Martyna Czech: „Malowanie nie jest dla mnie autoterapią” [WYWIAD]

25-12-20246 min czytania
Martyna Czech: „Malowanie nie jest dla mnie autoterapią” [WYWIAD]
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Bezkompromisową, mroczną sztukę Martyny Czech pierwszy raz szerzej dostrzeżono, kiedy artystka zwyciężyła 42. Biennale Malarstwa Bielska Jesień. Od tego czasu twórczość absolwentki Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach nieustannie budzi emocje, a jej ekspresyjne płótna są prezentowane na kolejnych wystawach.
Materiał pochodzi z najnowszego numeru K MAG 121 Babylon 2024/25, tekst: Julia Barbasiewicz.
O twojej twórczości zrobiło się głośno w 2015 roku, kiedy wygrałaś jeden z ważniejszych polskich konkursów malarskich, Bielska Jesień. Jak z perspektywy prawie dekady oceniasz tamte zdarzenia? Czy coś się zmieniło w twoim podejściu do sztuki?
Bielska Jesień zmieniła moje życie radykalnie, i to na lepsze. Od tego wszystko się zaczęło. Moje podejście się nie zmieniło: tworzę szczerze, łapczywie i nadal dla siebie.
Podkreślasz dosadnie, że edukacja artystyczna nic ci nie dała. Co powinno się zmienić, żeby akademie sztuk pięknych wspierały artystów, zamiast podcinać im skrzydła na starcie?
To trudne pytanie, ponieważ cały system edukacji powinien się zmienić. Na pewno pomogłaby wymiana „dziadersów”, czyli kadry starych profesorów, którzy nie mają pojęcia, jak funkcjonuje rynek sztuki. Z kolei ograniczenie przedmiotów zbędnych i teoretycznych na rzecz praktycznej wiedzy warsztatowej ułatwiłoby procesy technologiczne, a zatem twórcze. Ponadto zatrudnienie ludzi, którzy nie „owijają w bawełnę” i mówią, jak jest naprawdę w tym świecie, sprawiłoby, że część studentów przestałaby marzyć o wielkiej, sasnalowskiej karierze i zweryfikowałaby swoje plany na przyszłość.
Wymienia się ciebie w jednym zdaniu z Aleksandrą Waliszewską oraz Karoliną Jabłońską. Czy jako kobieta w świecie sztuki wchodzisz w sojusze z innymi artystkami, czy raczej szukasz odrębności?
To miło, że ktoś stawia inne artystki w jednym zdaniu ze mną. Nie zawieram żadnych sojuszy. Jestem outsiderem.
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Bierzesz udział w wystawie „Chcemy całego życia. Feminizmy w sztuce polskiej” kolektywu kuratorskiego SemFem w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, największej dotychczas zorganizowanej prezentacji polskiej sztuki feministycznej ostatnich pięciu dekad. Co dla ciebie znaczy ten projekt?
Ciekawi mnie, jak odbiorcy interpretują moją sztukę. Zawsze zostawiam dowolność odbioru moich dzieł, nawet jeśli nie zgadzam się z interpretacją. Lubię testować swoje obrazy w nowych kontekstach. Udział w tej wystawie i w tak zacnym gronie to zaszczyt! Takiej wystawy nie było nigdy, więc przejdzie do historii.
Malowanie to dla ciebie forma manifestacji swoich poglądów na zewnątrz czy samoregulacja?
Malowanie nie jest dla mnie autoterapią. To wyrażanie samej siebie oraz tego, co czuję, myślę i widzę za pomocą konkretnych środków wyrazów. Nie moralizuję, tylko przedstawiam niewygodne, mroczne tematy, o których ludzie boją się myśleć. Mam odwagę mierzyć się z tym, przed czym inni uciekają – z cierpieniem, bólem, śmiercią, miłością, nienawiścią, przyjaźnią, przemijaniem, zdradą…
Na twoich obrazach złość i okrucieństwo sąsiadują z seksualnością. Postrzegasz ją jako źródło siły, powiedziałabyś, że to istotny wątek w twojej sztuce?
Interesują mnie stany skrajne, często na granicy życia i śmierci. Erotyka jest istotną częścią życia, o znaczeniu której ludzie zapominają, dlatego stanowi ważny temat w mojej sztuce. Seksualność jest niejednoznaczna: może być źródłem siły, przyjemności, władzy, nałogu lub relaksu. Może stać się sposobem na przetrwanie w życiu. W moich obrazach często stanowi humorystyczny akcent, który odbiorca może widzieć dosłownie lub doszukiwać się w nim głębi.
Twoją twórczość niekiedy opisuje się jako mizantropijną – zgodziłabyś się z tym określeniem?
Każdy widzi, co chce. Nie lubię gatunku ludzkiego za to, jaki jest, ale nie należy traktować tego osobiście. W sztuce przedstawiam fakty, rzeczy, których doświadczyłam ja lub moje otoczenie. Dla mnie obrazy negatywne są pozytywne, ponieważ przetrwałam. Surowo oceniam siebie i ludzi. Jeśli chce się wymagać od innych, najwięcej trzeba wymagać od siebie.
Nawiązując do poprzedniego pytania, dużo w twoich pracach negatywnych emocji. Co cię najbardziej złości, oburza, obrzydza? Widzisz jakąś możliwość zmiany?
Mrok to moja codzienność, to się nie zmieni. Niewiele mnie już rusza, ponieważ jeśli ciągle przekracza się granice, one przestają istnieć. Wszystko, co negatywne, może być pozytywne. Ból da się oswoić, aż stanie się codziennością. Obrzydza mnie przemoc wobec zwierząt i kłamstwo. Wkurwia mnie hipokryzja świata sztuki, wyzysk, brak szczerości lub zbyt łatwe ocenianie cudzego życia przez pryzmat swojego „widzimisię”.
Temat tego numeru K MAG to „Babylon”, wiąże się z luksusem, hedonizmem, przepychem. Kontrastuje z tym twoja praca „Pustelnica”. W dzisiejszych czasach jest miejsce na przyjemność?
Wszystko jest dla ludzi w rozsądnych granicach, również przyjemność. Nikt nie nauczył nas życia w równowadze i to jest problem.
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Masz swoje ulubione prace?
„Łańcuch pokarmowy sztuki” z 2023 roku w dosadny, humorystyczny sposób pokazuje toksyczność zależności kolejnych ogniw świata sztuki. „Przeciwko sobie” to piękny obraz, na którym jestem całkiem naga, bezbronna, cierpiąca, ale i pełna nienawiści do siebie oraz świata. Przypomina mi o wszystkich próbach samobójczych oraz śmierciach ukochanych zwierząt. Dyptyk „Ladaco” i „Ma-donna” ukazuje moje wrażliwe cząstki: fizyczne i duchowe.
Jak wygląda twój proces artystyczny – podchodzisz do swojego malarstwa metodycznie, masz jakieś stałe elementy, których potrzebujesz, aby tworzyć?
Stałe są chaos i mrok. W zawodzie artysty nie ma stabilizacji. Pracuję seriami: pół roku przerwy, dwa miesiące intensywnej, łapczywej pracy po kilkanaście godzin dziennie do wykończenia się. Wtedy zapominam o świecie zewnętrznym czy o jedzeniu. Każdy obraz powstaje za jednym „posiedzeniem” aż do ukończenia, ponieważ kolejnego dnia mam w sobie inne emocje. Zależy mi na autentyczności.
Wystawa „Żmijowisko” z Krzysztofem Piętką w Galerii Lotna ma być ostrym komentarzem do zgniłego rynku sztuki i współzależności w art worldzie. Jakie wątki wybrzmiewają w waszych pracach?
W tym świecie nie chodzi o ideę, tylko o pieniądze, a artyści ponoszą największą cenę za swoją wrażliwość. O tym nikt nie mówi wprost, bo ludzie się boją. Pokazujemy toksyczne relacje między poszczególnymi ogniwami tego świata, mówimy o traktowaniu artystów (jak śmieci), którzy mają zarabiać na innych. Demitologizujemy szkodliwe mity zawyżające wartość dzieła materialną i duchową. Wystawa jest wielowątkowa, ponieważ na przykładzie moim i Krzyśka pokazujemy historię i skomplikowane relacje między dwójką artystów oraz osób, dla których wzajemnie wsparcie i przyjaźń stały się kluczem do przetrwania w art worldzie.
fot. Marta Kaczmarek / Shootme
Jakie jest twoje największe marzenie na gruncie zawodowym?
Napisałam eksperymentalną, mocną książkę krytykującą świat sztuki i chciałabym ją wydać.
29 listopada w Galerii Lotna otworzyła się duża, przekrojowa ekspozycja „Żmijowisko”, na której w dialogu z Krzysztofem Piętką Martyna zaprezentuje swoje prace poświęcone trudnej sytuacji artystów na rynku sztuki.
FacebookInstagramTikTokX