Jak duże są koszty szczerości i autobiografizmu w sztuce? Spotykasz się z pretensjami lub żalem, że wydobywasz na światło dzienne intymne sprawy?
Kiedyś po wizycie w domu rodzinnym z moją ówczesną partnerką wrzuciłem na Instagram dwa obrazy przedstawiające sytuacje z tego wyjazdu. Moja siostra pokazała je mamie i przeczytała tytuły. Kilka dni później niczego nieświadom zadzwoniłem do mamy, no i mama mówi, że jej przykro, że tak opisałem nasze spotkanie. Oczywiście nie chciałem jej tymi obrazami urazić, a jedynie opowiedzieć o emocjach, które wtedy czułem, o czym myślałem, że wstydziłem się przed partnerką moich rodziców, ich domu oraz warunków w nim panujących. Mamę to dotknęło, długo rozmawialiśmy o tych obrazach i chciałem ją zapewnić, że to nie jest jakiś mój statement o rodzinie, ale zapis specyficznego zdarzenia, a na nich, moich rodzicach i rodzinie ogólnie, bardzo mi zależy i chcę, by o tym wiedzieli.
Gdzie przebiega granica między życiem a sztuką?
Może właśnie w miejscu, które odkrywa za wiele tego, co jest udziałem drugiej osoby. Niestety, jeśli mam tę swoją taktykę robienia rzeczy o własnym życiu, pojawiają się też inne osoby. Chcąc odsłonić siebie, czasami w jakimś sensie odsłaniam też innych. Często trudno to zbalansować, nawigować wszystkim tak, by nie powiedzieć za wiele. Choć tak naprawdę, gdyby nie inne osoby, usunąłbym granicę dzielącą życie od sztuki. Zresztą mnie akurat sztuka nie interesuje aż tak bardzo, skupiam się na samym życiu i o nim tylko – poprzez użycie tych narzędzi – opowiadam.
Widok wystawy „Nie czuję nostalgii za wstydem, ale za naszym wspólnym czasem” w Gdańskiej Galerii Miejskiej 1, fot. Michał Algebra
Na jednym ze swoich obrazów leżysz pijany pod Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, pokazując, jak wiele dzieliło cię od miejsca, do którego aspirowałeś. Teraz z powodzeniem funkcjonujesz na rynku sztuki i trafiłeś do środowisk reprezentowanych przez budynek MSN-u. Czy stałeś się „kimś”?
Tym obrazem bardziej chciałem pokazać, jak stresujące jest to aspirowanie oraz miejsce – elitarne, składające się z konkretnych osób, gdzie bez pozycji albo konkretnych atrybutów często trudno się odnaleźć. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. Chciałem też pokazać siebie w ludzkiej, słabej, a przy tym niezwykle realnej postaci. Jako osobę, która może sobie z czymś nie radzić, ale zasługuje na przyjęcie do elitarnego grona, mimo że na obrazie wydaje się mniej atrakcyjna. Bo przecież kto leży pijany w miejscu, o którym marzy? Chcę być jak najbardziej realną osobą. Oczywiście zależy mi na obecności w środowisku artystycznym, lubię ludzi należących do niego; fajnie się gada, spędza czas, dużo nas łączy, bo posługujemy się różnymi narzędziami, żeby coś opowiedzieć, rozumiemy siebie nawzajem. Czuję się lepiej, ale pozostaję wrażliwy na to, jak z perspektywy środka wygląda to środowisko i osoby poza nim. Czy stałem się kimś? Nie zastanawiałem się nad tym. Najbardziej cieszę się, kiedy mogę być sobą poza sztuką, na przykład jeżdżąc na deskorolce, wtedy czuję się super sobą. Wyskakuję z pewnej kreacji, którą też jakoś tworzę poprzez sztukę.
Trochę myślę o zagranicy, bo chciałbym sprawdzić, jak moje prace zadziałają poza Polską. Marzy mi się Londyn. Poza tym bardzo chciałbym odpocząć, przemyśleć ostatnie miesiące i poczuć zadowolenie, bo wydarzyło się dużo dobrego, a nie miałem czasu się z tego cieszyć. Można powiedzieć, że teraz aspiruję do radości z tego, co za mną.
Odkrywasz się też ze swoimi skłonnościami do konfabulacji w młodości. Czy nadal masz poczucie, że „żyjesz w kłamstwie”?
Kłamstwo zawsze gdzieś się pojawia. Przecież kłamię chociażby wtedy, kiedy udaję, że wszystko w porządku, albo udaję pewnego siebie, a tak naprawdę trzęsę się ze strachu. To staje się tematem jakiegoś działania, chcę to zdemaskować. Myślę, że to, co robię, bez kłamstwa nie byłoby takie intrygujące, chociażby dla mnie. Zawsze musi pojawić się dziwność, niezręczność, która popycha mnie do opowiedzenia o czymś. Niemniej, gdy strachu jest coraz mniej, to i kłamstwo zanika.
Planujesz odejść od autobiografizmu w swojej twórczości?
Czasami marzy mi się robienie prac, które nie byłyby tak bardzo związane ze mną. Ciągnie mnie do lekkości, beztroski. Z drugiej strony wiem, że chcąc nie chcąc, powód do zabrania się za dany temat i tak powróci. Nawet jeśli namaluję najbardziej banalny widok, na przykład pejzaż, to i tak będzie o mnie. Przecież coś mnie w nim poruszyło, może coś sobie przypomniałem. Uważam, że cokolwiek robimy, jest to jakoś o nas, choćby za sprawą sposobu i podejścia. We wszystkim widzę opowieść o osobie.
Patryk Różycki, fot. Michał Algebra
Patryk Różycki (ur. 1992 r.) – maluje, pisze, nagrywa podcasty i robi performansy. Absolwent gdańskiej ASP na specjalizacji intermedia. Nominowany w 2024 roku do Paszportu „Polityki”. Związany z warszawską galerią Polana Institute, gdzie miał dwie wystawy. Jego prace pokazywano też w Muzeum Warszawy, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie oraz Rondzie Sztuki w Katowicach. Do 28 kwietnia trwa jego solowa wystawa „Nie czuję nostalgii za wstydem, ale za naszym wspólnym czasem” w Gdańskiej Galerii Miejskiej 1.