Marcin Adamczak w książce „Kapitały przemysłu filmowego” wspomina, że tak naprawdę są to dwa związane ze sobą systemy, lecz grające o zupełnie inną stawkę. Hollywoodzkie kino zainteresowane jest widzem światowym, tym samym chce podkreślać swoją atrakcyjność pod każdą szerokością geograficzną. Kino artystyczne nie pozostaje w tyle i także buduje pewną międzynarodową sieć, gdzie to Europa Zachodnia jest w centrum.
To właśnie ona umożliwia pokazywanie filmów na festiwalach, otrzymywanie środków koprodukcyjnych, różnych dotacji, a wisienką na torcie jest to, że Europa jest matką prestiżu kinowego (chociażby dzięki czasopismom filmowym). W tym kontekście pojawia się pytanie, które nurtuje Polaków od czasów zmiany ustroju - gdzie w tym wszystkim my? Wciąż aspirujemy do Zachodu, lecz na którym zależy nam najbardziej, jeśli chodzi o kinematografię - na europejskim, czy może amerykańskim?
Co słychać za oceanem?
Stany Zjednoczone to kolebka kina, która nie przestaje być płodna. Krytycy kina jednak debatują, czy owa rozrodczość przynosi jakieś korzyści (poza tymi finansowymi, rzecz jasna). Hollywood działa prężnie, żeby zaspokoić przeciętnego widza, ale co się dzieje z widzem, który kino lubi i szanuje, a na Oscary czeka tylko po to, żeby się z nich ponabijać? Otóż usycha. Kin studyjnych jest niewiele, a repertuary często pokrywają się z tymi z multipleksów. Dlaczego Amerykanie są uczuleni na artyzm filmowy?
Regulaminowo (jeśli mówimy o kinie gdziekolwiek na świecie) rozchodzi się o pieniądze. Specyfika kapitalistycznej Ameryki jaką znamy, i do jakiej tęsknili nasi dziadkowie i ojcowie (my dzisiaj już niekoniecznie) nie pozostawia wolnej przestrzeni dla przedsięwzięć, które nie przynoszą zysku, czego sztandarowym modelem jest właśnie kino studyjne. Bez dofinansowań i subsydiów (które w Europie najczęściej zapewnia Unia Europejska), art house cinema nie ma szans w starciu z wielkim multipleksem.
Drugi powód okazuje się znacznie bardziej intrygujący, bo zaskakuje swoją prostotą. Amerykanie nie wybierają seansów, które opatrzone są napisami.
„Nie chcę czytać, wtedy nie nadążam” powtarzane ad-nauseam.
Nieprzyzwyczajeni do odczytywania dialogów, kiedy zdecydowana większość filmów produkowana jest po angielsku, wykształcili w sobie awersję do napisów. Podobny problem mają produkcje anime, które dystrybuowane w USA prowadzone są dubbingiem.
Poza tym: pycha. Amerykanie uważają, że to oni (grubym rysikiem) naszkicowali kontur kina, jaki znamy dzisiaj i wszystkie poza-amerykańskie produkcje są mniej lub bardziej kopią, tego co wyszło z chwalebnej fabryki Hollywoodu. Toteż ze swoim wrodzonym patriotyzmem, chętniej wybierają “domowe” produkcje, a te obce pozostawiają wąskiej niszy fanów kina artystycznego, którzy zadowolić się muszą relatywnie deficytową ilością kin studyjnych. Dla przykładu: w Teksasie, którego powierzchnia jest ponad dwa razy większa od Polski, a ludności jest tam prawie dwa razy mniej odnotowano zaledwie 10 kin studyjnych (wghttps://www.arthouseconvergence.org/art-house-map). Jak się ma Holandia?
Być może Holandia nie jest kolebką, ale na pewno sercem kina artystycznego, a o serce trzeba dbać, więc i funduszy nie brakuje. Kultura w Holandii jest hojnie dofinansowywana, co da się odczuć na przykład przez ceny biletów do kina, teatru, czy opery. Wyjście na film to koszt wahający się od 10 do nawet 20 euro, co nie jest małym wydatkiem nawet dla tych zarabiających w euro (najniższa krajowa dla osób powyżej 21 roku życia to 14 euro), ale na ratunek przychodzi karta Cineville. Cineville to holenderska usługa sprzedaży biletów na seanse opierająca się na zasadzie subskrypcji, której koszt wynosi 19 euro miesięcznie, a ilość produkcji, które można odhaczyć przez te 19 srebrników jest nielimitowana.
Jednak to nie tylko Cineville przyciąga rzesze filmowych fanatyków do kin, a odświętna i radosna otoczka, która spowija prozaiczne wyjście do kina. Studyjne placówki niemal bez wyjątku opatrzone są także barami, restauracjami, czy kawiarniami (najczęściej wszystkim na raz). Na sale kinowe studenci pośpiesznie wchodzą z piwem w ręku, a po zakończeniu seansu nie ma mowy o wyjściu z budynku zanim nie omówi się widowiska przy kolejnym drinku. Na którym zazwyczaj się nie kończy.
Niemniej, tak jak o wszystko, o swawolną atmosferę trzeba dbać. Holendrzy mają na to ciekawy przepis. Kina studyjne to precyzyjnie wykrojona wizja równości i czułości względem filmu, która (jak niewiele idealnych wizji, czy planów) wzorcowo wpisuje się w holenderską rzeczywistość. Większość kin studyjnych (lub też studenckich), przynajmniej w Amsterdamie, działa według określonych zasad: każdy pracownik musi być studentem i mówić po holendersku, aby kontynuować tradycje w mieście, gdzie na ulicach wybrzmiewa każdy język świata, a holenderski jest jednym z tych rzadziej słyszanych. Poza podstawowymi wymogami do zatrudnienia, pojawiają się wewnętrzne ustalenia, które wyróżniają te przedsiębiorstwa spośród innych kin na całym globie.
Kina studenckie charakteryzują się bezwzględną ahierarchicznością – wszyscy zatrudnieni otrzymują 1000 euro miesięcznie za swoją pracę, która obejmuje każdy rodzaj obowiązku, jaki można sobie wyobrazić przy prowadzeniu kina. Nie istnieje pojęcie pozycji, czy tytułu - jest za to grafik, który dzieli obowiązki wszystkich w miesiącu po równo - każdy z nich przez kilka godzin będzie układał repertuar, sprzątał sale, sprawdzał bilety, stał za barem, zajmował się promocją, czy zarządzał elektryką i operował projektorem.
Aby to mogło się udać, co miesiąc odbywają się zebrania pod patronatem najczystszej demokracji, gdzie przegłosowywane są zadania na nadchodzący okres - żeby nie było, bywa że trwają one kilka godzin, zanim dojdzie do rozejmu. Dzięki temu, że to właśnie nisza filmoznawcza tworzy repertuary przyciągają oni masę widzów, którzy nie chcą nawet pomyśleć o innym sposobie na piątkowy wieczór niż odwiedzenie kina studenckiego.
Gdzie w tym wszystkim my?
A my jak zwykle pośrodku. O warszawskie kino Luna zawalczyliśmy po tym, jak za każdym razem przejeżdżając obok kultowego kina Femina, które istniało od 1938 roku, widzimy wielki szyld Biedronki i coraz to nowe, średnio zachęcające promocje na drób. I udało się, Luna nie zniknie z kulturalnej mapy Warszawy, a prowadzona będzie pod batutą Mazowieckiego Instytutu Kultury.
Obecnie, Sieć Kin Studyjnych zrzesza 246 kin z całej Polski. Wg GUSu w 2024 roku działało 535 kin stałych, zatem kina studyjne nie stanowią wstydliwej mniejszości tak jak za oceanem, a niemalże połowę (46 procent!). 2025 rok jest nawet objęty patronatem m. in Wojciecha Jerzego Hasa, a jego retrospektywy puszczane będą w ponad 60 kinach w całej Polsce.
Wychodzi na to, że kino ambitne lubimy i dobrze się w nim czujemy, niestraszne nam są napisy, ale piwo na sali kinowej brzmi dla nas zbyt frywolnie. To, że nie umiemy się bawić od lat zrzucamy na opresje komunizmu i pewnie mamy rację, ale zdaje się, że w przypadku kina - formalizm nam odpowiada. Nie jesteśmy przesiąknięci Marvelem i DC jak Amerykanie, którzy dostają czerwonej wysypki, kiedy na ekranie pojawiają się napisy, ale też brakuje nam nieco do ukulturowionych i rubasznych Holendrów, których najpewniej skategoryzowalibyśmy jako pretensjonalnych. Ten jeden raz, dobrze nam pośrodku.