Wykładowca poucza mnie w modzie wyższej [felieton]

09-12-20225 min czytania
Wykładowca poucza mnie w modzie wyższej [felieton]
fot. Norbert Schoerner, Lady Gaga / Iris van Herpen, Sensory Seas Couture.
Czy moda to sztuka?
Na pierwszych zajęciach z redakcji prasowej w tym roku usłyszałam od prowadzącego: „moda nie zalicza się do kultury”, co w zasadzie całkowicie oddziela ją od sztuki. Dobieraliśmy właśnie tematy do stworzenia kulturowej gazety na zaliczenie i, jak zwykle na przestrzeni ostatnich 3 lat, liczyłam na autorską sekcję modową. Wykładowca, ku mojemu zaskoczeniu, usunął segment, a teksty przydzielił do innych odłamów czasopisma. Na nieszczęście dla niego, jestem przyzwyczajona do takiego lekceważenia. Nawet jeśli słyszę to od kogoś ubranego w koszulę w neonową kratę na krótki rękaw i 30-letnie przetarte jasne jeansy. Mimo to rozumiem tok myślenia — jego styl zdecydowanie nie wpisuje się w jakąkolwiek kulturę, nawet osobistą.
Spróbujmy sobie wyobrazić mojego wykładowcę jako przeciętnego konsumenta, który nie potrafi nawet wymówić „haute couture”, a co dopiero kojarzyć znaczenie związane z nazwą. Nie wie, że jego koszula powstała za sprawą szkockich tartanów z XVIII wieku, była masowo reprodukowana w połowie XIX wieku dla klasy robotniczej w Stanach Zjednoczonych, by później zachwycały się nią wszystkie pokolenia XX wieku — od aktorek po raperów. Przewijała się w wielu kolekcjach Alexandra McQueena od pokazu „Joan” z 1998 roku, Johna Galliano dla Diora w sezonie couture w 2004 roku, aż w końcu w 2013 roku Hedi Slimane debiutował z jej pomocą w Saint Laurent. Mój wykładowca wybrał tę koszulę, aby pokazać, że nie bardzo interesuje go dobry gust. Mimo wszystko nie zdaje sobie sprawy, że symbolizuje ona przemysł wart miliony złotych i niezliczone stanowiska pracy. Była dla niego wybrana przez grupę ludzi, którzy zdecydowali się użyć kraty podczas pokazów, przez co wzór nigdy nie zniknął z rynku.
Nawet jednak pośród wszystkich tych milionowych inwestycji, prawdziwa moda zaczyna się od inspiracji. Projektanci odpowiedzialni za wzór wszystkiego, co kopiują sieciówki, kierują się ideą, stanowiącą esencję całego tego, mogłoby się wydawać, komercjalnego przemysłu. Dyrektor kreatywny każdego domu mody działa na styku dwóch bardzo odwrotnych sił — kunsztu i konsumpcji, jednak największy spektakl może oddać jedynie sezon haute couture. W dosłownym tłumaczeniu oznacza „wysokie szycie” i można go traktować jako zapis najwybitniejszego dorobku światowych krawców w historii.
I właśnie w tym tkwi cała sprzeczność, jaką posługują się przeciwnicy mody traktowanej jako gałąź świata sztuki. Z czego wynika taki konserwatyzm w spojrzeniu na jej rolę w społeczeństwie oraz ta natarczywa próba udowodnienia, że ubrania mają znaczenie tylko w sensie użytkowym? Krawiectwo, hafciarstwo z łatwością uznawane są za metody w tworzeniu obrazu, rzeźby. Nie chodzi również o pojedyncze autorstwo — w faktycznym procesie tworzenia kolekcji uczestniczą całe atelier i dziesiątki osób. Podobnie działał Andy Warhol w swojej Fabryce. Co daje nam przyzwolenie na krytykę przemysłu modowego z perspektywy zarobkowej, jeśli doszliśmy do momentu, w którym zachowujemy ciszę przy ukazaniu obrazu Picassa, a klaszczemy po ogłoszeniu ceny jego sprzedaży?
Sam akt twórczości przejawia się na każdym poziomie kreacji kolekcji. Nawet jeśli pominiemy detaliczną precyzję w doborze materiałów i gigantyczny wkład ludzkich umiejętności, to nadal pozostaje nam ogrom możliwych interpretacji. Walory estetyczne wynoszą stroje couture na szczyty ich semantycznych znaczeń, komentując sytuację polityczną, społeczną czy po prostu personalne przeżycia. Projektanci, podobnie jak artyści, próbują skrystalizować swoją fantazję (połączoną zazwyczaj z wizją marki, dla jakiej pracują), a ich bazą stały się tekstylia.
Schiaparelli haute couture wiosna-lato 2022, materiały prasowe
Prawdziwych twórców couture jest na świecie niewielu, jednak grzechem byłoby pomijanie ich wpływów. Laików zapraszam do zapoznania się z projektami holenderskiej mistrzyni Iris van Herpen, która nie skupia się na fizycznej cielesności, a raczej stara się odkryć przestrzeń dookoła sylwetki, w tym dynamikę. Alexandra McQueena zna prawie każdy (mam przynajmniej taką nadzieję). Obudowywał modelki w metaforyczne zbroje, a pokazy przypominały sztuki teatralne, przez co urzeczywistniał życie jako grę na scenie. Suknie chińskiej projektantki Guo Pei można by badać dniami i nocami, a i tak pominęlibyśmy większość detali. Nie możemy też zapomnieć o Elsie Schiaparelli, która od lat 30. XX wieku współpracując z Salvadorem Dalím, opierała cały swój dorobek na surrealizmie. Największy spokój odnajduję jednak w pracach pierwszych twórców couture, takich jak Christian Dior, Cristóbal Balenciaga czy Hubert de Givenchy. Ich błyskotliwość tkwiła w ciszy kształtów, kolorów i dopasowaniu do sylwetki, i to właśnie oni w powojennej Europie ustanowili standardy estetycznych rozkoszy, które po dziś są nie do obalenia.
Choć przyznaję, że dużą część świata mody odgrywają skorumpowane korporacje prasowe, nepotyzm i wartości akcji na giełdzie, haute couture zachowało swoją bliskość z pojęciem sztuki. Projekty z takich sezonów tworzone są w celu przypomnienia publiczności, że marki nadal wiedzą, czym jest prawdziwe rzemiosło i talent. Przede wszystkim jednak personalnie wywołują we mnie emocje, jakich nie otrzymam od żadnych innych bodźców. Wzruszają samym pięknem, harmonicznością, a w ich kształtach jest coś bardzo oczyszczającego. Mam nawet wrażenie, że couture dotyka bardziej sfery sacrum niż profanum. I choć mówi się, że w dorobku kulturalnym widzieliśmy już wszystko, nie utożsamiam tego ani ze sztuką, ani tym bardziej z modą. „Treść czeka, aby ktoś ją wynalazł”, jak zgrabnie opisał Vonnegut w „Sinobrodym”.
tekst: Kasia Lendzion
FacebookInstagramTikTokX