W środku rozgrzanego do czerwoności berlińskiego lata i upalnej nirwany z sennego gorąca wyrwał mnie e-mail od Mikołaja Komara: „Olka Osadzińska ilustruje nasz kolejny numer. Mieszka w Berlinie, tak jak ty. Czy możesz się z nią spotkać?”. Olka! Nie widziałem jej od czasu, kiedy startował K MAG, a ona dopiero zaczynała. Teraz jest jedną z najlepszych ilustratorek. Od sześciu lat mieszka w Berlinie. Następnego dnia pojechałem rowerem na spotkanie z nią i wspomnieniami o czasach w K MAG-u, na rozmowę o jej życiu i pracy pomiędzy dwoma cudownymi miastami, Warszawą i Berlinem.
Praca oczywiście nie jest najważniejsza, ale…
Olka Osadzińska to artystka, która wypracowała swój rozpoznawalny styl. Gęsty w szczegółach kadr, taneczny rysunek postaci zanurzonych w bujnie kwitnących roślinnych ogrodach. Realizowała projekty dla Reeboka, „K MAG-a”, „Elle”, „Glamour”, „Wysokich Obcasów”. Jest autorką plakatów do najważniejszych filmów ostatnich lat, między innymi „Sali samobójców. Hejter” Janka Komasy. Prowadzi warsztaty dla studentów, organizuje targi sztuki. Przodowniczka pracy. Skąd czerpie energię, żyjąc w Berlinie, mieście outsiderów, którym pogoń za sukcesem i mirażem sławy jest obca?
Naszą rozmowę Olka zaczyna od wspomnień. Pierwszy raz zetknęła się z berlińską specyfiką podczas stażu w 2011 roku. Nie było to udane spotkanie:
Jesteśmy w samym środku miasta. Siedzimy na ławce w cieniu, jaki rzuca na nas monumentalna fasada Starej Galerii Malarstwa na Wyspie Muzeów. Dookoła snują się grupki nielicznych turystów, którzy kiedyś wystawali w niekończących się kolejkach nawet w największy upał, a teraz zniknęli w oparach pandemii.

ilustracja Olka Osadzińska, dzięki uprzejmości artystki
Ta kruchość ciekawie łączy się z dobitnym i świadomym głosem, brzmiącym stanowczo, ale nie napastliwie. Tak mówi osoba pewna swojej wartości, która nie musi już niczego udowadniać.
Niedaleko siada kilkuletnia, pyzata dziewczynka, z apetytem pałaszując wielkiego bockwursta. Nad brzegiem Sprewy na trawniku wylegują się grupki młodych ludzi, ich odprężone ciała wyrażają jedno: jak cudownie jest nic nie robić.
Berlin, stolica lenistwa
Po kilku latach Olka zaczęła swoją nową lekcję berlińską. Przyszedł czas na ważne korekty w jej spojrzeniu na życie. O wszystkim zadecydował przypadek:
Olka zaczęła odkrywać Berlin i dostrzegać ogromne różnice w porównaniu z Warszawą. Berlińska powolność i lenistwo sąsiadowały ze zrównoważonym i racjonalnym tempem zmian. Miasto okazało się gościnną przystanią dla wielobarwnych indywidualistów szukających własnej drogi życia. Dynamiczna Warszawa natomiast coraz dobitniej postrzegała sens sukcesu poprzez grubość portfela, konieczną do budowania wizerunku prestiżu i statusu posiadania, a nie bycia.

ilustracja Olka Osadzińska, dzięki uprzejmości artystki
Berlin uwalnia od przymusu sukcesu, który ma wymiar finansowy. Olka tłumaczyła to kiedyś w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Powiedziała, że można pracować trzy dni w tygodniu w knajpie i to wystarczy, by cieszyć się życiem tego miasta. Zaatakowano ją, że nie widzi biedy, której nie brak też w Berlinie. Próbuje to raz jeszcze wyprostować:
Ceni protestancką powściągliwość Niemców:
Cywilizowanie anarchii
Siedzimy w Mitte, dzielnicy, która od upadku muru uległa najbardziej radykalnym zmianom. Na początku lat dziewięćdziesiątych w pustych, zaniedbanych w czasach NRD budynkach, dawnych magazynach i nieczynnych fabrykach zaczęły powstawać dzikie galerie, bary i znane tylko wtajemniczonym kluby z najlepszym na świecie techno. Ta kilkuletnia anarchia zrodziła miejską legendę, chyba równie ważną co opowieści o szalonych latach dwudziestych. Potem zwyciężył elegancki porządek, pojawiły się stylowe butiki i modne knajpy.
Berlin próbuje się dostosować do zmian we własnym tempie, tu zawsze kipiało obywatelskie życie lokatorskie. Skłotersi zaciekle walczyli o swoje prawa z policją. Nadal walczą. Wielu legendarnym undergroundowym miejscom grozi eksmisja. Chociaż ta walka wydaje się czasem naprawdę brutalna, miasto nie może tego lekceważyć. Świadczy o tym przepis zakazujący podwyżek czynszów na następne pięć lat.
Po sześciu latach w Berlinie Olka zebrała spory repertuar komplementów dla berlińczyków, ich dystansu, powściągliwości i tolerancji dla wszelkich odmienności:
Nietypowa normalność
Elastyczny i gościnny Berlin dał się w końcu skolonizować przybyszom z całego świata. Mieszkam w sąsiedztwie dzielnicy Neukölln. To mekka młodych kosmopolitów. Wąskie ulice historycznego Berlina wypełnia gwar języków z całego świata. Mieszkańcy tej barwnej enklawy przesiadują w pstrokatych knajpach albo nad rzecznym kanałem. Chyba nigdy nie opuszczają tego skrawka miasta.

ilustracja Olka Osadzińska, dzięki uprzejmości artystki
Ja poznałem emigrancki Berlin inaczej. Pracuję w szkole z dziećmi. Większość z nich przywędrowała tutaj z rodzicami różnymi, trudnymi trasami z nadzieją na lepsze życie. Podziwiam zdolność adaptacji tych dzieci. Maja zaledwie po kilka, kilkanaście lat. Nie znają niemieckiego, ale za chwilę stanie się dla nich językiem tak oczywistym, jak powietrze, którym oddychają.
Psychologia fascynuje Olkę. Z przejęciem wylicza swoich ulubionych autorów: Ericha Fromma, Shunryū Suzuki, Esther Perel. Uczęszczała na terapię, dzięki której zaszła w niej głęboka zmiana.
Kolebka wolności
Kiedyś we wschodnim Berlinie, w stojącym samotnie gdzieś na uboczu masywnym gmachu dawnej elektrowni ulokował się klub, który stał się symbolem pstrokatej, berlińskiej wolności. Tak się przeraził swojej popularności, że zaczął z nią walczyć w sposób bezwzględny – za pomocą najsurowszej selekcji na świecie. Berghain.
Przypomniałem sobie czas strawiony na staniu w kolejce do tego klubowego raju. Z całego miasta spływały strumienie imprezowiczów. Zestresowani czekali na werdykt odźwiernego. Mistrzem tej ceremonii jest najdziwaczniej wyglądający na świecie Berlińczyk. Potężny, brodaty facet z wytatuowaną twarzą, ikona undergroundowego Berlina. To świetny fotograf, jeden z pierwszych punków w NRD, Sven Marquardt. Gdy zbliżałem się w kolejce do bramki, nagle zamajaczyła mi jego postać. Ponurym i krytycznym spojrzeniem ogarniał tłum kandydatów do techno raju, wydając rozporządzenia swoim asystentom.
Nie ma nic bardziej twórczego niż kryzys
Pytam Olkę, jak w tym mieście leni i nieudaczników, udało jej się zorganizować pracę. Nie straciła pędu do kariery, odniosła sporo sukcesów. Berlin nie przeszkadzał? Nie wałkoniła się nad rzeką?
Najważniejsze jednak, co zawdzięcza temu miastu, to dystans do własnej zapalczywości w pościgu za skutecznością i karierą.
Legendarne początki
Przypominam sobie wariackie czasy początków K MAG-a. Wariackie, bo z poświęceniem walczyliśmy o wydanie najlepszego pisma na świecie, a potem cieszyliśmy się, że znowu nam się udało. Wtedy poznałem Olkę. Chodziła ze Staszkiem Bonieckim. Staszek był w K MAG-u sekretarzem redakcji i już robił świetne zdjęcia. Teraz jest jeszcze lepszym fotografem i bardzo zapracowanym. Nasze wspomnienia zaczynamy od wystawiania laurek.
Pracowałem przy kilku pierwszych wydaniach K MAG-a. Pamiętam Staszka wpatrzonego w ekran komputera. Co chwilę sięgał po telefon, wydzwaniając do autorów, którzy zawsze spóźnieni musieli się tłumaczyć, kiedy wreszcie coś napiszą. Staszek był skuteczny, autorzy pisali. Robił wspaniałe zdjęcia. Na przykład fotografie Kazika na bazarku ursynowskim. Kazik świetnie wtopił się w jarmarczne tło, przypominał kolesia sprzedającego chińską bieliznę z turystycznego łóżka. Najlepsze zdjęcie, jakie mam, zrobił mi Staszek. Olka opowiada:
Psoty
Siedzieliśmy w naszej redakcji na Mokotowie i pracowicie tworzyliśmy magazyn K MAG. W spokoju. Do czasu. Bo pewnego dnia na Facebooku pojawił się fanpage K MAG-a, który bezlitośnie demaskował nasze słabości. Można było się też dowiedzieć, co wieczorami wyrabia Mikołaj Komar. Oczywiście, były to informacje nie całkiem prawdziwe. Wtedy jeszcze nie znaliśmy zwrotu „fake news” ani słowa „hejt”. To była zwykła psota. Internetowa psota. Autorką tej psoty była Olka. Olka, ta żartownisia, wciąż się zawstydza, kiedy jej o tym przypominam.
Czego nas uczą miejskie zwierzaki
Olka znowu wzbogaci K MAG-a. Zilustruje aktualne „zwierzęce” wydanie, Animal Issue. Czy zrobi to w swoim botanicznym stylu? Czy zilustruje rajski eden? Tym razem zwierzęta są na pierwszym planie…
Opuszczamy przytulny dziedziniec Starej galerii. Spacerujemy po pustych ulicach Berlina. Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu. Przed nami stoi mężczyzna z psem. Zwierzak trzyma w zębach patyk i cierpliwie wypatruje, kiedy padnie sygnał do dalszej drogi.
Zaświeciło się zielone światło. Mężczyzna leniwym krokiem wchodzi na ulicę, a piesek skocznie podąża za swoim panem. Może wtedy Olka wpada na pomysł ilustracji Animal Issue do K MAG-a?
Olka Osadzińska – ilustratorka, art director i dyrektor kreatywna – jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystek. Na stałe mieszka i pracuje w Berlinie, a lista jej zawodowych zajęć jest równie długa jak lista międzynarodowych klientów. Współpracowała z najbardziej znanymi polskimi i zagranicznymi markami i instytucjami – m.in. z Muzeum POLIN, Instytutem Adama Mickiewicza i dziennikiem „Die Welt”. W ciągu piętnastu lat w jej portfolio znalazły się okładki płyt, książek i magazynów (w tym pierwsza i jak dotąd jedyna ilustrowana okładka w historii magazynu „Elle”). Zaprojektowała również okładkę ostatniej płyty Maryli Rodowicz. Jako Art Director była odpowiedzialna za komunikację wizualną filmu „Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”. Na co dzień tworzy dla marek takich jak Reebok, Nike, Mercedes Benz, Samsung, HTC, Jo Malone, Max Factor czy Hugo Boss. Jej prace publikowane były m.in. w „Commons&Sense”, „i-D”, „Harper’s Bazaar”, „Instyle”, „Glamour”, „K MAG”, „Elle” czy „New York Magazine”.
![[Z archiwum K MAG] Moje „100% made in Poland” jest tutaj ewenementem. Rozmowa z uznaną ilustratorką Olką Osadzińską](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F68e110bcb106605795eb35c2%2FKMAG%2520OLKA%2520OSADZINSKA%2520SINGLE.jpg&w=1920&q=80)