Jak donosi argentyńska stacja badawcza, Esperanza, na początku lutego na Antarktydzie padł rekord temperatury. Choć wydawałoby się, że nie będzie już cieplej niż w marcu 2015, gdy termometr wskazywał 17,5 stopni Celsjusza, nowy rok przyniósł dość niepokojące wieści. Obecnie na Antarktydzie można by swobodnie spacerować w koszulce z krótkim rękawem.
Północny półwysep Antarktyczny, położony na południe od Ameryki Południowej, jest obecnie najszybciej ocieplającym się rejonem na Antarktydzie. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej, w przeciągu ostatnich 50 lat tamtejsza temperatura wzrosła o 3 stopnie Celsjusza. Faktem jest, że lodowce topnieją i nawet sceptykom coraz ciężej z tym dyskutować.
Niepokojące wzrosty
Według Renwicka jednym z czynników jest północno zachodni wiatr, który wieje wzdłuż górskich stoków. Do rekordu przyczyniły się m.in. naturalne zmiany, a także ocieplanie Ziemi wynikające z podnoszącej się ilości gazów cieplarnianych w atmosferze. Z badań prowadzonych przez jednostki badawcze wynika, że w przeciągu 50 lat wycofało się ok. 87% lodowców na Antarktydzie, a w ciągu ostatnich 12 lat możemy zaobserwować ten proces w przyśpieszonej formie.
Rekordowa temperatura 18,3 stopnia Celsjusza słusznie powinna budzić zdziwienie oraz obawy, ponieważ na Półwyspie Arktycznym, najbardziej wysuniętej na północ części Antarktydy, tak ciepło zazwyczaj nie bywa. Inaczej sytuacja wygląda jednak w innych regionach. Przykładowo w styczniu 1982 roku na wyspie Signy, położonej 700 kilometrów od kontynentu antarktycznego, odnotowano temperaturę 19,8 stopni Celsjusza. Biorąc pod uwagę, że ten rejon słynie z wysokich temperatur oraz wilgotnego powietrza, naukowcy nie byli szczególnie zaniepokojeni.
Natomiast w lipcu 2019 roku na Wyspie Ellesmere'a, należącej do Kanady ale znajdującej się w Archipelagu Arktycznym, temperatura osiągnęła 21 stopni Celsjusza.
Efekt motyla
Profesor Nerilie Abram z Australian National University prowadził badania na Wyspie Jamesa Rossa i również nie ma wątpliwości, że północny półwysep Antarktydy ulega szybkiemu ociepleniu. Według niego nawet niewielkie zmiany w temperaturze mogą mieć horrendalny wpływ na lodowce szelfowe, które w efekcie mogą się zawalić. Woda z roztopów wnika w szczeliny lodu, a następnie – np. po nastaniu nocy – zamarza, rozsadzając lód. Lodowce szelfowe już dryfują po wodzie, więc ich zawalenie się nie wpływa znaczącą na poziom morza. Sęk w tym, że lodowce szelfowe pomagają utrzymać w pionie lądolody, które zajmują już powierzchnie ziemi i są do niej przyłączone, więc ich topnienie wpływa na poziom wód.


