O bioobiektach i kostiumografii przekraczających granice mody. Rozmowa z projektantką i wykładowczynią Mają Bączyńską

30-04-20256 min czytania
O bioobiektach i kostiumografii przekraczających granice mody. Rozmowa z projektantką i wykładowczynią Mają Bączyńską
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Ostre krawędzie przechodzące we wspomnienia z dzieciństwa, podmuch wiatru materializujący się w sensualnych tkaninach – filozofia projektowa Mai Bączyńskiej opiera się na refleksjach nad formą, ruchem i dotykiem. W swojej najnowszej kolekcji „Sylph” Bączyńska podejmuje dialog z formą użytkową, nad którym czuwa mityczny duch powietrza. Z projektantką i wykładowczynią rozmawiamy o bioobiektach i kostiumografii przekraczających granice mody, o wyplataniu własnej ścieżki każdym oczkiem dzianiny i o napiętej relacji między ciałem a technologią.
Materiał pochodzi z najnowszego numeru K MAG 122 Superheroes 2025, tekst: Iga Trydulska.
Charakter twojego najnowszego pokazu kierował się w stronę użytkowego, ale nie zawsze tak było. Twoja poprzednia kolekcja, „Forget Me Not”, to eksperymenty z hybrydami ubrań i mebli.
Zawsze lubiłam balansować między użytkowością a abstrakcją. Czasem ocierałam się o kostiumografię – tworzyłam rzeczy o sporych gabarytach, ubiory-obiekty. Forma kurtki-kanapy została dosłownie zaczerpnięta z mebla: ramiona i rękawy są zbudowane z elementów typowych dla tapicerki. W sukience-stoliku potraktowałam sylwetkę rzeźbiarsko, badając przestrzeń wokół ciała. To przemycanie do mody elementów, które oryginalnie do niej nie należą, szukanie nieoczywistych połączeń i kontrastów. Te projekty świetnie funkcjonują w innych narracjach, są popularne wśród stylistów, artystów, performerów. To właściwie bioobiekty przekraczające granice między meblarstwem a modą. Zależało mi, aby potraktować ciało jako punkt wyjścia do eksperymentów przestrzennych, stworzyć coś, co będzie ubiorem, przypominając jednocześnie coś zupełnie innego.
Skąd w ogóle wzięło się u ciebie projektowanie?
Nie był to od początku oczywisty wybór, choć od najmłodszych lat miałam pewność, że swoją przyszłość zwiążę z sektorem kreatywnym. Moje pomysły na siebie zmieniały się na przestrzeni czasu: od fotografii i edycji zdjęć, przez projektowanie graficzne, po architekturę wnętrz. To zajawki, które przychodziły i odchodziły, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że ubiór jest tą stałą, która mnie nie nudzi, lecz stale zaskakuje i ekscytuje. W modzie znalazłam najlepsze ujście dla swojej kreatywności, będącej jak iskra, która nas podpala, podnieca i napędza do działania. Jako dziecko lubiłam się stroić, zaś podczas gry w Simsy większość czasu poświęcałam tworzeniu i ubieraniu postaci. Kolekcjonowałam magazyny modowe, później, idąc drogą szkicowania swoich pierwszych żurnali, pierwszych podejść do szycia i rosnących marzeń o projektowaniu, zawędrowałam do Łodzi, gdzie brałam udział w fashion weekach i podjęłam studia na ASP.
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Co jeszcze daje ci moda?
Dla mnie projektowanie wiąże się z redefiniowaniem, przekraczaniem granic, kształtowaniem własnego świata wizualnego. Możemy stworzyć zupełnie fikcyjną narrację, swoją fantazję… To wydaje mi się najbardziej pociągające. Za pomocą języka ubioru kreujemy własne światy, uniwersa, snujemy swoje opowieści. W kolekcjach, które zaczęłam tworzyć jeszcze na studiach, opierałam się na różnorodnych treściach: analizowałam jungowską teorię cienia personalnego, „Lśnienie” Kubricka czy swoje wspomnienia z dzieciństwa. Z perspektywy czasu wiem, że niezależnie od tematu, który biorę na tapet, zawsze w centrum zainteresowania jest człowiek – jego wnętrze, przeżycia i emocjonalność. W pewnym stopniu to też pomaga w lepszym zrozumieniu samej siebie. Wracam do tego w „Sylphie”, bo punktem zapalnym do projektowania ponownie stał się przedmiot – wiatraczek. To prosty, nawet infantylny obiekt, w którym znalazłam wiele znaczeń: od symbolu transformacji energii po metaforę cyklu życia. Z jednej strony kojarzy się z beztroską dzieciństwa, lecz z drugiej, przez ostre kształty, przypomina, że życie może być bolesne.
Skąd nazwa „Sylph”?
Sylf to istota mityczna, byt eteryczny reprezentujący żywioł powietrza. W moim wyobrażeniu to duch, który może wprawić w ruch to, co nieruchome – jak wiatraczek, który stał się głównym motywem kolekcji. To symbol transformacji energii, przejścia ze stanu bezwładności do ruchu pod wpływem niewidzialnej siły.
Jak taka transformacja wygląda w procesie projektowania?
Na co dzień lubię doszukiwać się kształtów w otoczeniu. Robię dużo zdjęć rzeczy, które mnie intrygują, mam całe archiwa takich inspiracji. Szukam referencji wizualnych w najbliższym otoczeniu; czasem to bardzo abstrakcyjne skojarzenia, ale dzięki temu projekt staje się bardziej autentyczny i osobisty. Z konturu jakiegoś obiektu mogę wyciągnąć formę, która później stanie się elementem ubrania. Musi to być coś, co mnie zaintryguje i wywoła konkretne emocje. Widać to na przykładzie kokardy pojawiającej się w kolekcji. Kokarda otwiera kolekcję w pierwszej sylwetce i tradycyjnie kojarzy się z wczesnym etapem rozwoju, z dziewczynką, jednak u mnie wybrzmiewają w niej ostre kształty, podobnie jak w wiatraczkach.
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Poruszyłyśmy motywy formy i konceptu, ale twoja kolekcja jest też bardzo sensualna. Jak wracasz do ciała?
Wykorzystuję głównie dzianiny, łącząc je z materiałami takimi jak tafta, organza czy skóra. To celowe kontrasty: miękkie, ciepłe dzianiny versus zimna śliskość i sztywność innych materiałów. Dzianiny kojarzą się z komfortem i harmonią z ciałem, więc zestawiam je z materiałami oferującymi zupełnie inne doznania dotykowe. Ten kontrast pozwala dzianinom wybrzmieć mocniej, podkreślić ich rolę w narracji o cielesności i transformacji. Proces ich tworzenia jest bardzo złożony. Wszystko zaczyna się od projektu – nie tylko sylwetki, ale i samej powierzchni, wzoru, splotu. To proces komplementarny. Obecnie często wykorzystuję projektowanie 3D – głównie po to, by uzyskać idealne spasowanie wzoru na wszystkich elementach formy. Dzięki temu mogę też wyeliminować etap fizycznego prototypowania. Po wykonaniu próbki na maszynie dziewiarskiej robię rozliczenie wyrobu – przeliczam na oczka wszystkie wymiary, zwężenia i poszerzenia każdego elementu. Dzianina lubi się z matematyką. Gdzie się da, formy powstają na maszynie już w gotowym kształcie, bez etapu krojenia. To oszczędza przędzę i eliminuje odpady.
Moda często mówi o ciele w bardzo abstrakcyjny sposób, my skręciłyśmy w stronę technologii. Jak sprawić, żeby ta historia stała się osobista?
Obecnie obserwujemy pierwsze próby przeniesienia naszego życia do przestrzeni wirtualnej, gdzie funkcjonowalibyśmy jako awatary. Co ciekawe, technologie stają się coraz bardziej cielesne – powstają rozwiązania mające pozwolić nam doświadczać świata cyfrowego nie tylko wzrokiem czy słuchem, ale też zapachem i dotykiem. To fascynujący kierunek rozwoju, ale paradoksalnie, kiedy najwięcej mówi się o wyzwoleniu od ciała przez światy wirtualne czy awatary, zaczęliśmy tęsknić za autentycznością. Wydaje mi się, że zmęczyło nas oglądanie wyidealizowanych wizerunków. Ciało jest zapisem naszych doświadczeń, czasem trudnych i bolesnych, ale właśnie dlatego prawdziwych. To świadectwo, że przeszliśmy przez coś i daliśmy radę. Dla mnie projektowanie jest sposobem na przepracowanie własnej relacji z ciałem i cielesnością. Poprzez fizyczne obnażenie programujemy swoją pewność siebie. To my decydujemy o granicach tej ekspozycji, stajemy się paniami sytuacji. W moich kolekcjach szukam tej równowagi między komfortem dzianin a sztywnością tkanin, między ukryciem a ekspozycją. To symboliczna otwartość, ale na własnych zasadach. W printach i wzorach żakardowych pojawia się też motyw bielizny i cielesności – to już opowieść o dojrzewaniu, o zmianach zachodzących w ciele i umyśle. Zależało mi na podkreśleniu, że ciało jest nieodłączną częścią naszego życia. To absurdalne, jak często staje się dla nas problemem, podczas gdy powinno być narzędziem autoekspresji, naszą bazą emocjonalną i energetyczną.
FacebookInstagramTikTokX