Cynthia Vinney, pisarka specjalizująca się w tematach psychologicznych i popkulturowych, w ten sposób tłumaczy fascynację ludzi tragicznymi historiami:
Warto zauważyć, że kobiety, których biografie powstawały na początku tego wieku, rodziły się i dorastały na łonie systemu różnicującego ze względu na płeć niemalże w każdym środowisku. Naznaczone tą dyskryminacją, aby zdobyć edukację, szacunek rodziny, środowisk naukowych, politycznych, establishmentu czy po prostu szczęście, nieustannie spotykały się z negatywną reakcją otoczenia. Z tego powodu twórcy, zgłębiając historię swoich bohaterek, nie mogą i nie chcą pomijać tych wątków. Lecz nie powinni się do nich ograniczać.
Choć po premierze „Blondynki” Andrew Dominik otrzymał 14-minutowe owacje na festiwalu w Wenecji, film pozostawia nieprzyjemny posmak w ustach niemal każdego widza. Krytykowane jest „degradujące i eksploatujące” przedstawienie życia Marilyn jako pasma udręk, a jej samej jako ofiarę skazaną na tragedię. Wizji i zawartych w niej dosadnych scen molestowania czy okrucieństwa nie pomogły komentarze reżysera odnoszące się do protagonistki.
Skoro twórcom nie zależy na dodaniu niczego więcej ponad to, co już zostało powiedziane o prawdziwych postaciach, pozostaje zadać pytanie: po co tworzyć kolejną produkcję? Hollywood zna przypadki doskonałych filmów z bohaterkami w centrum, jak choćby „Spencer” (2021), serial „Wielka” (2020), „Elżbieta” (1998), „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” (2017). Należy jednak mieć na uwadze, że te kobiety i ich historie nie powinny być traktowane jako towar, a wciąż to zdaje się stanowić argument wiodący do tworzenia kolejnych biograficznych odsłon. Łatwym chwytem jest przekonanie widzów plakatem ze znaną twarzą i sloganem, że „takiej historii jeszcze nie znali”.
tekst: Antonina Mierzejewska