W ostatnich dniach w internecie sporo się mówi o językoznawcy i wykładowcy Wydziału Polonistyki, który dopuścił się molestowania co najmniej kilkunastu kobiet. Sprawa ta rozgrywa się już jednak od grudnia zeszłego roku, a Uniwersytet zabrał głos na jej temat dopiero, gdy zdobyła ona rozgłos medialny.
W grudniu zeszłego roku do dziekanatu Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego trafiła skarga studentki dotycząca molestowania seksualnego przez jednego z poważanych powszechnie wykładowców. Gdy informacja o niestosownym zachowaniu językoznawcy doszła do władz UW, dostał on po prostu wypowiedzenie oraz został wysłany na emeryturę, która i tak już mu przysługiwała. Nikt nie zamierzał jednak poruszyć tej sprawy publicznie. Ponadto, władze dziekańskie w dyskusjach na ten temat wielokrotnie podważyły wiarygodność zeznań studentek, a kobieta, która pierwsza zgłosiła swoją skargę, została nazwana „aferzystką”.
Victim blaming i bagatelizowanie problemu
W dzisiejszych czasach dużo mówi się o seksualizacji kobiet i o tym, że powinniśmy od niej odejść. Zewsząd słyszymy, że w przypadkach gwałtów czy wszelkiego rodzaju naruszania cudzej przestrzeni winna jest jedynie osoba dopuszczająca się takich czynów. Nigdy nie jest to ofiara, bez względu na to, jak była ubrana, czy dużo się uśmiechała bądź czy była nietrzeźwa. Bez wątpienia każda czynność wykonana bez zgody czy też mimo protestów drugiej strony jest przemocą, pozostawiającą trudną do wyleczenia skazę na czyimś zdrowiu psychicznym. Są to wszystko kwestie, wydawałoby się, oczywiste. A jednak, o wiele łatwiej się o nich mówi, gdy nie dotyczą żadnej konkretnej sytuacji, gdy są tylko pewnymi uniwersalnymi prawdami. Niestety nie jest to dla wszystkich tak czarno-białe, kiedy w podobną sprawę zamieszany jest popularny, szanowany czy też lubiany mężczyzna.
Nie tylko jedna sytuacja
Nic dziwnego, że kobiety boją się zabierać głos w podobnych sprawach. Nie mają one bowiem niemal żadnej siły przebicia wobec przeważnie starszych, uznanych za swoje zasługi zawodowe mężczyzn. Nawet w przypadkach, gdy oprawca wcale nie ma żadnego autorytetu wśród otaczających go ludzi, kobiety i tak boją się zwracać przeciwko nim. Widać to chociażby w tysiącach przypadków przemilczanych gwałtów, najczęściej występujących w małżeństwach czy nieformalnych związkach. Jedynym wyjściem w niektórych sytuacjach jest medialny rozgłos, bowiem tylko wtedy osoby z odpowiednią mocą sprawczą „zmuszone są” reagować.
Nieoficjalny immunitet „szanowanych profesorów” musi się skończyć. Nieważne, czy dopuszczają się oni przemocy seksualnej, psychicznej czy po prostu nie szanują podwładnych sobie uczniów/uczennic czy pracowników/pracownic. Wszelkich wykroczeń poza teoretycznie dopuszczalne społecznie granice jest naprawdę dużo, jednak większość z nich zostaje przemilczana – czy to przez same ofiary, czy przez osoby, do których się one zgłaszają, sygnalizując problem.
Już w szkołach, zwłaszcza w wysoko postawionych na listach rankingowych liceach, można zauważyć ten problem. Wiele uczennic/ uczniów musi uczęszczać do psychologa lub radzić sobie sama z niesamowitym stresem, jaki wywołują w nich nauczyciele. Nie można jednak jakkolwiek rozwiązać tego problemu, gdyż „nie wypada” zwrócić uwagi wpływowemu i szanowanemu specjaliście.
Wydawać by się mogło, że w XXI wieku w instytucjach uniwersyteckich nie zdarzają się już takie sytuacje. Nie jest to niestety prawda – widzimy to nie tylko na ostatnim przykładzie z UW, ale także na przykład na Harvardzie, gdzie niedawno okazało się, że jeden z wykładowców dopuszczał się molestowania studentek i przez długi czas uchodziło mu to na sucho.
/tekst: Michalina Reising/


