Trentemøller: „To byłoby super nudne – iść na koncert wygenerowany przez sztuczną inteligencję” [WYWIAD]

Autor: KB
24-09-20246 min czytania
Trentemøller: „To byłoby super nudne – iść na koncert wygenerowany przez sztuczną inteligencję” [WYWIAD]
Trentemøller, fot. Alise Blandini
Pochodzący z Danii Trentemøller od 25 lat aktywnie tworzy i utrzymuje status stale ewoluującego artysty. Wystarczy pobieżnie przesłuchać jego dyskografię, by zauważyć, że to ciągły strumień myśli i uczuć, które rezonują z odbiorcą na różnych etapach życia. Czynnik ludzki jest dla muzyka niezwykle istotny i zdaje się, że żadna technologia tego nie zmieni. Ma dla niej inne zastosowanie. Rozmawiamy o AI, współpracy z Depeche Mode, nowych zespołach wartych uwagi, zaangażowaniu artystów w politykę i innych.
Jesteś aktywny na scenie od 25 lat. Masz jakieś obserwacje, wnioski dotyczące branży albo publiczności?
Prawdę mówiąc, nie jestem na bieżąco z branżą, ponieważ zawsze tworzyłem swoją odrębną muzykę. Nagrywam album, siedząc odizolowany w studiu, następnie go wypuszczamy, gramy na żywo i tak to wygląda od wielu lat. Większe zmiany rynkowe do mnie nie docierają. Oczywiście, nie uszło mojej uwadze, że streamingi zrobiły sporo zamieszania. Głównie nie płacą artystom, ale mają też dobre strony – dzięki nim można znacznie szybciej i łatwiej odkrywać nową muzykę. Nie zmienia to jednak faktu, że artyści powinni być przez nie lepiej opłacani, i to powoduje, że nie jestem ich większym fanem.
Co jest lepszego w byciu niezależnym muzykiem niż mainstreamowym?
Dla mnie niezwykle istotne było otwarcie własnej wytwórni, gdzie miałbym pełną swobodę artystyczną. Nigdy nie postrzegałem tworzenia muzyki jako czegoś, co muszę robić. Jestem niesamowicie wdzięczny, że mogę robić to, co kocham, i utrzymać się z tego. To ogromny przywilej. Dużo łatwiej mi wydawać samemu, bez sztabu ludzi mówiących, co i jak robić, aby to się lepiej sprzedało. Dzięki temu mam poczucie szczerości. Wiele jednak zależy od artysty i rodzaju muzyki, jaką tworzy. Na przykład Taylor Swift musi mieć za sobą całą maszynę, ale dla mojego gatunku muzyki lepiej być samemu sobie szefem.
Po 25 latach można się jednak wypalić. Gdzie szukasz motywacji?
Każdy mój album – a najnowszy, „Dreamweaver”, jest już siódmym – stanowi odzwierciedlenie etapu, na jakim akurat znajdowałem się w życiu. Każdy z nich jest swoistą zajawką moich uczuć i doświadczeń. To brzmi banalnie, ale dla mnie tworzenie i pisanie muzyki to terapia, najlepszy sposób wyrażania uczuć, łatwiejszy niż na przykład stworzenie rysunku, dlatego nie szukam motywacji na siłę.
Mam wrażenie, że twoje najnowsze albumy są delikatniejsze, spokojniejsze, nie tak mroczne jak poprzednie.
Może jest w nich więcej nadziei, lecz wciąż sporo o bólu i stracie. „Dreamviewer” określiłbym nawet dość melancholijnym, choć lubię kontrasty zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. Staram się też nie analizować za wiele, a raczej iść za wewnętrznym głosem.
Single z najnowszego albumu noszą też znamiona dream popu. Są dość optymistyczne.
Taak, coś w tym jest, ale całość nie jest wesoła [śmiech]. Rzeczywiście na albumie da się słyszeć dream pop, shoegaze.
Jeśli ktoś nie zna twojej muzyki, od słuchania czego powinien zacząć?
Najnowszego albumu! To miejsce, w którym obecnie jestem, i osoba, jaką jestem. To moja najświeższa wizytówka.
Nie żałujesz niczego w swojej karierze?
Nie. Wychodzę z założenia, że na błędach trzeba się uczyć, a nie ich żałować. Nauczyłem się ufać swojemu instynktowi i pozostawać wiernym sobie. Tak naprawdę muzykę tworzę przede wszystkim dla siebie, jak każdy artysta, dlatego to dla mnie tak ważne, by widzieć i czuć w niej samego siebie.
Lubisz występy na żywo? Twórcy muzyki elektronicznej, niekoniecznie liderzy, wokaliści, często „chowają się” za swoją muzyką.
Obecnie nie postrzegam się za twórcę muzyki elektronicznej, choć rzeczywiście od tego zaczynałem. Od dłuższego czasu korzystam z gitar, perkusji. Zdecydowanie lubię grać koncerty, są energetyzujące. Mam świetny zespół, wypracowaliśmy sposoby na prezentowanie zarówno nowej muzyki, jak i moich starszych utworów, dużą wagę przykładamy też do strony wizualnej. Natomiast jeśli ktoś spodziewa się rave’u i klubowych dźwięków, być może nie powinien wpadać na nasz występ.
Jakie jest twoje podejście do sztucznej inteligencji?
Nie obawiam się jej specjalnie. Moim zdaniem nigdy nie zastąpi ludzkiej kreacji, szczególnie podczas występów na żywo. Uważam, że koncerty mają wyjątkową moc oddziaływania na innych. To byłoby super nudne – iść na koncert wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Czasami korzystam z AI do analizy, pewnych technicznych spraw, ale nigdy do pisania czy komponowania. Robienie tego samemu sprawia mi dużo większą frajdę. Nie potrzebuję sztucznej inteligencji, by „zaprogramowała” moje myśli i uczucia. Zdarza mi się korzystać z chatGPT w poszukiwaniu różnych informacji, ale jestem jednocześnie mocno wyczulony na fake newsy, dlatego wszystko poddaję filtrowi.
Wspomniałeś o Taylor Swift, teraz o fake newsach. Jak zawsze przed wyborami, jak przed najbliższymi w Stanach Zjednoczonych, podnosi się dyskusje o zaangażowaniu artystów w politykę. Co o tym sądzisz? Czy powinni to robić?
To zależy od artysty. Jeśli twórca ma coś ciekawego do dodania w dyskusji na temat polityki, tak samo jak każdy inny człowiek w demokratycznym świecie ma prawo się wypowiedzieć. Każdy powinien być zaangażowany w budowanie świata, w którym żyje, a stopień tego zaangażowania zależy od każdego z osobna. Osobiście nie chcę się zagłębiać w kwestie polityczne, bo nie jestem politykiem, ale też nie uważam, że dobrze jest siedzieć, robić muzykę i nic więcej. Nie musisz tworzyć muzyki o polityce, ale możesz wspierać bliskie ci inicjatywy na swój sposób.
Współpracowałeś z różnymi muzykami: Franz Ferdinand, Depeche Mode, Tricky, The Knife, by wymienić kilku. Lubisz to? Jak to wspominasz?
Bardzo dobrze. Szczególnie z Depeche Mode, którego jestem ogromnym fanem. Stworzyłem remix do jednego z ich utworów, po czym Martin Gore osobiście się ze mną skontaktował, napisał maila, by zaprosić nasz zespół do wspólnego występu na 10 koncertach stadionowych. To było szaleństwo. Przez jakiś czas byłem przekonany, że znajomy robi sobie ze mnie żarty. Jeśli w ogóle spodziewałbym się kontaktu od Depeche Mode, to przez menedżera. Nasze pierwsze show było w Londynie, gdzie spędziliśmy z chłopakami trochę czasu po koncercie. Martin to przeuroczy facet, jednocześnie twardo stąpający po ziemi i bardzo konkretny. To niesamowity zaszczyt wystąpić z nimi.
Jest jeszcze ktoś, z kim chciałbyś stworzyć coś wspólnie?
Mam nadzieję nagrać choć jedną piosenkę z Hope Sandoval, wokalistką Mazzy Star. Od lat próbuję się z nią skontaktować, ale jest bardzo nieśmiała. Jej głos jest magiczny.
Gdzie szukasz nowej muzyki? Polecisz nam coś?
Ostatnio sporo słucham Tan Cologne. To dwie artystki z Nowego Meksyku, uwielbiam ich twórczość. Trudno ją opisać… jest nieco ponura i psychodeliczna zarazem. Dziewczyny wszystko robią same: grają, śpiewają, produkują. Stanowiły ogromną inspirację do mojego nowego albumu.
Gdybyś miał opisać dobrą muzykę w kilku słowach, jakich byś użył?
Melodia, melodia, melodia, melodia, melodia. Pięć razy melodia. To fundament muzyki. Możesz mieć świetną produkcję, ale nie zadziała bez melodii, która stanowi punkt wyjścia do każdego gatunku. Wówczas każdy dźwięk będzie miał też swój akustyczny portret.
A co z muzyką noise?
Paradoksalnie nawet tego rodzaju muzyka ma melodię. Szczególnie podczas głośnego odsłuchu da się w niej wyłapać melodię. Weźmy taki zespół jak amerykański Belong reprezentujący właśnie ten gatunek – w jego muzyce można usłyszeć melodię pomimo hałasu i awangardy. Natomiast jeśli chodzi o mnie i mój gust, zdecydowanie jestem miłośnikiem jakościowej tonacji. To dla mnie podstawa.
Trentemøller wraz z zespołem wystąpi na dwóch koncertach w Polsce: 21.10 w warszawskim Palladium oraz 22.10 w krakowskim Kwadracie. Więcej informacji oraz bilety u organizatora –LiveNation.pl.
FacebookInstagramTikTokX