Jak wspomniałem wcześniej, w tym świecie ludzie wyrośli z fizycznego bólu, więc rozcinanie brzucha skalpelem i zabawa wnętrznościami nie robi większego wrażenia na głównym bohaterze całego przedstawienia. W ramach filmu jest to całkowicie normalne, a nasza para mierzy się z typowymi dla popularnych ludzi problemami - konkurencją, uciążliwymi fanami czy nawet groupies. Performance Saula i Caprice przyciąga uwagę Wippeta (Don McKellar) i Timlin (Kristen Stewart), członków tajnej organizacji nazwanej Krajowym Rejestrem Organów.
W świecie, w którym nie istnieje fizyczny ból, chirurgiczne cięcia stają się nowym seksem i
sztuką zarazem. Jest w filmie Cronenberga scena, w której jeden z performerów wyhodował sobie na całym ciele... uszy. Pod pretekstem skupienia się tylko na jednym zmyśle, zaszywa sobie oczy i usta, by następnie tańczyć w rytm syntezatorowej muzyki chłonąc ją dosłownie całym sobą. Zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale uwierzcie mi, zobaczenie tego na ekranie potrafi wbić nas w dziwną, transgresywną hipnozę.
Takie są w zasadzie całe „Zbrodnie przyszłości”. To dzieło, które wraz z ekranowymi bohaterami nieustannie mutuje, zapuszczając swe kościste korzenie w różne rejony kina. Raz mamy wspomnianą już satyrę na współczesną sztukę, innym razem obraz dwójki zakochanych w sobie ludzi, którzy pod maską chirurgicznego chłodu, czują wobec siebie prawdziwą miłość, by w pewnym momencie rzucić nam pewne tropy z kryminału noir. Nie da się jednoznacznie zamknąć filmu w sztywnych, gatunkowych ramach, bo to po prostu dzieło, które definiuje Cronenberga jako twórcę jedynego w swoim rodzaju.
Nieco teatralna gra aktorska nadaje całości szlachetnego rysu. Viggo jest widocznie znudzony tym, co ciągle dzieje się z jego ciałem, dlatego też pewną świeżość znajduje w młodej Kristen Stewart. Wiem, dziewczyna nie miała tyle szczęścia, co jej filmowy partner z niesławnego filmu o zakochanych wampirach, ale tutaj jej przeszarżowana, rozhisteryzowana gra aktorska naprawdę się sprawdza. Można zatem film Cronenberga przenieść na deski teatru i nie straciłby on za wiele ze swojego, heh, wnętrza.
Problemem mógłby być jedynie wszystkie te sceny prezentowania nam ludzkiego ciała jako płótna. Jeśli ktoś jest przewrażliwiony i cięcie, wbijanie czy otwieranie klatki piersiowej jest dla niego zapalnikiem traumy, to w takim razie nie ma u Cronenberga czego szukać. Ale to w końcu jego znak rozpoznawczy i miło mi się zrobiło, kiedy po tylu latach powrócił do swojego bezprecedensowego stylu. Za pewny motyw łagodzący powiem tylko, że przemoc w omawianym filmie nie sprawia bólu, więc nawet najgorsza wizualnie rana nie przyprawia bohaterów nawet o grymas cierpienia. Jeśli już ktoś tutaj przeżywa mękę, to tylko w jego własnej głowie.
Rzadko zdarza się, aby reżyser wciąż potrafił stworzyć dzieło, które jest tak spójne w dążeniu do artyzmu wizualnego, szczegółowego projektowania i skupienia się na obranej przez siebie tematyce. Jest to zdecydowanie powód do świętowania dla wszystkich entuzjastów kina spoza głównego nurtu, ponieważ takich filmów dzisiaj już praktycznie się nie robi. Po 80 latach spędzonych na tej planecie, mamy ciągłą nadzieję, że w przyszłości Cronenberg jeszcze nie raz zaskoczy nas czymś tak wykręconym, jak opisywany tutaj film.
tekst: Oskar Dziki /Wild Weekly/