

Czyli o tym, jak ważne są doznania i bodźce w życiu realnym
Ile razy zdarzyło wam się, że przy wysyłaniu wiadomości autokorekta poprawiła słowo lub znak zmieniając kontekst wypowiedzi? Albo ile razy doszło do towarzyskich nieporozumień, bo odbiorca nie zrozumiał żartu czy ironii?
W naszych smartfonach kryje się cały świat. Przy pomocy jednego kliknięcia możemy sprawdzać informacje, przenosić się na ulice odległych miast, odpalić jeden z tysięcy filmów dostępnych w sieci.
Tekst Iga Dyszko
„Smart” brzmi nowocześnie, modnie, narzuca skojarzenia pełne inteligentnych rozwiązań. W jednym urządzeniu możemy ujednolicić naszą pracę, skoordynować wszystkie urządzenia, jakie mamy w domu i wiele innych. W jednym momencie możemy prowadzić kilka konwersacji tekstowych naraz. Emotikony czy zabawne naklejki oddają nasze emocje i urozmaicają ciąg znaków. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce nie raz wysyłamy roześmiane buźki, podczas gdy na naszych własnych maluje się grymas niezadowolenia. Ta „emocjonalna wylewność” w przypadku nowo poznanych osób sugeruje, że nasz rozmówca jest osobą towarzyską i otwartą. A takie internetowe pierwsze wrażenie jest szczególnie ważne, kiedy tej drugiej osoby nigdy się nie spotkało. O wiele lepiej wymienia się przecież wiadomości z kimś roześmianym, kto wydaje się przepełniony pozytywną energią. Gorzej, kiedy to pic na wodę.
Pan X był rozmówcą idealnym. Zaczął nienachalnie, znał się na filmach, urzekał poczuciem humoru. Pisaliśmy coraz więcej. Serdeczności, codzienna wymiana zdań, uśmiechy i inne dostarczały potrzebnej organizmowi endorfiny. Myślałam „super, właśnie tak to powinno wyglądać!”. Zwłaszcza, że przed Panem X chatowałam przez chwilę z Panem Y, który w swoich wypowiedziach był tak wylewny jak Mad Max z ostatniego filmu George'a Millera. Takie silne uzależnienie spowodowało, że zaczęliśmy kreować wyidealizowane wyobrażenie o naszej relacji. Na spotkanie zdecydowaliśmy się po miesiącu. To sporo jak na czasy, kiedy w ciągu paru chwil możemy mieć wszystko na wyciągnięcie ręki. W rzeczywistości mój roześmiany X okazał się być człowiekiem wycofanym i zamkniętym. Śmiałości nabierał, kiedy poruszał się w sferze internetowej. Może nie peszyła go fizyczna obecność drugiej osoby. A może dlatego, że w trakcie chatowania zawsze miał chwilę na przemyślenie odpowiedzi. Znajomość zerwała się po trzecim, równie bezowocnym co wcześniejsze, spotkaniu. X nie przeżywał tego w jakiś szczególny sposób. A przynajmniej taką dostałam od niego informację. Ja również nie rozpaczałam po tym zdarzeniu. Brakowało mi jedynie tego radosnego uniesienia, jakie pojawiało się podczas wcześniejszych konwersacji. Wróciło ono jednak w dość niecodziennych okolicznościach.
Przerwy na lunch w firmie lubiłam wykorzystywać nie tylko na zjedzenie ulubionych pierogów z pobliskiej restauracji. To był również czas na to, aby w trakcie krótkiej przerwy odpalić jeden z seriali, które umilały mi czas. Zapatrzona w ekran komórki dopiero po chwili zobaczyłam, że ktoś stoi obok stolika i wymawia moje imię. Pan Y we własnej osobie. Po krótkiej wymianie zdań zaprosiłam go do stolika. Chwilę potem byliśmy umówieni na kolację. Internetowe konwersacje nie były jego najsilniejszą stroną, zresztą sam to przyznał. Ale doskonale czuliśmy się ze sobą w trakcie prawdziwej rozmowy. Zbyt szybka i pochopna ocena pana Y mogła zniweczyć dobrą znajomość, która zresztą trwa już dobre dwa lata.
Jakub Żulczyk w „Ślepnąc od świateł” napisał „skóra potrzebuje skóry”. LED-owe ekrany, emotikony i śmieszne GIF-y nie zastąpią tego, co najcenniejsze – dreszczyku emocji przy pierwszym, nawet przypadkowym dotyku. Uczucia mrowienia w żołądku tylko wtedy, kiedy spoglądasz drugiej osobie w oczy. Nasze zmysły rozpalić mogą
Możemy karmić się internetowymi relacjami i nie wychodzić ze strefy komfortu. Ale to doznania w realu warunkują nasze prawdziwe emocje i relacje. Nie ma co mylić wirtualnych znaków z tymi „na niebie”.
O tym jak ważne dla wspólnej relacji są fizyczne miejsca i realne doznania w swojej najnowszej kampanii przypomina zmysłowa marka SKYN.
