,,Sekret Madeline Collins” wydaje się filmem prostym w odbiorze, bo niczym szczególnie nie różni się od produkcji, które próbują utrzymać widza w napięciu - przestrzegając przed tym co jest złe, a co dobre.
Film na pierwszy rzut oka przypomina dramat klasy B — z dobrym scenariuszem, ale kiepskimi dialogami. Nie ma w tym oczywiście nic złego, bo kto nie lubi prostych słów, które z łatwością można zrozumieć? Sęk w tym, że rozmowy prowadzone przez główną bohaterkę z innymi postaciami są dość urzekające, lecz nie wystarczające, aby pozostawiły po sobie trwały ślad. ,,Sekret Madeline Collins” to wyłącznie gra pozorów. Oglądając film, nie sposób nie dostrzec odwołania do psychoanalizy i zaczerpnięcia przez reżysera kilku inspiracji z podręczników do psychiatrii. Antoine Barraud próbował zbudować dramat z silnymi elementami grozy lub afazji — i faktycznie oglądając film czujemy niepokój wynikający z niedomówień głównej bohaterki, ale to tyle. Może jednak aż tyle?
A co z pozostałymi postaciami? Czy one również zasługują na lincz wynikający z motywów Judith? Wydaje się, że nie. Każdy z aktorów gra dość poprawnie. Czegoś jednak tu brakuje — być może chodzi o pewien rodzaj autentyczności, wiary w to, że historia taka jak w ,,Sekrecie Madeleine Collins” ma prawo się wydarzyć. To, co trzyma widza w napięciu, to nie rys psychologiczny głównej bohaterki, rodzaj psychozy, z którym ona walczy, lecz właśnie jej otępienie wynikające z błędnych wyborów. Stąd trudno nam uwierzyć, że historia taka jak Judith jest w pełni nasza, taka, którą moglibyśmy sami odtworzyć przy odrobinie samozaparcia.
Judith to zwykła kobieta prowadząca niezwykłe życie. Można nawet dopatrzyć się w niej dramaturgii, chęci zwrócenia na siebie uwagi, ale prawdę mówiąc w historii tej kobiety nie ma nic wstrząsającego. Owszem jest to dramat, ale jest zbyt powszechny, by chcieć go oglądać z zapartym tchem. Jest realny, a nawet zbyt realny — nie ma w sobie magii, której widz tak bardzo łaknie. Oprócz tego dopatrzyć się można w zachowaniu Judith osobowości dramatycznej, która dąży do autodestrukcji — jej stan nie jest jednak aż tak poważny, aby rzutował na całe jej życie. Judith to postać mdła, która prowadząc podwójne życie, nie ma odwagi być wystarczająco (nie) sobą. Jej osobowość nie przełamuje żadnych barier, nie skrywa podwójnych emocji, czegoś, co chwyta za serce, a potem wypruwa — kobieta przez cały film jest po prostu nijaka. Tyle tylko, że posługuje się innym imieniem.
Wydaje się dość absurdalne, a nawet komiczne, że można umiejętnie prowadzić podwójne życie, będąc samym człowiekiem. Jednak czy tak nie jest z czasem z nami? Być może to jest clou filmu — nieważne kim jesteśmy, zachowujemy się tak samo lub nie, jesteśmy w stanie prowadzić kilka wcieleń, zostając przy tym sobą. Nie jest to nic odkrywczego dla nas, natomiast reżyser miał z tym najwyraźniej spory kłopot. Wyszło ładnie, poprawnie, ale zbyt grzecznie — tak jak ci ludzie, którzy prowadząc podwójne życie, ocierają się o przyzwoitość.
tekst: Natalia Izdebska


