Kulinarna podróż po Food Hall Browary, czyli najlepsze, co nas ostatnio spotkało – bierzcie i jedzcie tam wszyscy!

06-09-20224 min czytania
Kulinarna podróż po Food Hall Browary, czyli najlepsze, co nas ostatnio spotkało – bierzcie i jedzcie tam wszyscy!
Jest tylko jedna rzecz, którą nasza redakcja kocha równie mocno, co szeroko pojętą kulturę. Jest nią, oczywiście, jedzenie.
Pora lunchu zawsze budzi w naszej redakcji niezdrową ekscytację. Pierwsze pytania o wybór knajpy pojawiają się zazwyczaj jakąś godzinę po przyjściu do pracy. Jako starzy wyjadacze mamy już doskonale obcykane wszystkie najfajniejsze knajpy w okolicy pl. Konstytucji oraz pl. Zbawiciela, lecz tym razem ponownie mieliśmy okazję zapuścić się nieco dalej. Wszystko dlatego, że dostaliśmy zaproszenie od Food Hall Browary, aby przetestować mieszczące się tam restauracje. A jest ich aż dwanaście!
Food Hall Browary łączy „prawo do wyboru” z potrzebą „posiadania wszystkiego w zasięgu ręki”. Jest nam to bardzo na rękę, ponieważ nasza redakcja to kolorowy mix wegetarian oraz mięsożerców. Food Hall Browary znajduje się na najniższej kondygnacji budynku dawnej Leżakowni, czyli istotnej części historycznego Browaru Haberuscha i Schielega. Nad każdym z 12 punktów gastronomicznych pieczę sprawują doświadczeni i dobrze znani Warszawiakom restauratorzy, którzy w ten sposób prezentują część menu swoich stacjonarnych lokali. Haczyk? W Food Hall Browary nie trzeba rezerwować stolików. Wystarczy przyjść i rozkoszować się pysznym jedzonkiem...

Rozgrzewające zupki i aksamitne buliony

Dokładnie tak, jak my w tamto piękne, czwartkowe popołudnie! Jesteśmy fanami pełnowartościowych posiłków, więc nasza przygoda zaczęła się od aromatycznych zupek prosto z królestwa ramenu (ökarimå Ramen) oraz konceptu VietNem, prowadzonego przez Linh Nguyen – warszawską cesarzową azjatyckiej kuchni. Idealnie przyprawiony, pikantny Spicy Vegan Tantan z ökarimå skradł serce Piotra Zientary, naszego dyrektora technologicznego, a gęsty, aromatyczny i kremowy Paitan Ramen z doskonałym olejem szczypiorkowym był dosłownie wydzierany sobie z rąk przez mięsożerną część naszej redakcji. Nasze oczekiwania spełniło również Pho z wołowiną w sosie z trawy cytrynowej z VietNem. W pamięć zapada przede wszystkim obłędny bulion, z który dosłownie można dać się pokroić!
Dania z VietNem okazały się totalnym strzałem w dziesiątkę. Od rozpływających się w ustach spring rollsów z mango i ananasem przez makaron ryżowy na chrupko z krewetkami aż po naleśnik z mąki ryżowej z warzywami. Największe zamieszanie wywołała właśnie ta ostatnia pozycja. Nie dajcie się zwieść prostej kompozycji, bo długo nie będziecie mogli przestać o niej myśleć. Mięciutkie ciasto, chrupiące owoce i ten sos! Z kolei świeże i słodkie sajgonki okazały się faworytem naszego naczelnego Mikołaja Komary, który dosłownie nie mógł przestać się nimi zajadać.
W międzyczasie dotarły do nas bowle ze S'POKE. Zdrowe, świetnie skomponowane i wyposażone w doskonale dobrane sosy. My postawiliśmy na bowle z opalanym łososiem, marynowanym tuńczykiem oraz chrupiącym krewetkami. W tym wypadku była to praca zbiorowa, a każdy zjadł to, na co miał ochotę (i co zdążył). Dla równowagi druga połowa stołu wcinała smakołyki z Secado. Tym razem nasz wybór padł na krokiety z kaszanką (polecone przez koordynatorkę naszej wizyty), krokiety z szynką iberyjską oraz szaszłyk z rostbefem. Co tu dużo mówić? Przekąski z Secado długo z nami nie pobyły...

W słonecznej Italii

Po rybkach, owocach morza i warzywkach przyszedł czas na podróż do słonecznych Włoch. Oczywiście byliśmy już trochę najedzeni, ale święcie wierzyliśmy, że damy radę coś jeszcze wcisnąć. Być może to dlatego, że dania krążyły po stole i każdy z nas próbował po trochu. A to, jak doskonale wiadomo, bywa dość złudne. Choć pizzę (Margheritę oraz Ananaso) z Octo, punktu należącego do twórców uwielbianej Dziurki od Klucza, finalnie zabraliśmy do domu dla współlokatorów i drugich połówek, gnocchi z masłem i orzechami pini zniknęły ze stołu w zastraszającym tempie.
Prawdziwymi gwiazdami okazały się jednak mistrzowskie panuozzo z neapolińskiego street foodu A'Panu occo?!, również spod skrzydeł właścicieli Dziurki od Klucza. Panuozzo to nic innego, jak włoskie kanapki z ciasta na pizzę, które po brzegi wypełnione są tym, co w kuchniach świata najlepsze. W naszym przypadku było to: (1) znakomite pastrami, (2) długo duszona wieprzowina w papryce pasilla i pomidorach oraz (3) mozarella w panierce z tatarem z pomidorów, rukolą, pesto bazyliowym oraz majonez bazyliowy. Niebo w gębie!

Coś słodkiego na ząb

Po sutej wyżerce uraczyliśmy się deserami z Secado oraz ökarimå Ramen. W przypadku pierwszej restauracji skusiła nas pozycja Dulcemente & Salato, czyli deser o smaku słonego karmelu. Kiedy tylko go spróbowaliśmy, zwariowaliśmy na punkcie chipsów ze słonego karmelu. Gdzie one były przez całe nasze życie?! Drugą pozycją był równie obłędny Crema Catalana – tradycyjny kataloński deser, którego powierzchnię stanowi karmelizowany cukier. Co ciekawe, zdania na temat deserów były podzielone. Dla części z nas słodki karmel okazał się nieco zbyt... słodki. W tym wypadku idealną propozycją okazał się właśnie nieco bardziej wyważony Crema Catalana.
Jeśli chodzi o ökarimå Ramen, to nie mogliśmy odmówić sobie popularnych ostatnio lodów mochi, a tradycyjny japoński deser ryżowy okazał się idealnym zakończeniem naszej gastronomicznej przygody.
Najedzeni, zadowoleni i obładowani pudełkami na wynos, rozeszliśmy się do domów. Na dworze powitało nas prażące Słońce i życie było piękne. W końcu nie bez przyczyny mówi się, że przez żołądek do serca.
FacebookInstagramTikTokX