Już na jesień do kin trafią dwa filmy z udziałem brytyjskiej gwiazdy – „Don’t Worry Darling” Olivii Wilde oraz „My Policeman" Michaela Grandage. O ile „Don’t Worry Darling”od początku cieszyło się w Internecie sporym zainteresowaniem, tak obraz Grandagedo tej pory pozostawał w cieniu.
„My Policeman”, będący ekranizacją książki Bethana Robertsa o tym samym tytule, opowiada historię romansu policjanta i kuratora muzealnego w latach 50-tych w Wielkiej Brytanii. Już samo obsadzenie Stylesa w jednej z głównych ról wzbudziło spore niezadowolenie. Fani wytykali producentom, że rola powinna trafić do nieheteronormatywnego aktora ze środowiska LGBT+.
Orientacja Harry’ego wciąż pozostaje tajemnicą. Gwiazdor nie porusza publicznie tego tematu i to właśnie z tego powodu znalazł się ostatnio na językach całego Internetu. Sceniczna osobowość Stylesa opiera się głównie na sojusznictwie oraz czerpaniu z estetyki ikon queeru poprzedniego wieku, w związku z czym coraz częściej pojawiają się oskarżenia o tzw. queerbaiting czyli stosowanie popularnego chwytu marketingowego tylko pozornie sugerującego przynależność do środowiska LGBT+.
Jednak prawdziwa burza rozpętała się dopiero, gdy zapytany o „My Policeman”Styles powiedział: „Nie jest to gejowska opowieść o dwóch typach będących gejami. Dla mnie jest to opowieść o miłości i utraconym czasie” Zdradził też, że jego zdaniem sceny seksu w filmie skupiają się przede wszystkim na emocjach, a mniej na samej fizyczności. „Większość scen gejowskiego seksu to po prostu dwóch typów robiących to, co w pewien sposób odbiera scenom czułość” – stwierdził gwiazdor.
To właśnie tą wypowiedzią Styles otworzył puszkę Pandory. Natychmiast posypały się głosy sprzeciwu, a internauci wytknęli mu nieznajomość kinematografii. Zarzucili mu także, że zabiera głos w imieniu społeczności, do której nigdy otwarcie się nie przyznał. „Czy Harry Styles zdaje sobie sprawę, że my też uprawiamy seks, a nie tylko zakładamy różowe ciuszki i malujemy paznokcie?” – czytamy w komentarzach.