

Leo Ros & F.U.$, fot. Katka Michalak
Trudno wyobrazić sobie większość filmów bez muzyki. Trudno też nieraz wyobrazić sobie życie bez muzyki. Czy muzyka może być dla odbiorcy ucieczką? To dokąd uciekają artyści? Dla niektórych muzyka jest całym życiem i właśnie tych prawdziwych pasjonatów dźwięków, melodii i słów wam przedstawiamy. Dowiecie się, co robią, czego się obawiają, jak postrzegają AI, z czego czerpią i jak sami chłoną muzykę.
Materiał pochodzi z najnowszego numeru K MAG 119 Paris, Texas 2024, tekst: Kuba Smaga.
Plash
DJ mieszkający w Nowej Hucie, wokalista hardkorowej ekipy Terrify. Niedawno wydał nowy album „Honey Moon”.

fot. Patrycja Warzeszka
Jesteśmy kilka dni po premierze twojej nowej płyty. Opowiedz o niej.
Zacząłem ją tworzyć pięć lat temu. Powstawała w kilku miejscach, co zresztą miało na nią wpływ. W międzyczasie robiłem inne rzeczy, na przykład album Terrify. „Honey Moon” powstawał długo, ale nigdy nie zakładam sobie deadline’u – album jest skończony, kiedy jestem zadowolony. Otworzyłem się gatunkowo, jeden kawałek jest jungle’owy, kilka house’owych, zaprosiłem też gości – zamiast wokalistów i raperów, jak na poprzedniej płycie, tym razem są to znajomi muzycy: świętej pamięci Damian Niewiński z Flue, Jaroz z Terrify, Janek Rusin, Joanna Chudyba, Mikołaj Narkun, Olaf Węgier na saksofonie, Marcin Sojka na bongosach, no i mój syn Tymon gra na gitarze chyba w sześciu numerach. Miałem blisko, bo mieszka w pokoju obok. Około miesiąc przed śmiercią Damiana wziąłem go do studia, gdzie nagrałem około dwadzieścia tejków, czystych śladów perkusyjnych Damiana, żeby ewentualnie później coś z nimi zrobić. Dzięki temu mam Damiana na płycie. Na „Honey Moon” słychać różne emocje; niektóre kawałki uspokajają, inne są wesołe albo nieco mroczne. Dokładnie tak wyglądało moje życie w danych momentach. Czasem było cholernie trudno i ciężko, ponieważ wydarzyło się mnóstwo niefajnych rzeczy, ale też sporo fajnych. Praca nad tą płytą i muzyką pozwoliła mi zamknąć się w swoim świecie i skupić na tym, co kocham robić.
Te pięć lat to też czasy covidu. Mimo wszystko na pierwszy singiel wybrałeś bardzo słoneczny, pozytywny numer, tytułowy „Honey Moon”.
Tak poczułem. Ten numer powstał tak: kupiłem na pchlim targu dwie płyty na czuja, patrząc po okładce i roku wydania, kosztowały po dziesięć złotych. Przesłuchując je, znalazłem krótki sampel, po czym w głowie zaświtał mi ten numer. Zupełnie przypadkowo, dość często tak się dzieje.
To trochę inne podejście niż w tradycyjnym komponowaniu muzyki, raczej łapanie dźwięku…
…na którym wszystko budujesz!
Jak to się stało, że muzycznie i artystycznie jesteś tu, gdzie jesteś? Czy to dobre miejsce i czas?
To bardzo dobre miejsce! [rozmawiamy w mieszkaniu Plasha przypominającym studio nagrań, ze stołem didżejskim, kilkoma maszynami AKAI i ponad siedmioma tysiącami płyt – przyp. red.). Jestem bardzo wdzięczny za wszystko, co się dzieje. Spełniam swoje marzenia, realizuję się, jest super.
Z kim mógłbyś bez wahania wystąpić choćby jutro? Rzucić wszystko tylko po to, żeby razem zagrać koncert?
Mam takich dużo. A Tribe Called Quest, Beastie Boys, Rage Against The Machine, czyli wszystkie inspiracje od dzieciaka. Także z Dog Eeat Dog.
To ci się udało!
Byłem ultrafanem! A teraz zagrałem z nimi dwie trasy – polską i zagraniczną. Mamy kolejne plany, zobaczymy, jak wyjdzie. Jestem cholernie dumny, że ta moja muzyczna przygoda zatoczyła koło.
Wolisz playlisty czy całe albumy?
To zależy od płyty, ale jestem DJ-em i zaczynałem od mixtape’ów, które rozdawałem ziomkom na osiedlu albo pierwszym dziewczynom.
Przeskoczmy od czasów nagrywania składanek do obecnych: AI, autotune, piosenki z prompta. Jak to wszystko będzie wyglądać za pięć, dziesięć lat?
Kurde, nie wiem. Bez emocji, bez ludzkiego czynnika i duszy muzyka nie ma sensu, to będzie słychać. Wszystkie ułatwienia są OK, jeśli dobrze wykorzystywane. Ja na przykład pracuję na starych samplerach i dopiero dwa czy trzy lata temu przestałem zapisywać muzykę na dyskietkach, bo już nie mogłem ich kupić. Brzmienie SP 1200 cholernie trudno zastąpić, ale utrudnienia zwiększają kreatywność.
Co cię inspiruje poza muzyką?
Wróciłem do deskorolki po długiej przerwie. Lubię też breaking – zaczynałem jako b-boy, byliśmy pierwszą ekipą, która tańczyła na krakowskim rynku. Inspiruje mnie graffiti i cała kultura, która za tym stoi, a poza tym przyjaciele, spokój, wdzięczność.
Na kwalifikacjach olimpijskich gram od sześciu lat, może teraz zagram na Igrzyskach.
Czy jest coś, od czego uciekasz?
Staram się nie uciekać od niczego i raczej stawiać czoła. Kiedyś uciekałem, chociażby od emocji. Teraz próbuję wszystkiemu się przyglądać, być dobrym człowiekiem i działać zgodnie z własnym sumieniem. Kiedyś uciekałem w perfekcjonizm, aż w końcu niszczyłem to, co kochałem. Poszedłem na terapię, stałem się dla siebie łagodniejszy. To mi daje oddech. Każdemu życzę, aby pozostał sobą i nie musiał uciekać.
Na koniec – twoje przesłanie do świata?
Dzisiaj mam dane tylko te dwadzieścia cztery godziny i staram się wykorzystać je najlepiej jak potrafię. Dużo wdzięczności i doceniania tego, co się ma. Żyjemy tu i teraz, o czym często zapominamy. Każdemu życzę, żeby był tu i teraz, żeby był spokojny, szczęśliwy no i przede wszystkim zdrowy. Jak będziecie zdrowi, to resztę połapiecie!
Ofelia
Iga Krefft, kiedyś aktorka, a obecnie coraz bardziej znaczący głos na polskiej scenie ambitnego popu.

fot. Katka Michalak
Jak wyobrażasz sobie scenę muzyczną za pięć, dziesięć lat? Czy AI mocno namiesza? Zmieni to, czym obecnie jest dla nas muzyka?
Mam idealistyczne wyobrażenie: jest bardziej tym, czym chciałabym, żeby się stało. Wierzę, że wrócimy do „korzeni”. Chciałabym, aby sztuka rozwijała się niezależnie od technologii, ewentualnie korzystała z niej rozsądnie. Nawet kwestia popularnego autotune’a – można robić z niego artystyczny użytek, tak jak robił to na przykład Bon Iver, który potraktował go jako instrument, by zyskał nowe znaczenie.
Wolisz playlisty czy całe albumy?
Zdecydowanie całe albumy. Dla mnie to pełne historie, lubię do nich wracać. Szczególnie słuchając winyli.
Z jakim artystą mogłabyś wystąpić choćby jutro?
Serce mówi Pearl Jam. To mój ukochany zespół z nastoletnich czasów. Chociaż dzisiaj ta lista byłaby bardzo długa, trudno mi wybrać, bo jestem żywym, pełnym pasji odbiorcą.
Jakie są twoje największe inspiracje?
Aktualnie brzmienia z końca lat osiemdziesiątych – mroczne gitary i syntezatory, które tworzą magiczną przestrzeń. Tekstowo natomiast pożeram raperską poezję, miksuję ją w głowie z literaturą i tak jakoś powstają moje własne historie.
Czego ostatnio słuchasz? Co polecisz?
Katuję cudowną Adrianne Lenker i Mk.Gee. Niedawno odkryłam też artystę Chanel Beads i czuję, że znalazłam tam coś totalnie nowego, coś odkrywczego. Niesamowity album.
Co cię śmieszy, a co wręcz przeciwnie?
Śmieszy i wręcz przeciwnie naraz skala, z jaką ludzie potrafią pochłaniać mierne wytwory udające sztukę. Śmieszy i przeraża mnie brak głodu, żeby czuć coś w sztuce. Tak chyba wygląda moje osobiste piekło.
Lubisz stare filmy?
Uwielbiam… Ostatnio słucham muzyki ze starych filmów. Dzięki temu czuję się jak postać z nich.
Czy jest coś, od czego chcesz uciec?
Od „show-biznesu”.
Paryż czy Teksas?
Paryż zawsze. Nie przepadam za Ameryką.
Twoje przesłanie do świata?
Jak kiedyś napisała Susan Sontag w jednym ze swoich esejów, chyba w latach siedemdziesiątych: „Dziś ważne jest uleczenie naszych zmysłów. Musimy nauczyć się więcej widzieć, słyszeć i odczuwać”. Ten cytat się nie starzeje.
Senny
Producent muzyczny, multiinstrumentalista, wokalista – człowiek, który łączy trafne obserwacje świata z trafnie dobranymi dźwiękami. Połowa duetu YASNO.

fot. Katka Michalak
Czy nowy singiel, „modlę się o nic”, to zapowiedź bardziej pogodnego oblicza Sennego?
Mam wrażenie, że dopiero kolejny będzie pogodny, więc chyba dobrze przewidziałeś przejaśnienia. A tak poważnie, nie zakładam żadnej tendencji. Będzie wesoło i smutno, jak w życiu.
Jak wyobrażasz sobie scenę muzyczną za pięć, dziesięć lat? Czy AI mocno namiesza? Zmieni to, czym obecnie jest dla nas muzyka?
Trudno przewidzieć, w jaką stronę pójdzie AI, ale chyba optymistycznie widzę w niej potencjał na nowe narzędzia dla artystów. Na razie nie czuję się zagrożony jako muzyk.
Wolisz playlisty czy całe albumy?
Może to mało szlachetne, ale dla mnie od zawsze najważniejszą jednostką muzyki były piosenki, więc nie jestem aż tak przywiązany do płyt. Oczywiście, zdarzają się genialne albumy, częściej jednak słucham własnych zbiorów playlistowych.
Z jakim artystą mógłbyś wystąpić choćby jutro?
Jest ich wiele, więc niech będzie pierwsze skojarzenie – Dan Croll.
Jakie są twoje największe inspiracje?
To dla mnie zawsze najtrudniejsze pytanie, bo żadna odpowiedź nie jest w pełni prawdziwa. Na potrzeby naszej rozmowy powiem, że obecnie Andy Shauf, Dan Croll, Mac DeMarco i Marco Kleebauer. Albo po prostu Beatlesi.
Czego ostatnio słuchasz? Co polecisz?
Spróbuję znowu wkupić się w łaski miłośników płyt i polecę absolutnie doskonały album projektu Foxwarren o tym samym tytule.
Co cię śmieszy, a co wręcz przeciwnie?
Śmieszy mnie absurd, drobne obserwacje ludzkich dziwactw, sprytne nawiązania do popkultury. Nie bawią mnie nagrania, na których ktoś się „śmiesznie” przewraca albo robi sobie krzywdę. Zwykle nie lubię też edgy żarcików, w których nie ma nic więcej.
Lubisz stare filmy?
Od pewnego czasu bardzo, wcześniej byłem zbyt niecierpliwy.
Czy jest coś, od czego chcesz uciec?
Chętnie uciekłbym od konieczności wstawania rano.
Paryż czy Teksas?
Zdecydowanie Paryż! To jedno z miast, do których ciągnie mnie od zawsze. W tym roku spędzę tam swoje urodziny. Swoją drogą ten film Wendersa jest już bardzo wysoko na mojej liście „do obejrzenia”.
Czy jako „duży chłopak” nadal oglądasz kreskówki?
Jeszcze jak! Często podnoszą mnie na duchu.
Twoje przesłanie do świata?
Jesteśmy w tym razem.
Leo Ros & F.U.$
Hip-hopowy głos młodego pokolenia mocno zakorzeniony w bitach lat dziewięćdziesiątych.

fot. Katka Michalak
Kim jesteście i co robicie?
Jesteśmy hip-hopowym duetem Leo Ros & F.U.$. Wyrażamy siebie poprzez muzykę inspirowaną latami dziewięćdziesiątymi, chociaż to dopiero początek naszej, mamy nadzieję, długiej drogi.
Jak wyobrażacie sobie scenę muzyczną za pięć, dziesięć lat? Czy AI mocno namiesza? Zmieni to, czym obecnie jest dla nas muzyka?
Nasz wymarzony scenariusz dla sceny muzycznej to ostateczne pojednanie oldschoolowców z newschoolowcami. Gdybyśmy wszyscy połączyli siły, powstałaby masa świetnej muzyki. W kwestii AI raczej trudno przewidzieć, może namieszać, ale nie musi. Ciekawym rozwiązaniem byłoby stworzenie jakiegoś programu lub wtyczki do miksowania i masteringu na bazie silnika AI. To byłaby fajna opcja, szczególnie dla bardziej undergroundowych artystów.
Wolicie playlisty czy całe albumy?
Zdecydowanie albumy. Wolimy zanurzyć się w całości projektu. Chociaż lubimy posłuchać pojedynczych kawałków, ale wtedy raczej wyszukujemy po tytułach.
Z jakim artystą moglibyście wystąpić choćby jutro?
Fus: Pewnie nie będę odkrywczy, ale z OKIM. Bardzo przemawia do mnie jego energia podczas koncertów. Jeśli chodzi o klasyczny rap, nie obraziłbym się za możliwość wystąpienia u boku JWP albo Wzgórza Ya-Pa 3.
Leo: Jeśli chodzi o mnie, super byłoby nagrać właśnie z JWP. Oprócz tego tak naprawdę mógłby to być każdy artysta, z którym miałbym podobną energię i wspólny przelot.
Jakie są wasze największe inspiracje?
Fus: Znaczącą rolę w moim życiu odegrał Bruce Lee. Jego filozofia pozwala mi lepiej zrozumieć i wyrazić siebie jako twórcę. Zanim zacząłem komponować jakąkolwiek muzykę, pamiętam, że jako uczeń gimnazjum robiłem edity video walk z jego filmów podłożone pod rapowe kawałki. Niedługo później zacząłem pisać pierwsze teksty.
Leo: Z mojej strony, jeśli chodzi o inspirację muzyczną, będzie to Kaliber 44 czy wcześniej wspomniane Wzgórze. Ostatnio bardzo inspiruje mnie też Trzeci Wymiar w kontekście składania wersów.
Czego ostatnio słuchaliście? Co polecicie?
Fus: Album „Kiss The Ring” Rome Streetz, reprezentanta GRISELDY. Non stop go katuję i raczej prędko nie przestanę. Uważam, że właśnie tego powinno się oczekiwać od nowej fali „boombapu”. Mroczne teksty, zapewne inspirowane Big L’em, nowojorska przewózka, nawiązania do mody, nieco odświeżony format klasycznych bitów, no i hipnotyzujące flow. Czasami można odnieść wrażenie, że koleś mógłby rapować bez przerwy w nieskończoność.
Co was śmieszy, a co wręcz przeciwnie?
Śmieszą nas nastoletni „drillowcy” i ich grupki bujające się po mieście. Natomiast frustruje to, że ludzie wciąż boją się robić to, co szczerze kochają.
Lubicie stare filmy?
Leo: Tak, szczególnie czarno-białe.
Fus: „Dwunastu gniewnych ludzi” to obecnie chyba mój ulubiony tytuł.
Czy jest coś, od czego chcecie uciec?
Fus: Nauciekałem się już bezsensownie od wielu rzeczy w życiu, więc odpowiedź brzmi „NIE”.
Leo: Od wielu rzeczy. Czasami czuję się przytłoczony ilością spraw i narzucam sobie presję, ale ucieczka to też nie rozwiązanie.
Paryż czy Teksas?
Fus: Najlepiej to i to, ale najpierw Paryż ze względu na odbywający się tam fashion week.
Leo: Jak dla mnie Teksas zdecydowanie.
Wasze przesłanie do świata?
Fus: Nie daj się ograniczać sobie samemu. Należy jednak pamiętać, że całkowity brak ograniczeń też jest ograniczeniem.
Wiktoria Jakubowska
Chyba najbardziej pracowita i wszechstronna perkusistka w naszym kraju. Pracowała między innymi z Kasią Lins, Ofelią, Pauliną Przybysz, Karasiem i Roguckim.

W twojej grze jest sporo niespodzianek – celowych rytmicznych przesunięć, synkop, nieoczywistości, zabaw akcentami. Nie obawiasz się, że w kraju ludzi klaszczących najczęściej na raz, to może się spotkać z niezrozumieniem?
Wbrew pozorom publiczność w naszym kraju jest bardzo kumata i wymagająca. Każdy zespół, z którym gram albo współtworzę, ma swoją publikę. Nawet klaszczą na dwa i cztery!
Jak wyobrażasz sobie scenę muzyczną za pięć, dziesięć lat? Czy AI mocno namiesza? Zmieni to, czym obecnie jest dla nas muzyka?
Czasami korzystam z AI do separacji tracków. Myślę, że nie jest w stanie nas zastąpić, za to możemy z niej kreatywnie korzystać. Kiedyś beat maszyny mogły zamienić perkusistów, jednak ten „błąd” człowieka jest superlatywą niezastąpioną.
Wolisz playlisty czy całe albumy?
Całe albumy.
Z jakim artystą mogłabyś wystąpić choćby jutro?
Z zespołem Fontaines D.C.
Jakie są twoje największe inspiracje?
Przyjaciele, z którymi gram. Kuba Karaś, Kasia Lins, Ofelia, Kamil Holden Kryszak, Piotrek Rogucki. I shoegaze!
Czego ostatnio słuchasz? Co polecisz?
Nowe albumy DIIV, IDLES, Little Simz i Royela Otisa, a do tego „Skinty Fia” Fontaines D.C.
Co cię śmieszy, a co wręcz przeciwnie?
Taniec mojej dziewczyny bawi. Nie bawią rasistowskie żarty.
Co jest ważniejsze – melodia czy rytm?
Melodia.
Lubisz stare filmy?
Lubię, aczkolwiek staram się być na bieżąco z kinematografią, co sprawia, że brakuje mi czasu na poszerzanie starszej biblioteki.
Czy jest coś, od czego chcesz uciec?
Wątpię.
Paryż czy Teksas?
Paryż.
Twoje przesłanie do świata?
Często ludzie zadają mi pytanie, jak doszłam do momentu w życiu, w którym jestem teraz. Odpowiadam wtedy, że wystarczy zaangażowanie, praca, praca i praca, a jak ktoś zaczyna ci mącić w głowie wątpliwościami, lepiej posłuchać siebie, dalej się rozwijać i dążyć do swoich celów. Będąc przy tym dobrym człowiekiem, oczywiście.
Przebiśniegi
Wokalne trio (Markus Żamojda, Jan Bąk, Joanna Jewuła), do którego dołączył perkusista Jan Borys. Zespół, który poznał się w lutym 2023 roku, już w czerwcu tego roku zadebiutował albumem „Letnie myśli”, który w tydzień od premiery przesłuchano ponad pół miliona razy.

fot. Amelia Eksner
Przebiśniegi to zespół, projekt, grupa przyjaciół czy zupełny przypadek?
Markus Żamojda: Przebiśniegi to wspólne rozmowy, żarty, burza inspiracji i różnic. To zespół, a także głosy, które mimo różniących się od siebie barw potrafią zaśpiewać razem w harmonii. Osobiście nie wierzę w przypadki, ale jeśli to właśnie los zdecydował się zebrać nas razem, byśmy mogli się od siebie uczyć i tworzyć coś unikatowego, nie pozostaje mi nic innego, jak mu podziękować.
Joanna Jewuła: Zupełny przypadek, o ile wierzy się w istnienie przypadków. Niemniej uważam, że jesteśmy wynikiem podświadomej manifestacji tego incydentu, w wyniku którego zawiązał się zespół (co więcej, nienazwany zespołem aż do momentu podpisania stosownych papierów). Uznałabym, że jesteśmy konglomeratem wszystkich wymienionych wyżej rzeczowników, gdyż będąc z natury istotami ludzkimi, wywiązała się między nami relacja zwana przyjaźnią. Projekt Przebiśniegi to zatem projekcja umysłów pragnących nieustannego połączenia ze źródłem inspiracji, jakie płynie ze zjednoczenia czterech umysłów w jeden projekt.
Jan Bąk: Zespół i projekt zarazem. Zespół, bo działamy jako wspólnota. Ośrodek decyzyjny jest umieszczony gdzieś pomiędzy naszymi umysłami. Nasz kierunek jest wypadkową opinii i zarazem sumą silniejszą od cząstek podanych oddzielnie. Projekt, bo Przebiśniegi to nazwa eksperymentu. Z jakimi założeniami? Stworzyć jakościową propozycję na rynku, który jest w opłakanym stanie, położyć nacisk na słowa i ich znaczenia, generować piękno.
Jan Borys: Całkowity, stale i zmiennie dryfujący mariaż wspomnianych określeń.
Jak wyobrażacie sobie scenę muzyczną za pięć, dziesięć lat? Czy AI mocno namiesza? Zmieni to, czym obecnie jest dla nas muzyka?
Markus: Muzyka cały czas ewoluuje, a jednak wciąż składa się z tego samego wachlarza dźwięków. Sztuczna inteligencja jest w stanie za pomocą algorytmów przeanalizować utwory barokowych twórców i wypluć kompozycje w podobnym stylu – przyznaję, że to niesamowite. Jednak pierwiastek ludzki wciąż pozostaje dla mnie najciekawszy: głos, słowa, emocje i co za tym idzie – szczerość. Tym jest dla mnie muzyka. Jeśli świat idzie w stronę robotycznie brzmiących wygenerowanych głosów, to pozwolę sobie żyć przeszłością.
Joanna: Myślę, że za pięć, dziesięć lat będzie się dało zauważyć wpływ sztucznej inteligencji na rynek muzyczny. Mainstream w popkulturze, znany z tego, że lubi chodzić z łatwizną za rękę, dostrzeże potencjał zarobkowy w wykorzystaniu AI i zechce uniknąć „niepotrzebnych” wydatków, ograniczając do minimum zatrudnianie zawodowych tekściarzy, kompozytorów czy producentów. Nie twierdzę, że świat muzyki zostanie zupełnie pozbawiony instrumentalnych freaków. Muzyka nadal będzie tworzona tradycyjnymi drogami. Jestem przekonana, że usłyszymy jeszcze niejedno wspaniałe dzieło, które wyjdzie z unikatowych rąk natchnionego artysty. Osobiście w muzyce najbardziej doceniam naturalność i autentyczność, nie lubię robotycznie brzmiących wokali, przeciśniętych przez śliską gardziel autotune’a. Choć rozwoju technologii nie da się powstrzymać (i dobrze, gdyż jako ludzkość dążymy w końcu do rozszerzenia świadomości Absolutu, a AI to naturalny krok w tę stronę), mocno liczę, że twórczości „analogowej” nam nie zabraknie, dopóki istnieje na Ziemi taka struktura jak człowiek.
Jan Bąk: Myślę, że większość osób zaangażowanych w skomplikowany proces przygotowywania współczesnych piosenek popowych z ulgą stwierdzi, że czynnika ludzkiego można się stopniowo pozbywać. Mówię szczególnie o głównych beneficjentach całego procesu – tych, którzy muszą wszystkich zatrudnić. Im więcej automatyzacji i natychmiastowych efektów, tym lepiej dla branży pop. Artyści muszą ścigać się ze słuchaczami na coraz to skracający się „attention span”. Przepalone mózgi chcą nowych atrakcji. AI z gracją przejmie pałeczkę po człowieku, który będzie mógł wygodnie rozsiąść się w fotelu i chłonąć nieprzerwany strumień treści, nigdy już nie martwiąc się o pracę.
Jan Borys: Od lat wchodzimy w erę upraszczającą treści, konsolidującą je w jak najbardziej atrakcyjne bodźce. Myślę, że potrwa to jeszcze jakiś czas, ale mimo to jestem przekonany, że tak nie pozostanie. W końcu będziemy mieć dość tego przesytu braku szczerości i autentyczności. Kto wie? Może już część z nas tak ma?
Wolicie playlisty czy całe albumy?
Markus: Gdybym miał wybrać, bez zastanowienia powiedziałbym, że playlisty. Takie wymieszane, złożone z przeróżnych gatunków z różnych miejsc świata, z utworów, które w niewyjaśniony sposób mnie urzekły. Takie, które zabierają mnie w podróż i sprawiają, że przez codzienne czynności przepływam, tańcząc bądź sentymentalnie nucąc melodie. Jeśli zaś chodzi o albumy, niewiele razy miałem przyjemność słuchania płyty, którą pokochałbym od początku do końca. Wiem, że takie istnieją, i mam dla nich specjalne miejsce w moim muzycznym sercu.
Joanna: Trudne pytanie. Wolę piosenki. Poszczególne i wyrwane z kontekstu. One oczywiście często prowadzą na płyty, które są szerszą opowieścią. Jeśli jestem w stanie dostrzec na płycie historię, która zarówno tekstowo, jak i muzycznie została przeprowadzona konsekwentnie (oczywiście, meandrując gdzieniegdzie w dygresje), jest to dla mnie dobra płyta. Lubię różnorodność. Playlisty natomiast są dla mnie jak pamiętniki złożone z piosenek, jak z poszczególnych zdjęć. Słucha się ich tak, jak ogląda się album z fotografiami. Słowem, słuchanie muzyki to podróż. To, jakiego medium użyjemy do odsłuchu, jest jedynie wyborem środka transportu.
Jan Bąk: Album to wydarzenie – trochę jak pójść do kina albo teatru. Człowiek doznaje opowieści z wielką miłością przygotowanej dla niego przez innego człowieka. To wielka wartość słuchania płyt. Z kolei playlisty to dla mnie sposób komunikacji. Jeżeli chcę komuś coś powiedzieć, mogę ubrać to w piosenki, które towarzyszą mi w życiu. Nie należy przekreślać płyt ani playlist.
Jan Borys: Dobre albumy są określone niesamowitym zestawem emocji i estetyki. Nigdy nie przestanę tego doceniać. Ale nie zmienia to faktu, że najwięcej słucham swoich playlist. Zbieram utwory, których mógłbym bronić własnym życiem, mieszam gatunki i stylistyki. Ekscytuje mnie ten proces. Traktuję je jak intymne projekty i może dlatego dziwnie się czuję, słuchając cudzych.
Z jakim artystą moglibyście wystąpić choćby jutro?
Markus: Ape Chimba. Ostatnio trafiłem na jego koncert na festiwalu, gdzie grał przez ponad trzy godziny. Uwielbiam rytmy Ameryki Południowej i czuję, że odnalazłbym się tańcu i w śpiewie razem z grupą muzyków z tamtej części świata.
Joanna: Spełnieniem marzeń byłoby dla mnie wystąpienie z Grażyną Łobaszewską. Zawsze przed koncertami słucham jej utworów (szczególnie płyty nagranej z Ergo Band), pomagają mi się rozluźnić i rozśpiewać. Cudownie byłoby też pośpiewać z Eryką Badu. Wymieniłabym też Davida Bowie, którego jestem ogromną fanką od dziecka, i Grzegorza Ciechowskiego, ale w tych przypadkach, cóż, niestety nie zdążyłam.
Jan Bąk: Sufjan Stevens. Znam jego teksty na pamięć. Poza tym zawsze ma sporo osób na scenie. Byłoby raźniej.
Jan Borys: Bartek „Fisz” Waglewski. Całe życie podziwiałem jego teksty i głos, zarówno z ery hip-hopu, jak i definiującej polską alternatywę.
Jakie są wasze największe inspiracje?
Markus: Ogród, dźwięk gałęzi łamiących się od wiatru, wspomnienia, spontanicznie oglądane fragmenty nagranych koncertów, Alex Serra, Ben Howard i przede wszystkim ludzie wokół mnie.
Joanna: Przypadkowo zaobserwowane migotania światła na tafli wody lub na skrawku pajęczyny, dziury w chodniku przywodzące na myśl znajomy kształt, poezja Leśmiana, Białoszewskiego, Poświatowskiej, eseje Herberta, proza poetycka Virginii Woolf, przypadkiem stworzone neologizmy, jazz, cierpienie, wzruszenie i błogość.
Jan Bąk: Zielona herbata, proza Kafki, poezja Herberta i Poświatowskiej, polska szkoła dokumentu, atmosfera nocy, wspomnienia, nostalgia za tym, co utracone i czego nigdy nie było, stare przedmioty, sny, The Beatles.
Jan Borys: Szczerość, zwłaszcza ta muzyczna. Polirytmy natury. Serie fluktuujących w tempie kropel wody po prysznicu. Schematyczna rytmiczność śpiewu ptaków. Naprzemiennie kumkające żaby nad stawem, coraz bardziej wymijające się z każdym dźwiękiem. Audycje radiowe i muzyka z gier z dzieciństwa, cotygodniowe fiksacje na poszczególny album, artystę, gatunek. Występy na żywo i improwizacja. Yussef Dayes, George Daniel, Michał Bryndal.
Czego ostatnio słuchaliście? Co polecicie?
Markus: Polecam duet Maribou State i Ruby Waters, a także wspomnianych już przeze mnie artystów. A z polskich ciekawych brzmień – Pejzaż.
Joanna: Ostatnio sporo słuchałam muzyki klasycznej, przewinęli się między innymi Chopin i Czajkowski. Przy śniadaniu dwa dni temu rozpłakałam się ze wzruszenia, gdy usłyszałam utwory Joni Mitchell (album „Shine”), której twórczość polecam z całego serca. Czyste piękno.
Jan Bąk: Balet „Apollon musagète” Strawińskiego, zespół Dłonie, live album Billa Frisella „Orchestras” (2024).
Jan Borys: Najwięcej? „The Miseducation of Lauryn Hill”. Niesamowita kobieta. Powróciłem też do Biggiego, odkrywam na nowo King Krule’a, Franka Ocean. Coraz lepiej poznaję Cichonia, świetne stilo. Jeśli chodzi o poszczególne utwory, w tym miesiącu między innymi męczę „Brown Sugar” D’Angelo, „Oh Honey” Delegation i „Po 19” Kuby Dąbrowskiego.
Co was śmieszy, a co wręcz przeciwnie?
Markus: Śmieszą mnie niespodziewane sytuacje, najbardziej te nieplanowane i spontaniczne żarty. Nie śmieszy mnie stan naszej planety.
Joanna: Śmieszą mnie gry słowne, przypadkowe irracjonalne sytuacje, wspólne wytwarzanie abstrakcyjnych konceptów. Nie śmieszy mnie nieczułość i materializm.
Jan Bąk: Śmieszą mnie momenty, kiedy rzeczywistość pokazuje swoją podszewkę. Smucą – irracjonalne blokady.
Jan Borys: Najbardziej żarty sytuacyjne, niespodziewane wydarzenia, absurdalny humor Gen-Z. Wręcz przeciwnie? Brak wyczulenia i ośmieszanie ludzi.
Lubicie stare filmy?
Markus: Nie wszystkie.
Joanna: Zdecydowanie tak.
Jan Bąk: Tak. Myślę, że warto obejrzeć klasykę. To, co wydaje się przykrym obowiązkiem, może okazać się wielką przyjemnością.
Jan Borys: Bardzo, bardzo, bardzo. Zarówno stara muzyka, jak i filmy to dla mnie portal do wcześniejszej, niedostępnej mentalności, standardów, naturalności dawnych czasów. Czy za nimi tęsknię? Może za niektórymi aspektami, ale na ogół skupiam się na dobrych zmianach.
Czy jest coś, od czego chcecie uciec?
Markus: Gdy dni zaczynają wyglądać tak samo, zaczynam mieć ochotę na bieg.
Joanna: Jasne. Czy istnieje ktoś, kto nigdy nie pragnął uciec? Mogę w tym temacie powiedzieć tyle, że jak dotąd nauczyłam się, że nie warto. Dużo lepiej, choć trudniej, zderzyć się z konfrontacją. Czasem musi popłynąć krew, żeby rana się oczyściła. Poza tym zazwyczaj taka ucieczka kończy się w błędnym kole, więc co to za ucieczka? To, co wydaje nam się łatwą drogą wyjścia lub zapomnieniem, często okazuje się jedynie kuszącą halucynacją, zupełnie jak w „Kongresie futurologicznym” S. Lema. Swoją drogą, polecam lekturę.
Jan Bąk: Tak, ale nie dowiecie się tego stąd.
Jan Borys: Wydaje mi się, że trochę na tym polega życie. Na rozumieniu, od czego akurat chcemy uciekać, a do czego biec. Ale nie odpowiem na żadną z tych stron.
Paryż czy Teksas?
Markus: Niestety nie byłem, więc nie mogę się wypowiedzieć. Ale jeśli Podlasie to polski Teksas, to wybór jest prosty.
Joanna: Paryż. Uważam, że język francuski jest nadzwyczaj smaczny.
Jan Bąk: To fałszywa opozycja. Są jednym i tym samym – fikcyjną krainą. Dlatego lubię obie.
Jan Borys: Zawsze miałem ochotę postrzelać na ranczu, pojeździć pickupem z kumplami i czerwoną opalenizną, więc tak, Paryż [śmiech].
Wasze przesłanie do świata?
Markus: By się poważnie zastanowić nad swoimi realnymi potrzebami i nie zatracić w przesadnym konsumpcjonizmie. Zastanawiać się przed każdym zakupem, zadawać sobie pytanie: „Czy jest mi to realnie potrzebne?”. Poza tym pozostać ciekawym i uważnym na to, co dzieje się wokół.
Joanna: Żyj, odkrywaj, nie bój się zmian, a jak się boisz, to idź tam, gdzie siedzi potwór. Niech ci lęk będzie nawigacją. Za nic się nie poddawaj, choćbyś leżał latami, wstań i słuchaj tylko i wyłącznie siebie. No… i dobrej muzyki, na przykład Przebiśniegów.
Jan Bąk: Czytajcie więcej.
Jan Borys: Doceniajcie mikro i makroskalę wszystkich rzeczy. Znajdźcie ich piękno. Zarówno metaforyczne, jak i to szczere, widoczne gołym okiem.
Polecane
10 powodów, dla których warto kupić 119. numer K MAG-a „Paris, Texas”

Najstarsze portrety naszych pupili odkyte w Anglii

Ten model 3D obrazuje wpływ pracy zdalnej na ciało człowieka

Film „Kulej. Dwie strony medalu” z przedpremierowym pokazem podczas igrzysk w Paryżu
![[Z archiwum K MAG] Skateboarding zawsze będzie tkwił na ulicy. Rozmowa legend polskiej deskorolki i nowego pokolenia skejtów](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F66aa51a07c0748232c8a6119%2Fsuwak-kmag.jpg&w=1920&q=75)
[Z archiwum K MAG] Skateboarding zawsze będzie tkwił na ulicy. Rozmowa legend polskiej deskorolki i nowego pokolenia skejtów

Polska scenarzystka w A24. „Love Lies Bleeding” w kinach od 2 sierpnia
Polecane
10 powodów, dla których warto kupić 119. numer K MAG-a „Paris, Texas”

Najstarsze portrety naszych pupili odkyte w Anglii

Ten model 3D obrazuje wpływ pracy zdalnej na ciało człowieka

Film „Kulej. Dwie strony medalu” z przedpremierowym pokazem podczas igrzysk w Paryżu
![[Z archiwum K MAG] Skateboarding zawsze będzie tkwił na ulicy. Rozmowa legend polskiej deskorolki i nowego pokolenia skejtów](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Farticles%2F66aa51a07c0748232c8a6119%2Fsuwak-kmag.jpg&w=1920&q=75)
[Z archiwum K MAG] Skateboarding zawsze będzie tkwił na ulicy. Rozmowa legend polskiej deskorolki i nowego pokolenia skejtów
