Nazywany wizjonerem i jednym z najbardziej zjawiskowych projektantów na świecie. Jego kolekcje spotkały się z entuzjastycznym odbiorem mediów i świata mody, współpracował z Alexandrem McQueenem. Mimo sukcesów zdecydował się zakończyć działalność projektową. Na początku przyszłego roku, po dziesięcioletniej przerwie, Arkadius powróci z nowym projektem – Politically Incorrect Fashion, w skrócie P-iFashion.
Dlaczego zdecydowałeś się wrócić?
Miałem prawie dziesięcioletnią przerwę od projektowania, ale to nie znaczy, że w tym czasie nic nie robiłem. Zajmowałem się swoimi sprawami, działalnością artystyczną. Realizowałem kreatywne rzeczy, na które nie miałem wcześniej czasu, bo byłem za bardzo zajęty projektem Arkadius. Razem z moją edukacją zajęło mi to dziesięć lat: pięć lat szkoły i pięć lat działalności. To wszystko zablokowało moje życie, oprócz pracy dla Arkadiusa nie mogłem robić nic innego. Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że jestem w więzieniu. Czułem, że się duszę, że nie mogę być sobą. Jak się prowadzi taką firmę, ma się niewielką strukturę i małe fundusze na to, to można zwariować.
Prowadzenie marki to duża odpowiedzialność.
Tak, to jest duże zobowiązanie, do tego dochodzą pokazy, kontakty z prasą itd. Miałem dość, ale to, co się wtedy wydarzyło, pomogło mi zamknąć ten rozdział i zacząć wszystko od nowa, inaczej. W czasie ostatnich dziesięciu lat zadbałem bardziej o siebie jako człowieka, dostrzegłem, co jest dla mnie w życiu istotne, co jest fajne, a co nie, co warto robić, a czego nie. Ten czas pomógł mi zrozumieć, kim naprawdę jestem, a nie kim chce mnie widzieć prasa czy ludzie. To był dla mnie bardzo ważny czas, dzięki niemu mogłem przetrwać i stanąć na nogi.
fot. archiwum projektanta
A co spowodowało, że akurat teraz zdecydowałeś się wrócić?
To, że zajmowałem się swoimi sprawami, realizowałem swoje plany, pasje, uporządkowałem prywatne sprawy i dzięki temu mam teraz czas na tematy związane z modą. Chciałem zrobić coś, czego w biznesie mody nie ma. Cały ten modowy świat jest zdominowany przede wszystkim przez wielkie korporacje. Wszystko opiera się na dużych pieniądzach, ogromnych kontaktach i coraz mniej jest w tym indywidualności i niezależności. Cały ten światek jest jak wielka maszyna, gdzie jedno jest zależne od drugiego, modelka od dużego brandu, duży brand od dużego inwestora, który z kolei jest zależny od ogromnej korporacji. Kiedyś było tak, że jeśli nie było się zaakceptowanym przez „Vogue”, „i-D” czy „The Face”, to nie miało się szansy zaistnienia na rynku. Tak samo było w muzyce, jeśli Virgin, Sony czy EMI nie podpisało umowy z danym artystą, to on nie miał racji istnienia. A dziś taka artystka jak Lady Gaga tylko przez internet i bezpośredni kontakt z odbiorcą ma szanse zaistnieć na ogromną skalę. Na szczęście jest grupa ludzi, którzy chcą być niezależni, dla których moda to nie tylko logo, Gucci czy Louis Vuitton. Dla nich moda to niezależność, fun, rodzaj eksperymentu. Właśnie z takimi ludźmi chcę wejść w bezpośredni dialog.
Powiedziałeś kiedyś, że swój powrót uzależniasz od zainteresowania swoją działalnością w internecie. Jak wyglądała ta interakcja w sieci? Ludzie pisali do ciebie?
Tak. Ponad dziesięć lat temu Facebook jeszcze nie istniał, e-mail służył głównie do kontaktów z prasą, wysyłania zamówień. W dzisiejszych czasach to się zmieniło. Założyłem fanpage Arkadiusa około dwóch lat temu, bo często dostawałem maile z prośbą o informacje, zdjęcia. Ludzie pisali na mój temat prace magisterskie, artykuły. Pomyślałem, że jest duże zapotrzebowanie na informacje na temat mojej twórczości, więc w wolnym czasie zacząłem moderować ten fanpage. Ludzie pytali, czy planuję wrócić, kiedy to się stanie. Dostawałem też dużo komplementów, pisali, że zawsze bardzo im się podobało moje indywidualne myślenie, to, że byłem niezależny, itd. To dostarczało stymulacji. Zobaczyłem, że choć w modowym biznesie wszystko błyskawicznie się zmienia, to ludzie ciągle pamiętają o tym, co robiłem dziesięć lat temu. To było bardzo miłe.
Twoi fani dawali ci sugestie, co powinieneś robić?
Nie, absolutnie nie. Byli zainteresowani mną jako kreatorem, który zawsze robił coś innego, nie to, co w danym momencie było trendy, nie wpasowywał się w żadną strukturę. Z takimi ludźmi chciałbym mieć w przyszłości dialog. Nie interesuje mnie promocja w prasie, to, czy napisze o mnie „Vogue”, czy „Harper’s Bazaar”, i ludzie będą to ślepo kupowali. Znam dużo przykładów, gdzie tak właśnie się stało, że w taki sposób zostali wypromowani ludzie bez żadnego przygotowania. Po to żeby zostać lekarzem czy prawnikiem, trzeba skończyć studia. A projektantem może dzisiaj zostać każdy.
I niestety coraz więcej jest takich pseudoprojektantów...
Tak, i to jest jeden z powodów, dlaczego odszedłem od projektowania. Skoro dziesięć lat temu projektantką mogła być piosenkarka, jak np. Victoria Beckham czy Gwen Stefani, skoro nawet Monica Lewinsky za zrobienie loda byłemu prezydentowi zaczęła projektować torebki, to sorry, ale ja nie chcę się w to bawić, nie chcę należeć do tego świata. Niech oni sobie to robią, niech się wypalą. Ja miałem odpowiednie przygotowanie, ale byłem zbyt zbuntowany, dla mnie to nie miało sensu. Kiedy kończyłem studia, to na style.com pod rubryką projektanci było sto nazwisk z całego świata, dziś jest ich ponad dwa tysiące, więc bycie projektantem już przestało być prestiżowe. Każdy może być projektantem, wystarczy zrobić trzy ciuszki na krzyż i powiesić je na wieszaku.

fot. archiwum projektanta
Twoja nowa marka będzie manifestem przeciw temu?
Chcę, żeby to dalej był Arkadius, chcę zachować moje myślenie projektowe, ale w zupełnie inny sposób. Pomysł jest taki, żeby to były rzeczy niedostępne dla ludzi, którzy chcą czegoś innego. Nie będą to ubrania bardzo drogie, bo nie chciałbym eliminować potencjalnego klienta poprzez jego portfel. Wiem, że często ludzie, którzy mają dużo kasy, mają bardzo słaby gust i odwrotnie, ludzie bardzo kreatywni często nie mają pieniędzy. Dlatego moja idea to tworzenie dla ludzi, którzy są kreatywni, a niekoniecznie bogaci. Nie chciałbym, żeby to było klasyczne high fashion. High fashion można osiągnąć poprzez swoją kreację, a nie zaporowe ceny, jakie ma np. Gucci, Prada czy Chanel. Pomysł jest taki, że ubrania będą produkowane w limitowanych seriach, kolekcje będą podyktowane wymaganiami rynku, a nie kalendarzem modowym. Nie będzie kolekcji wiosna-lato i jesień-zima. Będę tworzył nową kolekcję wtedy, kiedy będę miał inspirację. Jeżeli kolekcja sprzeda się w ciągu dwóch tygodni, to w trzecim ruszam z nową.
Czyli wszystko uzależniasz od wymagań rynku?
Dokładnie.
W wywiadzie z Marcinem Różycem powiedziałeś, że są dwa rodzaje mody: taka, którą rozumie 99% społeczeństwa, i taka dla 1%. W której kategorii będzie się mieściła nowa linia?
Zdecydowanie w tym jednym procencie. To będzie dość hermetyczna kolekcja. Kluczem będzie inteligencja podejścia, śmianie się z tego całego biznesu. Dzisiejsza moda jest częścią show-biznesu, a 20 lat temu niekoniecznie była. Chcę, żeby ten nowy brand był narracją świata, który nas otacza. Niekoniecznie przez skomplikowaną formę, bo forma ma być prosta, ale ubrania będą zawsze przekazywały jakąś wiadomość.
Jeśli nie skomplikowana forma, to co będzie w tych rzeczach wyjątkowego?
Forma będzie prosta, ale dla niektórych może być kontrowersyjna. Nie będzie kontrowersyjna dla ludzi, którzy mają otwarty umysł.
Twoje poprzednie kolekcje były dla odbiorców wyzwaniem, rodzajem łamigłówki, którą można było w różny sposób interpretować. Teraz też tak będzie?
Jak najbardziej. Chciałbym, żeby moje DNA projektanta Arkadiusa pozostało. Różnica jest taka, że mam koncepcję, żeby zapraszać różnych artystów do współpracy. To nie muszą być projektanci, mogą to być architekci, malarze, nawet piosenkarze, ale ludzie nietuzinkowi, którzy myślą zupełnie inaczej, niż nakazuje mainstream.
Ale powiedziałeś przed chwilą, że żeby projektować, powinno się skończyć studia.
Nie będę wybierał ludzi ze względu na ich znane nazwisko. Na przykład niekoniecznie będę współpracował z artystą, który jest sławny i się sprzedaje. Ktoś może mieszkać w lepiance na końcu świata, nie mieć grosza, ale za to być bardzo utalentowany. Chodzi o to, żeby dać głos ludziom, którzy nie są zauważani przez mainstream. Nie chcę, żeby mój brand był kojarzony z celebrytami, tylko z ludźmi, którzy są indywidualnościami, mają duży talent i przez to, co robią, mogą coś nowego powiedzieć na temat życia, antropologii, polityki, religii.

fot. archiwum projektanta
Wcześniej też tworzyłeś modę zaangażowaną i z tego, co mówisz, wygląda, że tak zostanie.
Jak najbardziej. Nie będzie to ani H&M, ani Zara.
Gdzie będziesz szył te rzeczy?
Mam bardzo dobrą fabrykę w Polsce, która szyje też dla zagranicznych marek i ma świetną jakość, ale zobaczymy, jak się to rozwinie.
A jak chcesz pogodzić świetną jakość z niewygórowaną ceną? Bo chcesz szyć w Polsce, a nie w Chinach czy Bangladeszu, wiadomo, że produkcja w Europie jest droższa...
Wiadomo, że nie będą to ubrania w cenach jak z sieciówki, ale będą się mieścić w średniej półce cenowej. Nie chciałbym, żeby cena blokowała ludzi, którzy są kreatywni i chcieliby mieć coś fajnego. Oczywiście wszystko zweryfikuje cena produkcji.
To będzie osobna kolekcja damska i męska czy unisex?
Damska i męska. Koncepcja jest taka, że każda rzecz będzie w bardzo limitowanej edycji, np. po 60 sztuk. Jeśli istnieje tylko taka ilość danego T-shirtu, to prawdopodobieństwo, że zobaczysz na ulicy kogoś w takim samym, jest bardzo niewielka.
Z jednej strony tak, ale z drugiej będziesz miał wąską grupę docelową, bo kupią to ludzie z podobnego środowiska.
To prawda, ale strona będzie dostępna na całym świecie, dzięki temu ubrania będą osiągalne w Paryżu, Brazylii czy Nowym Jorku.
No właśnie, gdzie będzie można kupić twoje projekty?
Zaczynamy tylko i wyłącznie od sprzedaży internetowej. Na razie nie chcę otwierać butiku, nie chcę też wystawiać rzeczy w multibrandach czy concept store’ach. Być może w przyszłości tak, ale na razie rezygnuję ze sprzedaży stacjonarnej.
Planujesz jakiś pokaz?
Na razie nie. W przypadku tej marki chcę wszystko zrobić zupełnie inaczej niż wcześniej. Kiedyś Arkadius przyciągał bardzo dużo uwagi prasy poprzez pokazy, wszyscy o nich pisali, bo były inne. Produkt był napędzany przez prasę, a teraz chciałbym, żeby obronił się sam na rynku. Im bardziej to będzie stargetowane w takich magazynach jak K MAG, tym lepiej. Gdyby zgłosiła się do mnie bardziej mainstreamowa prasa modowa, byłbym bardziej sceptycznie nastawiony. Chciałbym, żeby to poszło w eter poprzez to, że ludzie docenią produkt, który jest fajny, niedrogi, ale dobrej jakości. Nie interesuje mnie sytuacja, że ktoś przeczyta w gazecie, że Arkadius startuje z nową marką i zechce to kupić, bo byłem kiedyś znanym projektantem. Dlatego nie chcę na razie robić pokazu, mimo że to uwielbiam, kocham być projektantem teatralnym. Przez najbliższe dwa, trzy sezony będzie tylko informacja na stronie, publikacja w maksymalnie dwóch, trzech magazynach i zobaczymy, jak produkt sam się obroni.
Myślę, że ten mainsteam i tak się o ciebie upomni, szczególnie że to będą na pewno bardzo pożądane rzeczy. Pewnie zaraz zadzwoni do ciebie „Elle” i „Dzień Dobry TVN”.
„Dzień Dobry TVN” jest ze mną w kontakcie chyba od pięciu lat. Ale staram się zawsze dyplomatycznie do tego podchodzić, żeby nikogo nie urazić.

fot. archiwum projektanta
Ale nie odcinasz się totalnie od mainstreamu, nie zaklinasz się, że nigdy nie udzielisz takim mediom wywiadu?
Nie, to nie o to chodzi. Chcę dotrzeć do określonego klienta, który kupuje nie dlatego, że prasa mu powie, że coś jest trendy, tylko dlatego, że ma swoje własne zdanie, zna się na modzie. Wolę mieć klientów, którzy kupują dla siebie, a nie takich, którzy mają mózg wyprany przez media.
Będziesz pracował z Brazylii czy planujesz powrót do Europy?
Będę dyrektorem artystycznym i będę pracował z Brazylii, natomiast firma mieści się w Londynie. Ale w czasach dzisiejszej technologii można mieszkać i pracować, skąd się chce. Myślę, że dam radę stąd pociągnąć ten projekt i póki co nie planuję przeprowadzki.
Ale z Brazylii nie będziesz mógł nadzorować produkcji w Polsce. Nie boisz się, że coś pójdzie nie tak?
Mam w Polsce osobę, która będzie się tym zajmować, jest projektantem mody i myślę, że to jest lepsza osoba na tym miejscu ode mnie, bo ja zajmuję się bardziej konceptem artystycznym niż nadzorowaniem jakości.
A skąd wzięła się nazwa? Moda politycznie niepoprawna?
Nazwa Politically Incorrect Fashion, w skrócie P-iFashion, wzięła się stąd, że ja w mojej kreacji byłem zawsze trochę politycznie niepoprawny, poruszałem tematy tabu, takie, które według niektórych nie powinny być mieszane z modą, stawiane w jej kontekście. Dotykanie takich tematów jest ciekawe dla mnie jako artysty. Jeśli coś jest po prostu odszyte z szarej dzianiny, to dla mnie jako projektanta jest po prostu nudne, nie niesie żadnej wiadomości. Chodzę w takich ciuchach, ale po to, żeby zginąć w tłumie. W wieku 18-19 lat miałem inne podejście, chciałem się wyróżniać. Chcę, żeby klientem P-iFahion był człowiek, który ma nonkonformistyczne podejście, nie zgadza się ze światem, który go otacza. Może kupić szare spodnie w sieciówce, ale koszulę czy top zechce mieć od P-iFashion, żeby pokazać swoją inność.
Myślisz, że nonkonformizm i indywidualizm jest politycznie niepoprawne?
To zależy, jakie tematy się porusza. Teraz na całym świecie modny jest temat gender, małżeństw gejowskich czy adoptowania dzieci przez gejów. Dlaczego jako artysta miałbym tego nie komentować poprzez kreację? Uważam, że taki dyskurs jest istotny. Jeśli byłbym malarzem czy fotografem, robiłbym to poprzez obrazy czy zdjęcia. Będąc projektantem, robię to poprzez modę, poprzez limitowaną edycję. Każda z tych rzeczy będzie obiektem kolekcjonerskim, którzy ludzie będą zbierali jako ikonkę z danego okresu. Chcę komentować wydarzenia, które są w jakiś sposób ważne, np. to, że Kim Kardashian była na okładce „Vogueʼa” – chcę pokazać, co o tym myślę, stworzyć na ten temat swoją narrację.
Te rzeczy będą bardzo limitowane i w związku z tym bardzo pożądane, więc może zdarzyć się tak, że trafią do drugiego obiegu, będą sprzedawane na Ebayu czy Allegro za dużo drożej...
Już parę osób mi o tym mówiło, ale myślę, że w pewnym sensie to będzie fajne. To będzie podobna sytuacja jak ze sztuką. Jeśli obraz czy fotografia jest limitowana, np. do dziesięciu sztuk, to wiadomo, że jeśli kolekcjoner to kupi, to za dwa, trzy lata sprzeda to za dużo większe pieniądze. Na tym polega kolekcjonowanie sztuki. Chciałbym, żeby ta marka nie była do końca modą. Moda to jest H&M, Zara, rzeczy, które się kupuje, a potem przemijają, odkłada się je na półkę, oddaje biednym. A ja chciałbym żeby P-iFashion to były rzeczy kolekcjonerskie, takie, które z czasem będą zyskiwały większą wartość, niż miały na początku. Ponieważ robię to bardziej dla zajawki artystycznej niż dla pieniędzy, to nie obchodzi mnie, że ktoś sprzeda to za więcej, niż było warte na początku. To taka sama sytuacja jak z kupowaniem sztuki – właściciele galerii kupują obrazy od młodych twórców, które później zyskują na wartości. Nie ma w tym nic złego!
Motto P-iFashion to „Gdzie sztuka spotyka się z modą”. Nie uważasz, że moda jest sztuką? Bo to, co robiłeś wcześniej, na pewno nią było.
Tak, to jest tak, że jest 1% projektantów, którzy tworzą modę, która jest sztuką, a 99% tego nie potrafi. Chciałbym bardzo, żeby moja nowa marka zaliczała się do tego jednego procenta, żeby miała w sobie coś więcej. Te rzeczy będą formą ekspresji artystycznej, ale w formie ciucha, a nie obrazu, rzeźby czy fotografii.

fot. archiwum projektanta
W swoim manifeście piszesz też, że moda powinna być zabawą.
Jeżeli byłbym artystą, to chciałbym, żeby moja sztuka miała duże poczucie humoru i dystans. Chciałbym, żeby nie była intelektualna dla samej intelektualności, bo sztuka intelektualna może być fajna, ale dla mnie jest trochę nudna. Moja marka będzie miała w sobie coś, co da taki dodatkowy sarkastyczny uśmieszek na twarzy zarówno kreatora, jak i odbiorcy.
W jaki sposób chcesz to osiągnąć?
Poprzez narrację tego, co dzieje się w dzisiejszym świecie, tego, czym się ludzie podniecają, a tak naprawdę te tematy nie są niczym specjalnym. Chcę, żeby moje ubrania dawały im do myślenia, żeby uświadomiły ludziom, że media, kolorowa prasa pierze im umysły i to nie jest fajne. Formy będą dość proste, ale poprzez print czy komunikację tej marki będzie to niosło wiadomość i dawało temat do dyskusji.
Wspominałeś o komunikacji. W prezentacji marki pojawia się motyw klepsydry. Skąd taki pomysł?
To jest taka mała zajawka mojej prekolekcji. Chcę zakomunikować, że Arkadius jako osoba i jako brand już nie żyje, nie istnieje i nie będzie już tworzył w takiej formie jak wcześniej, ale teraz celebrujemy powstanie nowego życia, czyli P-iFashion. „Arkadius is dead, long live P-iFashion” – umarł król, niech żyje król, to jest odniesienie do tego powiedzenia.
Arkadius (Arkadiusz Weremczuk) – polski projektant. Absolwent Central Saint Martins College of Art & Design. Podczas studiów pracował dla Alexandra McQueena. W 1999 roku zaprezentował swoją kolekcję dyplomową, zaraz potem otworzył własną markę. Jego kolekcje zostały entuzjastycznie przyjęte przez międzynarodową opinię. Ubierał liczne gwiazdy, m.in. Björk, Christinę Aguilerę czy Janet Jackson. Jest laureatem licznych nagród, w tym New Generation Award przyznawaną przez British Fashion Council i National Endowment for Science, Technology of Arts.
![[Z archiwum K MAG] Wielki powrót Arkadiusa. Rodzimy wizjoner współpracował m.in. z Alexandrem McQueenem [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F65fd9a66c4d72d21eb70dbee%2Farkadius.jpg&w=1920&q=60)