Charakterystyczna szopa czarnych włosów, do tego eyeliner, czerwona szminka i efektowna biżuteria – to wygląd, który Smith pielęgnuje mniej więcej od czasów dołączenia do Siouxsie and the Banshees w 1983 roku, czyli tuż po ukończeniu albumu „Pornography”, po którym artysta potrzebował chwili oddechu od The Cure z powodu załamania nerwowego potęgowanego ilością używek. Wraz ze Stevenem Severinem z Siouxsie zainicjował wtedy również projekt The Glove. Image Smitha jest zresztą jednym z najczęściej powielanych looków wśród grup fanowskich. Artysta już w latach 80-tych zauważył, że jego fani przypominają go bardziej niż on sam. Wiele osób uważa go nawet za Ojca Chrzestnego Gotów (The Gothfather), lecz sam Smith unika etykietek. Kulturę gotycką nazywa teatralną pantomimą, wyjaśniając, że brzmienie The Cure wynika po prostu z cierpiętniczego charakteru muzyków zespołu.
Trudno też jednoznacznie określić twórczość The Cure, noszącą znamiona punku i alternatywnego rocka, której nieodłączny element stanowi smutny, melancholijny głos wokalisty oraz głębokie, emocjonalne teksty często zaczerpnięte z literatury. Wystarczy wspomnieć przełomowy utwór grupy, „Killing An Arab” z debiutanckiej płyty „Three Imaginary Boys”, dla którego inspirację stanowił „Obcy” Alberta Camusa. „Disintegration” z kolei poddaje się ideom prosto z książek Nietzschego, a utwór „How Beautiful You Are” z albumu „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” równie dobrze mógłby napisać Charles Baudelaire.
Na przestrzeni tych wszystkich lat Smith pozostaje również wierny swojemu podejściu do życia. Swoją żonę, Mary Poole, poznał w wieku 13 lat, gdy poprosił ją o współudział w szkolnej sztuce. Kobietę można zobaczyć m.in. w teledysku do singla „Just Like Heaven” z 1987 roku. Mary Poole i Robert Smith wzięli ślub w 1988 roku, a jego zwieńczeniem jest utwór „Lovesong”, nagrany jako prezent ślubny od Smitha. Para nie ma jednak dzieci, co jest jej w pełni świadomym wyborem. Smith podważający własne jestestwo uważa bowiem, że śpiewanie o bezsensie życia i jednoczesne posiadanie rodziny byłoby hipokryzją z jego strony. Pozostaje wierny partnerce, która przez lata pomagała mu nawet w najgorszych momentach autodestrukcji podsycanej alkoholem i narkotykami.
The Cure powstało w 1976 roku w brytyjskim Crawley, a popularność zespołu z biegiem czasu bynajmniej nie słabnie. Już debiutancki album „Three Imaginary Boys” (1979) zwiastował nadejście mroku, który konsekwentnie zgłębialiśmy na kolejnych wydawnictwach: „Boys Don’t Cry”, „Seventeen Seconds”, „Faith” i jednym z najważniejszych albumów rockowych – „Pornography” z 1982 roku. Kolejnymi kamieniami milowymi w dyskografii zespołu, które zdobyły ogromną popularność, a Cure’om zapewniły szerokie uznanie, były „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” (1987), „Disintegration” (1989) oraz „Wish” (1992). W sumie The Cure wydało 13 albumów studyjnych i 5 koncertowych. W 2018 roku ukazał się film z koncertu grupy w londyńskim Hyde Park w reżyserii Tima Pope’a, podsumowującym 40-lecie zespołu. W zeszłym roku natomiast grupa trafiła do prestiżowej Rock and Roll Hall of Fame, a zapowiadający inicjację lider Nine Inch Nails, Trent Reznor, wygłosił wówczas przemówienie pełne szacunku i emocji, pozostawiając osoby zgromadzone na gali oraz przed ekranami w stanie niemałego wzruszenia. Estyma The Cure ma się dzisiaj nawet lepiej niż kiedyś. Jak przyznał lider zespołu – obecnie udaje im się wyprzedać całe koncerty, choć nawet u szczytu popularności w latach 80-tych miewali z tym problemy. Ich słynne, kilkugodzinne występy z wyjątkowo różnorodnymi set listami nie tylko przyciągają rzesze fanów, ale również wzbudzają zainteresowanie młodszych pokoleń. Wystarczy wspomnieć, że w tym roku grupa miała po raz pierwszy wystąpić na rodzimym Open’erze.
W nadziei, że ta okazja jeszcze się powtórzy, póki co świętujemy urodziny Roberta Smitha, wybierając nasze subiektywne zestawienie ulubionych utworów The Cure. Sprawdźcie: