Gdy Dwayne Johnson po raz pierwszy wszedł na plan „The Smashing Machine”, nie poznała go nawet jego bliska przyjaciółka Emily Blunt. Aktor przeszedł radykalną przemianę, aby wcielić się w postać Marka Kerra, legendy MMA z lat 90. Johnson jest prawie nie do poznania, nosząc kilogramy protez, aby sportretować muskularnego, dwukrotnego mistrza UFC w wadze ciężkiej.
To nie była kosmetyczna zmiana wizerunku. To było psychiczne pozbycie się pantofelka hollywoodzkiej gwiazdy i przywdzianie skóry człowieka złamanego, uzależnionego, ale wciąż walczącego o człowieczeństwo.
Dla Benny'ego Safdie'go, dotychczas znanego z hyperaktywnych filmów robionych z bratem Joshem („Uncut Gems”, „Good Time”), „The Smashing Machine” to solowy debiut reżyserski – i natychmiastowe odnalezienie własnego głosu. Film wydaje się mniej filmem braci Safdie, przypominając raczej „The Wrestler” Darrena Aronofsky'ego.
„Byłem naprawdę obsesyjnie zajęty tym człowiekiem” mówi Safdie o filmie, który nie tylko podąża za Kerrem na ring, ale także do jego głowy.
To nie przypadek – reżyser oparł scenariusz na dokumentalnym filmie HBO z 2002 roku o tym samym tytule, który obnażył dramatyczne zmagania Kerra z narkotykami i burzliwymi relacjami.
Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, publiczność oszalała, odpowiadając 15-minutowymi owacjami na stojąco. Na sali byli Johnson, Blunt, Safdie i prawdziwy Mark Kerr – wszyscy ze łzami w oczach.
To nie jest film o triumfie na ringu. To opowieść o mężczyźnie, który musi nauczyć się przegrywać – ze sobą, z uzależnieniem, z lękami – żeby ostatecznie wygrać najważniejszą walkę: tę o własne człowieczeństwo. „The Smashing Machine” w amerykańskich kinach od 3 października. W Polsce data premiery nie została wciąż ogłoszona.