Zacznijmy od prawdziwej klasyki, czyli wielkiego dzieła japońskiej kinematografii, które zapisało się z przytupem (wielkiej łapy) na kartach popkultury, dając nam jednocześnie jedną z najdziwniejszych serii filmowych, jakie tylko zrodził ten przemysł. Warto pamiętać jednak, że pierwszy film o ziejącym atomowym oddechem jaszczurze to nie odmóżdżająca nawalanka dwóch facetów w naprawdę tandetnych kostiumach, a ekologiczny monument i rozliczenie się z atakiem nuklearnym z 1945 roku. Dlatego też tytułowa Godzilla stała się chodzącym symbolem zniekształconej przez człowieka i jego barbarzyńskie praktyki natury. To ona mści się na człowieku za krzywdę, jaką jej wyrządził - czy to testami bomb jądrowych amerykańskiego wojska w atolu Bikini w latach 40. i 50., czy eksploatacją oceanicznego życia ku chwale konsumpcji społeczeństwa tak wielkiego, jak Japońskie. My, ludzie, stworzyliśmy potwora, z którym musimy walczyć, co jest prostą analogią do teraźniejszej, heroicznej walki młodszego pokolenia z pokłosiem naszych rodziców i pazernych kapitalistów. Oczywiście mógłbym tutaj dać inne, bardziej wymowne w swym ekologicznym przekazie filmy jak choćby niemniej kultowego „Potwora z Czarnej Laguny” (1954) Jacka Arnolda, ale to właśnie dzieło Hondy razi (niczym radioaktywny promień Godzilli) widza najmocniej, wypalając mu w głowie wstrząsające obrazy szpitali pełnych poparzonych dzieci, wojska na ulicach Tokio i w końcu użycia broni masowego rażenia, bez większych skrupułów mordując tysiące żyjących w oceanie istot.