Nie wiem, gdzie trzeba byłoby się ukryć, żeby o tym nie myśleć, bo ta rzeczywistość po prostu po nas sięga. Dla mnie ostatnie wydarzenia i kryzysy – migracyjny i wojenny – to prywatnie bardzo specyficzny czas, trudny. Nie mogłam czynnie uczestniczyć w tym, co się działo, ponieważ byłam w ciąży i urodziłam dziecko. Kiedy Polska znalazła się w najtrudniejszym momencie, a rząd umywał ręce od tego, co działo się na granicy, od tragedii i śmierci, kiedy na naszych oczach umierali ludzie, w lesie, z zimna, głodu i skrajnego przemęczenia, czułam coś potwornego, bo nie byłam w stanie w żadnym stopniu pomóc. Chwała tym, którzy jeździli na granicę i pomagali, odszukiwali ukrywających się ludzi i raportowali, co tam się dzieje. Nieustanne śledzenie tych informacji było dla mnie jednak niemożliwe, bo doprowadzało do jakiejś mentalnej ruiny, a musiałam chronić i siebie, i nowo poczęte życie. Tuż po agresji Rosji na Ukrainę urodził się mój syn. Działały w moim życiu dwa wektory – rozpaczy obserwowania ludzi uciekających przed wojną lub ginących na niej i radości z tej małej istoty, która właśnie przyszła na świat. Dramatyczne zestawienie.
Rola Anny ci nie ciążyła? Nie jest to sympatyczna postać.
Nie, w jakiś naturalny sposób kontynuujemy z Agą [Woszczyńską, reżyserką „Cichej ziemi” – przyp. red.] pracę od „Fragmentów”. Co więcej, scenariusz „Cichej ziemi” niezwykle się zaktualizował. W momencie pracy nad nim, kilka lat po tragedii u wybrzeży Lampeduzy, stanowił komentarz do ówczesnych wydarzeń – również wtedy już odległych. W chwili premiery natomiast trafia w moment, gdy schronienie w Polsce znalazło 5,81 miliona Ukrainek i Ukraińców. Usłyszałam wobec filmu zarzut, że po raz kolejny opowiada o tym samym, że należy zmienić język, bo wszystko na temat uprzywilejowanej Europy zostało w ten sposób pokazane. Być może zostało pokazane, ale zupełnie nic się nie zmieniło. Stoimy dokładnie w tym samym miejscu.
Tytułowa cisza panuje na wielu płaszczyznach, również między głównymi bohaterami wcielającymi się w młode małżeństwo. Myślisz, że tak wyglądają współczesne relacje romantyczne?
Myślę, że tak wyglądają relacje między ludźmi, którzy na pewnym etapie swojego życia czegoś nie dostali. W tym przypadku nie ma znaczenia geografia czy polityka – brak podstawowego pakietu zdrowej miłości zawsze grozi emocjonalnym bankructwem. Bez względu na status społeczny i stan majątkowy. Mam wrażenie, że Adam i Anna nie do końca wiedzą, jak kochać, co znaczy i na czym polega miłość. Są ze sobą, bo w tym chłodzie i ciszy czują się komfortowo. To ich bezpieczna przestrzeń. Anna płacze po wyjściu z komisariatu. Przez moment. To taki moment pęknięcia skorupy, która chroni moją bohaterkę przed współczuciem i poczuciem dyskomfortu. Ktoś naruszył jej bezpieczną przestrzeń niedopuszczania do siebie trudnych emocji. Zawibrowało w niej poczucie winy. Aga zresztą bardzo lubi ten zabieg – we „Fragmentach” również znalazło się ujęcie, w którym bohaterka przez krótką chwilę płacze w windzie. Widzimy, jak na sekundę coś się uchyla.
Adam zdaje się mocniej korespondować z tragedią, która się wydarzyła. Dlatego, że jako ten silniejszy mógł jej zapobiec?
Mężczyzna. I ta mocno dyskutowana oraz poddawana ocenie w ostatnim czasie rola mężczyzny jako tego, który pierwszy powinien ruszyć z pomocą. Obronić, uratować, wykonać swoje zadanie. Kiedy jednak w trakcie kolacji Anna pyta Adama, czemu nie podjął działania, które mogłoby pomóc, ten odpowiada, że przecież sama mogła ruszyć swoją „białą, chudą dupę” i zrobić cokolwiek. Faktycznie jednak jest tak, że Anna na koniec historii znajduje się w dokładnie tym samym miejscu, w którym ją znaleźliśmy, natomiast Adam przechodzi zmianę, a przynajmniej podejmuje próbę jej wywołania. Można się zastanawiać, co będzie, kiedy wrócą z wakacji na swoje zapewne zamknięte osiedle na Wilanowie – zostaną razem czy rozpoczęty u Adama proces sprawi, że pójdzie za tym i nie wytrzyma utrzymywania dłużej cichego status quo?
Czy „Cicha ziemia” to film, który może zmienić stosunek do imigrantów?
Nie sądzę. Wydaje mi się, że potrzeba innych środków, aby resocjalizować umysły. „Cicha ziemia” używa narzędzi filmowych, które prawdopodobnie już na samym początku odstraszyłyby widza, o którym rozmawiamy. To zresztą wyzwanie – jak kręcić bardzo dobre filmy, które trafią pod strzechy i zrobią wiele dobrego?
„Cicha ziemia” jest też surowa choreograficznie, mało w niej ruchu. Co prawda znalazły się w niej sceny taneczne, ale krótkie, silnie kontrastujące z resztą obrazu. Trudniej się gra, kiedy ruchomego ciała jest niewiele?
Tak naprawdę wszystko jest właśnie choreografią – żeby jak najlepiej wkomponować się w kadr, trzeba się mocno napracować. Sporo ćwiczyliśmy. Podczas prób, których było mnóstwo, przede wszystkim chodziło właśnie o idealne ustawienie się w obrazie wybudowanym przez Bartka [Świniarskiego, autora zdjęć do filmu – przyp. red.] i Agę.
Znacie się z Agą, Bartkiem i Dobromirem Dymeckim, filmowym Adamem, od lat, pracowaliście już razem. Taki rodzaj relacji pomaga czy przeszkadza na planie?
Dobromir jest jak mój brat. Wszyscy znamy się ze szkoły filmowej, mamy za sobą wiele lat znajomości. To oczywiście pomaga, wzmacnia organiczność, upraszcza komunikację.
Mam wrażenie, że zdjęcia na Sardynii w trakcie pandemii sprzyjały atmosferze izolacji w filmie.
Tak, to były dwa miesiące zdjęć w rzeczywiście niełatwym okresie pandemii. Wszystko było utrudnione. Nikt nie mógł nas w tym czasie odwiedzić, więc wszyscy tęskniliśmy za rodzinami. Byliśmy niejako odcięci od świata, nie mogliśmy zwiedzać wyspy, podróżować. Z drugiej strony mieszkaliśmy w pięknym miejscu, po pracy spotykaliśmy się w morzu przy zachodzie słońca. Wszyscy przeżyliśmy tam nieprawdopodobny czas i to w zasadzie drugi film, który nagrał się w naszych wspomnieniach i należy tylko do nas.
„Cicha ziemia” w kinach od 26 sierpnia.