystemy skazane na zagładę przez efekt cieplarniany. Jest już prawie pewne, że Arktyka będzie już niedługo sezonowo zupełnie wolna od lodu. Topnienie kriosfery w lecie ma wpływ na klimat całego świata, bynajmniej nie tylko ze względu na zmniejszenie powierzchni odbijającej promieniowanie słoneczne. Naukowcy dowiedli niedawno, że topnienie wiecznej zmarzliny uzależnione jest od poziomu emitowanych przez ludzi gazów cieplarnianych w atmosferze, co z kolei wpływa niemal bezpośrednio na klimat całego świata. Jako przykład wystarczy przytoczyć sytuację obserwowaną w strefie Sahelu Tropikalnego: różnice temperaturowe między klimatem morskim i śródkontynentalnym pogłębiają się, i przyczyniają do powstawania monsunowych nawałnic. Przewiduje się, że anomalie pogodowe spowodowane topnieniem Arktyki będą pogłębiać się wraz z nieprzerwaną emisją gazów cieplarnianych do atmosfery.
Efekt cieplarniany ma też wpływ na lasy, czyli najbardziej urodzajny habitat na ziemi, choć zastraszające tempo ich znikania uzależnione jest raczej głównie od eksploatacji przemysłowej. Ludzie polegają na lasach jako źródle energii, materiałów budowlanych i jedzenia, i potrzebują lasów jako głównych ośrodków pochłaniających dwutlenek węgla, regulujących klimat, oraz jako ostoi bioróżorodności. Choć lasy pierwotne są odporne na określone poziomy zaburzenia ich normalnego funkcjonowania, obecnie narażone są na nowe wyzwania w postaci zmian klimatycznych, zanieczyszczeń powietrza i inwazji szkodników. Jeśli chodzi o zagrożenia związane z przemysłem, lasy znikają głównie z terenów krajów słabo rozwiniętych w Ameryce Środkowej, Południowej, Południowej i Południowo-Wschodniej Azji oraz w Całej Afryce. Niestety, tropikalne lasy deszczowe rosną właśnie na terenach tych krajów. Ludzka działalność zakłóca działanie ekosystemu lasów tropikalnych do tego stopnia, że nawet tereny wyznaczone na rezerwaty leśne są głęboko zaburzone – struktura, dynamika i funkcjonowanie lasów tropikalnych są wystawione na niebezpieczeństwo jak nigdy przedtem, a wszystko przez fragmentaryzacje terenów pozostających pod ograniczonym wpływem człowieka i depopulację zwierząt – skutkuje to poważnym naruszeniem bioróżnorodności lasów i zmianami w funkcjonowaniu okaleczonego ekosystemu.
Nawet nasadzanie nowego lasu i restauracja eksploatowanych obszarów nie jest rozwiązaniem – powinniśmy za wszelką cenę chronić to, co pozostało z lasu pierwotnego. Zarówno selektywna wycinka, jak i zupełne oczyszczenie w celach agroturystycznych pozostawia ślad, którego nie są w stanie zatrzeć nawet ponowne nasadzenie i lata rehabilitacji.
Największym zagrożeniem dla puszczy pierwotnej jest olej palmowy. Wysokie plony, niskie koszta produkcji i stabilność czynią go najpopularniejszym olejem roślinnym na świecie. Jego produkcja globalna stabilnie wzrasta wraz ze wzrostem liczebności populacji ludzkiej. Największym producentem oleju palmowego na świecie jest dziś Indonezja i choć wspieranie polityki domowych biopaliw opartej na oleju palmowym opłaca się rządowi Indonezji z uwagi na dostępność plonów, ten szybko rozwijający się sektor gospodarki ma głębokie konsekwencje środowiskowe i społeczne. Wraz z jego wzrostem coraz nowsze tereny inkorporowane są pod pola uprawne, włączając w to zarówno pierwotną dżunglę, jak i ponownie zalesione tereny. Kapitalistyczny model biznesowy nastawiony na ciągły wzrost nie liczy się z puszczą pierwotną – pola uprawne zastępują zwyczajową różnorodność biologiczną puszczy jednym gatunkiem drzewa, a to przekreśla jej szanse na prawidłowe funkcjonowanie, tak kluczowe dla życia nas wszystkich. Dewastacja puszczy przebiega w zastraszającym tempie właśnie w Indonezji, prześcigając pod tym względem nawet Brazylię. 60 proc. indonezyjskiej fauny i flory jest endemiczna, a jeden hektar indonezyjskiego lasu jest domem dla około 200 gatunków roślin. W latach 2000-2012 wyciętych w pień zostało ok. 6,02 Mha. Uprawa rolna terenów puszczy przekłada się bezpośrednio na zwiększenie o około 10-20 proc. emisji gazów cieplarnianych, czyniąc ją drugim największym generatorem na świecie. Pestycydy, rodentycydy i sztuczne nawozy stosowane w produkcji oleju palmowego pozostają ogromnym zagrożeniem dla dżungli i jej mieszkańców, którzy i tak są regularnie wybijani. Przemysł palmowy musi zwolnić tempo rozwoju, choć pewne jest, że nie może też zupełnie zniknąć.
Czy możemy cokolwiek zrobić?
Przez wieki postrzegaliśmy nasze środowisko jako zewnętrzne do gatunku ludzkiego, jako coś, co można wykorzystywać podczas, gdy problemy środowiskowe widziane były jako coś lokalnego. Ogólnie rzecz biorąc, relacja między człowiekiem i jego środowiskiem interpretowana była przez pryzmat naszego triumfu nad naturą. Prześcigaliśmy się w zaprzeczaniu jej prawom i w przesuwaniu naszych granic – jej kosztem. Ta prometejska narracja, wyrosła z kapitalizmu i wszelkiego rodzaju kulturowych mrzonek, kazała nam uwierzyć, że nauka i technologia pomogą nam pokonać wszelkie przeszkody natury środowiskowej.Kamieniem milowym, ilustrującym, jak bardzo się pomyliliśmy, wydawałoby się zauważenie banalnie prostej zależności, poczynione po raz pierwszy przez Gifforda Pinchota: jeśli jako ludzie potrzebujemy surowców naturalnych by przetrwać, najbardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby osiągnięcie ich maksymalnej trwałości w czasie, powinniśmy zatem nimi w jakikolwiek sposób zarządzać, zamiast czerpać bez umiaru.
Nie od dziś wiadomo, że działalność ekonomiczna ma charakter krótkookresowy, a wszystkie decyzje dla długich okresów odznaczają się wysokim stopniem niepewności. Nauki ekonomiczne, tak cenne przy podejmowaniu krótkoterminowych decyzji, w przypadku których ludzkie potrzeby są ostateczną miarą, nie umieją racjonalnie uzasadnić decyzji, których skutki sięgają daleko w przyszłość. Szczególnie widoczne jest to przy projektowaniu inwestycji dla długich okresów (ponad 20 lat) oraz przy wycenianiu zasobów. Te ostatnie obejmują zazwyczaj tylko bieżące koszty eksploatacji, nieznane są bowiem metody oszacowania ich wartości dla przyszłych pokoleń. Wynika to w dużym stopniu z mechanizmu nazwanego przez Garretta Hardina „powszechną tragedią”. Kryzys jest nieunikniony, gdyż poszczególni ludzie w warunkach nadmiernej eksploatacji zyskują chwilową korzyść, niekiedy nawet dużą, lecz później cała populacja odczuwa skutki nadmiernego wyczerpania środowiska.
Rozwiązania kryzysu można by upatrywać tylko w metodach holistycznych i całościowych, które wpływałyby na to, jak ludzie z różnych sektorów gospodarki podejmują te decyzje, tj. myśląc nie tylko o krótkoterminowych korzyściach osobistych, ale też o długoterminowych korzyściach globalnych. Ziemia jest obecnie przeludniona i choć tempo przyrostu spadło, najprawdopodobniej będzie nas jeszcze więcej. Powinniśmy być zobligowani brać pod uwagę to, na jakim świecie przyjdzie żyć przyszłym pokoleniom. Jedynym możliwym wyjściem z tej sytuacji może być wcielenie w życie idei zrównoważonego rozwoju.
Zostawiamy bardzo mało miejsca dla dzikiej natury, ale nie wszystko jeszcze stracone. W Czarnobylu, który od katastrofy stał się strefą opuszczoną przez ludzi, natura powróciła z zadziwiającą siłą. To właściwie wszystko, czego potrzeba nam samym i reszcie mieszkańców Ziemi do przetrwania: podzielenia się miejscem i zasobami. Objawieniem końca XX wieku jest odkrycie, że to różnorodność biologiczna jest kluczowa dla podtrzymania ziemskiego ekosystemu i działających cyklów przemiany biologicznej. To ludzie są winni środowiskowym anomaliom, których właśnie doświadczamy – nasze społeczne i ekonomiczne wierzenia oparte na błędnym rozumowaniu doprowadziły nas na skraj zagłady, i na manowce zdrowego rozsądku nie po raz pierwszy. Nigdy jednak stawka nie była tak wysoka, jak teraz.
