„Dorastając, obserwowałam festiwal oczami dziecka. Dziś patrzę na niego z perspektywy osoby odpowiedzialnej za jego przyszłość” – mówi Joanna Szymańska-Szcześniak, dyrektorka Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. 42. edycja imprezy odbędzie się w Warszawie w dniach 9-18 października.
Wyobraźmy sobie dziewczynę, która przez kilkanaście lat obserwuje Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy z perspektywy kulis. Dorasta razem z nim. Patrzy, jak do Warszawy przyjeżdżają twórcy z całego świata, jak rodzą się dyskusje po seansach, jak w październiku miasto na tydzień zaczyna mówić językiem kina. Kilka dekad później ta sama kobieta staje na czele festiwalu.
Wyobraźmy sobie też studenta, który zgłasza się na festiwal na wolontariat. Trafia do obsługi plebiscytu publiczności. Przez myśl mu wtedy nie przejdzie, że po latach będzie odpowiadał za kluczowe decyzje programowe jednej z najważniejszych imprez filmowych centralnej Europy.
To nie jest scenariusz filmu o amerykańskim śnie. To historia dyrektorów Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego.
Chodzi o ludzi
Joanna Szymańska-Szcześniak, dyrektorka generalna i Bartek Pulcyn, dyrektor programowy piszą wspólnie nowy rozdział imprezy. Nie robią jednak rewolucji, nie próbują odcinać się od przeszłości. Wręcz przeciwnie: czerpią z ponad czterdziestu lat doświadczeń i zaufania budowanego przez ludzi związanych z festiwalem od lat.
„Czuję przede wszystkim ogromną odpowiedzialność, bo moją rolą jest nie tylko utrzymać poziom festiwalu, ale konsekwentnie go rozwijać i odpowiadać na zmieniający się świat kina” – mówi Joanna Szymańska-Szcześniak. „Dorastając, obserwowałam festiwal oczami dziecka. Dziś patrzę na niego z perspektywy osoby odpowiedzialnej za jego przyszłość” – dodaje.
Choć nazwa wskazuje, że na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym najważniejsze są filmy, dyrektorka nie ma wątpliwości, że tak naprawdę chodzi o ludzi. Ale nie tylko o tych, którzy odbierają nagrody, tylko przede wszystkim o tych, którzy przez cały rok oglądają tysiące zgłoszeń.
Wokół programowania festiwali narosło wiele mitów. Jeden z nich brzmi mniej więcej tak: wystarczy pojechać do Cannes, Wenecji albo Berlina, obejrzeć najlepsze filmy i przywieźć je do siebie. To nie jest ten model. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy nie idzie na łatwiznę, choć oczywiście ma pełną świadomość, że to na najwiekszych imprezach filmowych buduje się relacje, rozmawia z producentami i agentami sprzedaży, poznaje projekty, które dopiero powstają. Ale prawdziwe serce programu bije gdzie indziej.
Warszawa wybiera
Każdego roku do Warszawy trafia ponad cztery tysiące zgłoszeń z całego świata.
„Oglądamy każde z nich” – zapewnia Bartek Pulcyn.
Czasami selekcjoner WMFF jest pierwszym widzem filmu na świecie. Bywa, że kopia została ukończona kilka godzin wcześniej. Nie ma jeszcze recenzji. Nie ma nagród. Nie ma plakatu z laurem Cannes. Jest tylko film i decyzja: wierzymy w niego albo nie. Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy nie czeka, aż wartość filmu potwierdzi ktoś inny.
To właśnie tym WMFF różni się od wielu innych festiwali: Warszawa nie czeka, aż ktoś powie, czy film jest dobry. Sama podejmuje to ryzyko.
„Dzięki zgłoszeniom możemy naprawdę dokonywać filmowych odkryć. Pokazywać światu historie, które niekoniecznie miałyby szansę pojawić się na czerwonych dywanach Wenecji czy Cannes” – podkreśla Bartek Pulcyn.
To ryzyko jest wpisane w zawód selekcjonera. Nie istnieje algorytm pozwalający przewidzieć, który film za kilka lat okaże się arcydziełem. Istnieje za to doświadczenie, intuicja i... niekończące się dyskusje.
„Bywa, że nasze opinie są bardzo rozbieżne. Spory o filmy sprawiają mi ogromną radość. Świadczą o tym, że kino nadal potrafi wywoływać emocje. A gdzie, jeśli nie na festiwalu filmowym, jest miejsce, by się nimi dzielić?” – dodaje dyrektor programowy.
Czytaj także
Coroczny egzamin
Warszawski Festiwal Filmowy jako jedyny w Polsce ma status festiwalu klasy A. To nie jest tytuł honorowy przyznawany raz na zawsze. To coroczny egzamin, który trzeba zdać. Żeby utrzymać ten zaszczytny status, każdego roku WFF musi spełniać międzynarodowe standardy dotyczące programu, premier, organizacji i jakości wydarzenia. To właśnie dlatego światowi producenci powierzają Warszawie swoje filmy, często jeszcze przed największymi jesiennymi festiwalami.
Jak podkreśla Joanna Szymańska-Szcześniak, za tym statusem stoi przede wszystkim wieloletnia praca Stefana Laudyna, który zbudował międzynarodową pozycję festiwalu i zaufanie światowego środowiska filmowego.
Nowe kierownictwo nie zamierza tego dorobku przekreślać. Przeciwnie: chce go rozwijać. Ale z poszanowaniem miejsca, w którym odbywa się wydarzenie. Bo Warszawa jest naturalnym środowiskiem WMFF, dzięki któremu wielu gości z zagranicy może odkryć stolicę Polski.
Co roku przyjeżdżają tu setki reżyserów, producentów, agentów sprzedaży i dziennikarzy z całego świata. Ale równie ważni są warszawiacy, dla których październik od lat oznacza jedno: zaczyna się festiwal.
To relacja działająca w obie strony. Festiwal promuje miasto za granicą, a miasto od ponad czterdziestu lat nadaje festiwalowi jego charakter. O jego przyszłość dbają zaś ludzie, którzy kiedyś sami przyszli tu jako dzieci, widzowie albo wolontariusze. Jak widać, WMFF to festiwal ciągłości. Zwłaszcza ciągłości w miłości do kina, miasta i ludzi.





![Wiktor Piątkowski: „Polskie kino coraz mocniej interesuje się historiami kobiet” [WYWIAD]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_kalafior_przeznaczenia_rez_a_urbanczyk_2_5a0e4a9cd1.jpg&w=1920&q=75)


![„Òpi” – nowa nadzieja polskiego folk horroru [ZWIASTUN]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Opi_fot_F_Klimaszewski_4_a9f2bb84b1.jpg&w=1920&q=75)