Co ma wspólnego „Ranczo” z „The Wire” i jak wyglądałby „Seks w polskim mieście”?

06-08-202225 min czytania
Co ma wspólnego „Ranczo” z „The Wire” i jak wyglądałby „Seks w polskim mieście”?
Bartosz Gelner, Błażej Hrapkowicz, Aleksandra Popławska, Agnieszka Więdłocha, fot. Karol Grygoruk
Seriale mogą więcej powiedzieć o współczesności niż kino czy literatura. Te dobrze zagrane, z mistrzowsko skrojonymi dialogami i ciekawie zarysowanym tłem społecznym, nie tylko komentują naszą kulturę, ale i ją współtworzą. Tym razem rozprawiamy o serialowej magii. Co mówią o nas rodzime produkcje? Co ma wspólnego „Ranczo” z „The Wire”? I jak wyglądałby „Seks w polskim mieście”?
Serial „Seks w wielkim mieście” po raz pierwszy wyemitowano w 1998 roku. Chociaż powstał tak dawno, do dzisiaj jest punktem odniesienia dla wielu produkcji, porównuje się z nim seriale polskie i zagraniczne, jak choćby „Dziewczyny”...
AGNIESZKA WIĘDŁOCHA Coś głupie to porównanie. Dobra, ja już mogę zacząć dyskusję.
Prosimy bardzo.
AW To się nijak ma jedno do drugiego. Rozumiem zbieżną formułę, że tu i tu są koleżanki, a w tle występuje Manhattan, pokazany zresztą zupełnie inaczej...
ALEKSANDRA POPŁAWSKA ...ale miejsce życia to jedyne, co łączy bohaterki.
AW To podobne nadużycie do tego, gdy mówiono, że „Klub szalonych dziewic” jest polskim „Seksem w wielkim mieście”. Choć w tym akurat coś było.
BŁAŻEJ HRAPKOWICZ Tak, to są łatki, które przyczepia się dla wzmocnienia efektu, z przyczyn marketingowych. Na pewno jeśli spojrzeć na te dwa seriale w planie ogólnym, to można znaleźć podobieństwa; w obu widać antropologiczne zacięcie, próbę przeanalizowania stylu życia pewnej grupy społecznej, jej obyczajowości. Tyle że mamy w nich do czynienia z innymi klasami społecznymi. Ta analogia jest myląca i działa chyba tylko na takiej zasadzie, że i „Seks w wielkim mieście”, i „Dziewczyny” obserwują, od strony antropologicznej, konkretne środowiska i zanurzone w nich bohaterki.
To, co zwraca uwagę, to także naturalizm, który jest w „Dziewczynach”, a w „Seksie...” go nie ma, tzn. w „Dziewczynach” mamy cellulit, nadwagę, grzebanie w uchu, psychiczne manie, nałogi – i nie chodzi tutaj o uzależnienie od butów Manolo Blahnika. Może to coś mówi o współczesności, że ludzie już nie chcą plastikowych, polukrowanych seriali, tylko oczekują czegoś naturalnego?
BH W „Seksie w wielkim mieście” najciekawszy dla mnie był ten wymiar meta, czyli to, że główna bohaterka pisała felietony i tworzyła narrację na temat własnych przeżyć. To było intrygujące, w „Dziewczynach” tego nie ma.
Chociaż główna bohaterka „Dziewczyn”, Hannah, jest pisarką. I uwielbia mitologizować swoje życie.
BH Tak, ale zamiast narracji meta serwuje nam naturalizm. Jak sobie przypomnę sceny erotyczne z „Seksu w wielkim mieście”, nawet sceny z życia Samanthy, która była najbardziej wyzwolona erotycznie, to to były sceny komediowe, slapstickowe, niesłychanie upozowane. W „Dziewczynach” króluje taka bezpruderyjna dosłowność. Na pewno to odpowiada na potrzebę większego realizmu w serialach, ale on ma też wiele twarzy, bo wcale nie musi być tak bardzo powiązany z naturalizmem. Występuje również w „Breaking Bad”, który jest często w swoim wizualnym wymiarze surrealistyczny, ale przy tym cechuje go realizm psychologiczny.
A w polskich serialach widzicie taki realizm? Naturalistyczne sceny są dopuszczalne czy jednak odbiorcy wciąż pragną lukru?
BARTOSZ GELNER Woźny u mnie w szkole, jak postawiliśmy plastikową choinkę w holu, powiedział: „Taka choinka jaka szkoła”, więc myślę, że to się odnosi do wszystkiego...
A jakiś przykład polskiego serialu, który jest waszym zdaniem wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości?
AP Pytanie, czy to jest w ogóle możliwe. Co to znaczy: wierne odwzorowanie rzeczywistości? Film czy serial zawsze jest fikcją.
Ale w ramach tej fikcji można dryfować w stronę bajki, np. o wspaniałym szpitalu w Leśnej Górze, a można też szukać czegoś mniej baśniowego, a bliższego naszym realiom, np. przedstawiającego problemy materialne, z którymi borykają się Polacy.
BH Najbliżej prawdy, rozumianej jako realizm psychologiczny, realizm problemów, z którymi borykają się bohaterowie, jest chyba serial HBO „Bez tajemnic”.
AP Tak, ale to jest format, nie rdzenna produkcja. Pytanie, czy mówimy o polskich serialach, czy o formatach.
BH Jasne, to jest oczywiście format, ale jednak widać, że jest to serial przystosowany mądrze do polskich realiów. Tak jak izraelska wersja „In Treatment” różni się od amerykańskiej, tak samo różni się polska, bo to musi zostać skrojone z myślą o lokalnych realiach. Bohaterowie, którzy przychodzą do psychoanalityka granego przez Radziwiłowicza, mają problemy, które kojarzymy bez trudu z otaczającą nas rzeczywistością. Ale wydaje mi się, że ten przełom serialowy jeszcze do nas nie dotarł, on jest bardzo amerykański.
BG Nie śledziłem zbytnio „Bez tajemnic”, ale mam przeczucie, że odsetek Polaków chodzących regularnie do psychoanalityka jest niewielki. Może w większych miastach amatorów terapii jest więcej, ale w mniejszych to wciąż coś obcego. Gdyby ten serial puściła telewizyjna Jedynka, to nie wiem, czy odniósłby sukces.
AP Pytanie, u jakiej publiczności „Bez tajemnic” ma wzięcie.
Pewnie jednak u elitarnej.
AP No właśnie, to nie jest serial dla przeciętnego Polaka.
Do statystycznego Polaka skierowane są „Ranczo” albo „Barwy szczęścia”. I w nich bajka liczy się bardziej niż jakikolwiek związek z rzeczywistością.
BG W „Barwach szczęścia” często przewijają się motywy dotyczące bieżących problemów, np. jak była afera Amber Gold, to pojawił się wątek, że ktoś został oszukany. Kiedy mówiono dużo na temat homoseksualizmu, to w serialu – mimo że leci na całą Polskę i ma taką, a nie inną oglądalność – pojawiła się para homoseksualna. Ludzi się do takich rzeczy przyzwyczaja. Pamiętajmy, że wielu z nich utożsamia się z ulubionymi bohaterami seriali.
AP W ten nieco polukrowany sposób oswaja się Polaków z trudnymi tematami. Homoseksualizm w „Barwach...” nie może być oczywiście zobrazowany ostro. Jazda po bandzie, jak w „Życiu Adeli” albo w „Płynących wieżowcach”, odpada.
Przede wszystkim odpadają mocne sceny erotyczne, w „Płynących wieżowcach” akurat bardzo udane. Przyznajcie, że sceny erotyczne w polskich serialach są bardzo zachowawcze.
BH Do seriali są wprowadzane kontrowersyjne wątki, które odpowiadają na jakieś potrzeby, czyli np. na postulaty mniejszości seksualnych dotyczące ustawy o związkach partnerskich, ale jednak jest to robione w bardzo konserwatywnym stylu. Kiedy porównać np. „Sześć stóp pod ziemią” – jeden z pierwszych mainstreamowych seriali amerykańskich, gdzie wątek homoseksualny i inne wątki związane z takimi stabuizowanymi tematami w kulturze były otwarcie pokazane – z naszymi produkcjami, to widać, że brakuje nam odwagi. Tylko trzeba też pamiętać, że mówimy o różnicy między Stanami a Polską. W USA przełom serialowy datuje się od seriali HBO, czyli od „Seksu w wielkim mieście” czy od „Rodziny Soprano”. To są seriale robione przez płatną telewizję, która znalazła niszę: okazało się, że ma wśród swoich abonentów publiczność, która oczekuje nieco ambitniejszych treści. Dopiero później przeszło to na kablówki, które nie są płatnymi telewizjami. W Polsce to się jeszcze nie dokonało i być może polskie HBO będzie chciało coś takiego zrobić, bo szykuje nowe seriale.
Kiedy TVN zdjął z ramówki „Klub szalonych dziewic”, rzecznik stacji powiedział, że to był zbyt odważny serial jak na Polskę. Co to znaczy?
AW A nie wiem, to chyba nie jest pytanie do mnie, ja tego za bardzo nie rozumiem, tym bardziej że wersja holenderska, na której się wzorowano, jest dużo odważniejsza. A może polska wersja była za mało odważna, może trzeba było się przełamać i wtedy miałoby to większą siłę? Myślę, że na wycofanie „Klubu...” złożyło się bardzo dużo czynników, również to, że stacja miała wtedy dwa silne seriale i z jednego musiała zrezygnować. Żałuję, że nie ma w Polsce takiego serialu dla kobiet, jak np. „Dziewczyny”. Nie oglądałam „Seksu w wielkim mieście”, widziałam tylko jeden odcinek, jak Carrie była w Paryżu, w pięknej sukni, i pomyślałam wtedy: przecież to jest jakaś bajka, tego się nie da oglądać! Natomiast „Dziewczyny” zrobiły na mnie duże wrażenie. Moi koledzy mieli dystans przed obejrzeniem. Potem wpadali w nałóg. Á propos Stanów, przy okazji ostatniego „Oldboya” dowiedziałam się, że w USA właściwie wszystkie filmy mają być kierowane do grupy wiekowej od lat trzynastu i nie może tam być za dużo przemocy. I nagle powstał remake „Oldboya”, który jest skierowany do grupy od 16. czy nawet 18. roku życia, bo jest wyjątkowo krwawy i mocny. I oni też nie wiedzieli, czy się na to zdecydować, czy im się to zwróci finansowo.
BH Tak, w Stanach rzeczywiście studia hollywoodzkie, które mają na celu dotrzeć do jak największej publiczności, strasznie zabiegają o rating PG 13, świadczący o tym, że wszyscy mogą zobaczyć dany film. Z drugiej strony jest kino festiwalowe, a pomiędzy weszła telewizja z kinem środka, adresowanym do szerokiego grona odbiorców, ale bez obsesji dotarcia do wszystkich. To też jest kwestia dobrego rozpoznania publiczności. Dlatego strasznie mnie dziwi decyzja o skasowaniu „Klubu szalonych dziewic”, to tak, jakby AMC pomyślało: ojej, mamy „Mad Men” i „Breaking Bad”, musimy z czegoś zrezygnować!
AW Czekaj, zauważ, że tam jest dużo większa widownia.
BH Tak, jest większy rynek, to prawda. Ale to też ciekawe, co powiedziałaś o serialu dla kobiet, że seriale amerykańskie, które niby są adresowane do kobiet, tak jak „Dziewczyny”, w istocie oglądają wszyscy, również mężczyźni. I taki twardy podział na seriale męskie i damskie w rzeczywistości amerykańskiej troszeczkę stracił na znaczeniu; możemy sobie powiedzieć, że dany serial jest adresowany bardziej do kobiet, bo ma kobiece bohaterki, ale jednocześnie problemy, które porusza, dotykają obu płci. Może nie należy już dziś robić serialu adresowanego tylko i wyłącznie do kobiet?
AP No właśnie, bo jaki to byłby typowo męski serial?
BG „Misja Afganistan” (śmiech).
AP Ale kobiety to oglądają, ze względu na dużą liczbę przystojnych mężczyzn.
BH Ciekawe też jest, czy takie podejście nie wpędza nas trochę w stereotypy, bo mówimy: jaki możemy zrobić serial dla kobiet, jakie są kobiety, a jacy mężczyźni?
A jakie wzorce promują polskie seriale? Kobiety w tych serialach są przerażające, zazwyczaj ich głównym celem życiowym jest zdobycie męża, urodzenie dzieci, nakarmienie wszystkich gorącą zupą.
BH Tak, ta niemiecka triada: Kinder, Küche, Kirche.
BG No dobra, a jak się nazywał serial na Canal Plus, w którym Agata Kulesza grała szefową mafii?
AP „Krew z krwi”, ale następny sezon już nie powstał.
AW Dwójka to teraz powtarza i chcą to podobno robić dalej, chwilowo zawiesili produkcję...
BH Zawiesili w momencie, w którym trwała fuzja N-ki z Canal Plus, oni po prostu w ogóle zrezygnowali z produkcji serialowej. Ale rzeczywiście, jeżeli w Polsce mają powstawać seriale kobiece i jeżeli ową kobiecość ma się pokazywać w stereotypowym stylu, o którym mówimy, to może lepiej, żeby ich nie było? Bo aktualnie mamy klasyfikację na poziomie: „Misja Afganistan” to męski serial, bo są żołnierze i się strzelają.
AP Chciałabym taki serial dla kobiet, żeby tam było dużo interesujących mężczyzn (śmiech).
Rozebranych!
AP Może nie w pierwszym odcinku...
BH Dopiero w trzecim, jak już poznamy ich osobowości.
AW Ale nie o paniach, które siedzą przy stoliku i plotkują, bo to mnie zupełnie nie interesuje.
Wszystko zależy od jakości dialogów, bo w „Dziewczynach” tak naprawdę narracja opiera się na rozmowach, to taki trochę Woody Allen z kobiecą perspektywą.
BH W tych żartach i ciętym dialogu jest bardzo dużo treści, czy to egzystencjalnej, czy społecznej, czy politycznej. To jest to mistrzostwo scenarzysty, który potrafi w bardzo prostej i przystępnej formie zawrzeć coś niebanalnego. Amerykanie zresztą zawsze byli mistrzami w robieniu takiego kina i takich seriali.
AW Ale powstał taki męski serial – „Californication”. Kobiety to przecież oglądają! To znaczy ja nie chcę dzielić seriali na damskie i męskie, natomiast jest coś takiego, że jedne rzeczy nas bardziej dotykają, a inne dotykają bardziej facetów.
BH Jasne, a „Californication” to ciekawy przypadek, bo – odnośnie do tego, jakie wzorce są promowane w serialach –bohaterem jest mężczyzna, ale kręgosłupem serialu są jego relacje z kobietami. I „Californication” zrobił dużo fajnego z wzorcem macho, bo Hank Moody, grany przez Davida Duchovnego, może być odczytywany jako tani macho, który ma mnóstwo romansów i zdobywa kolejne kobiety, ale może być również odbierany jako wrażliwy egzystencjalista. Macho-wzorzec został sprytnie podważony, są w nim pęknięcia, które niuansują ten serial.
Niczym Don Draper w „Mad Men”, który pod płaszczykiem macho ukrywa psychiczne rozterki...
BH On też jest bardzo sproblematyzowaną postacią. Don Draper nie jest prostym macho, a nawet jeśli nim bywa, to wiemy, jakie mechanizmy go do tego popychają.
Seriale w dzisiejszych czasach potrafią być bardziej ambitne niż filmy fabularne. Podział na wysoką sztukę, czyli fabułę, i seriale jako plebejską rozrywkę robi się nieaktualny.
BG Mam jeden problem z serialami: bardzo nie lubię otwartej formy. Jak byłem na studiach, a mój współlokator oglądał „Californication”, to łyknąłem sezon od razu w całości. Nie lubię czekać na kolejny odcinek.
AW Wiele osób czeka, aż sezon się skończy, i dopiero wtedy ogląda całość.
Teraz Netflix zrobił badania i okazało się, że pierwszy sezon „House of Cards” został obejrzany przez przeciętnego odbiorcę w tydzień.
BH Tak, bo zmienił się kompletnie model odbioru seriali. Rzadziej są oglądane w taki sposób, że czeka się tydzień na następny odcinek w telewizji. Pamiętam, że chyba ostatnim serialem, który tak oglądałem, był pierwszy sezon „24 godzin”, więc rozumiem, o czym mówisz, bo myślałem, że umrę, szczególnie że był to serial oparty na tzw. cliffhangerze, czyli w każdym odcinku coś pozostawało nierozwiązane. To był koszmar. Ale odkąd seriale zaczęły wychodzić na DVD i stały się dostępne w internecie, powstało coś, co Henry Jenkins nazywa modelem telewizji opartym na zaangażowaniu. Producenci chcą odpowiadać na potrzeby zaangażowanej publiczności, która nie tylko ogląda serial, ale jeszcze działa w mediach społecznościowych, dyskutuje, snuje rozmaite teorie interpretacyjne...
To się zaczęło tak naprawdę od „Twin Peaks”.
BH Owszem, ale serialem, gdzie najpełniej było widać te zmiany, które się nawarstwiły, byli „Zagubieni”.
BG Ja też oglądałem „Twin Peaks”.
AP Ja też! Ale to już trochę czasu upłynęło...
BG Jeżeli chodzi o seriale, to oglądałem „Cudowne lata”, „Alfa”, a teraz czasami, jak sobie jem obiad i już totalnie nie mam co robić, to włączam na YouTube odcinek „Stawiam na Tolka Banana” albo „Do przerwy 1:0”.
AP Oj tak, ja te seriale z moją córką tak przestudiowałam, że znam je na pamięć. Sama je oglądałam jako dziecko, a teraz z własnym dzieckiem.
BG Nie wiem, na czym to polega, ale ile razy powtarzają „Alternatywy 4”, to też nie jestem w stanie przełączyć na inny kanał, chociaż mniej więcej już kumam, co się w danym odcinku dzieje. Ale „Cudowne lata”, jak sobie pomyślę...
Kochałeś się w Winnie?
BG Nie, kochałem się w tej czołówce, jak oni machają do kamery.
AW Mnie ten serial przerażał.
BH Ale w jakim sensie?
AW Nie wiem, ale wzbudzał we mnie bardzo dziwne uczucia i się bałam, bałam się tych bohaterów, tego świata.
AP Może byłaś za mała?
BG A ja z kolei oglądałem potajemnie pierwsze odcinki „Seksu w wielkim mieście”, jak byłem mniejszy. To były pierwsze erotyczne rozkminy z tymi dziewczynami. Sceny seksu mnie wtedy zawstydzały. Mimo że były ustawione, w tamtych czasach robiły na mnie wrażenie.
BH Myślę, że na mnie też by zrobiły wrażenie w tamtych czasach (śmiech).
Każda osoba, która oglądała ten serial, utożsamia się z którąś z bohaterek. Gdybyście wy się mieli spozycjonować? Tak patrząc transpłciowo, bardziej na cechy charakteru Carrie czy Mirandy?
AW Nie patrz na mnie, bo ja ich nie znam.
BH Myślę, że gdybym się znalazł w jakiś magiczny sposób w tym świecie, to byłbym raczej jego obserwatorem niż bezpośrednim uczestnikiem, więc może z Carrie, w tym sensie, że ona wszystko obudowywała w narrację, że pisała o świecie, próbowała go analizować...
BG A która to była?
BH Główna bohaterka.
Która zresztą żyje wystawnie z pisania jednego tekstu tygodniowo.
BH Tak, to kwestia kosmicznych realiów. Jak wyszły filmy na podstawie serialu, które moim zdaniem są okropne, to Mark Kermode, brytyjski krytyk filmowy, śmiał się, że jak Carrie jest już z Mr Bigiem, to mają jedno ogromne mieszkanie na Manhattanie, a potem, kiedy się kłócą, to ona ucieka do swojego mieszkania, które sobie po prostu zatrzymali. Bo nigdy nie wiadomo, co on robi. Kermode żartował, że Mr Big musi chyba handlować bronią, żeby zarobić na to wszystko.
A czy uważacie, że granie w serialach jest dla aktora jakąś ujmą?
BH Już nie. To znaczy w Stanach już nie. Tyle już można przeczytać w wywiadach z aktorami, którzy mówią, że jedne z najlepszych ról, jakie zagrali, to role serialowe. Mówimy tutaj również o aktorach kinowych, np. jeśli chodzi o Ala Pacino, to w top 5 jego najlepszych ról jest moim zdaniem ta w „Aniołach w Ameryce”. Bryan Cranston, wybitny w „Breaking Bad”, mówi, że nigdy w życiu nie zagrał tak interesującej postaci, jak w tym serialu. To też wynika z tego, że serial jako długa forma daje ogromne możliwości budowania postaci, wygrania niuansów. To jest taki szwedzki stół dla aktora.
BG Dobrze, że mi to powiedziałeś przed świętami, to przemyślę swoją karierę (śmiech). Mój serial nigdy się nie kończy, więc ja mam tam taaaki wachlarz możliwości!
Ale nie mieliście żadnych wątpliwości, kiedy przyjmowaliście propozycje serialowe?
AW Czasami ciężko się gra spektakl, który jest zły i to jest trudne dla aktora, czasami fatalnie wypada jakiś film i też się źle z tym czujesz. W serialu jest tak samo, więc myślę, że nie ma już tematu, czy warto grać w serialu, czy nie, czy to jest obciach, czy nie. Po prostu chodzi o to, czy to jest dobre i czy ma jakiś sens.
BH Tak, serial przestał już być traktowany a priori jako niższa sztuka.
AW Na przykład „Czas honoru”. Ciężko mi się wypowiadać, bo sama tam gram, ale...
BG No tak, ale „Czas honoru” należy do tych ambitnych seriali, w dodatku z zamkniętą formą, to też jest trochę inaczej, bo nawet jak coś jest fuck upem, to robi się jeden sezon i dopiero jak ktoś powie, że będzie drugi, to wtedy myślisz sobie: no to jesteśmy w pompie! A są jeszcze seriale tasiemce.
Daniel Olbrychski w „Klanie” wzbudził duże emocje. Pojawiły się głosy oburzenia, że taki aktor idzie do takiego serialu...
BG Mnie zdziwił bardziej w Zachęcie (śmiech).
AP W reklamie Biedronki też...
BH Kojarzymy Olbrychskiego bardziej z szablą niż z „Klanem”. Ale w Stanach seriale, o których się mówi w kontekście tej rewolucji, adresowane do ambitniejszej widowni, mają zamkniętą strukturę, co też jest istotne, bo wiele seriali, o których mówimy, to są wielkie narracje, które trzeba śledzić bardzo uważnie, bo inaczej się wypadnie. To zresztą też się zmieniło, te zmiany postępowały, „Z Archiwum X” miało już coś takiego, że z jednej strony były małe, pojedyncze wątki w poszczególnych odcinkach, a z drugiej strony był też jeden, główny wątek przez dziewięć sezonów.
Bo zawsze można nadrobić w internecie, jak się przegapiło odcinek.
BH Właśnie, o to chodzi, ta transmedialność zmienia wszystko. Ale to też jest tylko część seriali w Stanach. To nie jest cała produkcja, tam nadal istnieją tasiemce, opery mydlane. Są po prostu adresowane do innej publiczności.
AP Ja przez ostatni rok wystąpiłam w tak różnych serialach, że ciężko je porównywać. Czy „Hotel 52”, „Przyjaciółki”, „Barwy szczęścia”, czy „Wataha”, czyli serial HBO, który jest pierwszym nieformatowanym serialem produkowanym przez polski oddział tej stacji. „Watahę” nagrywało się bardziej jak film, a z drugiej strony są „Barwy...”, gdzie bywa, że nagrywa się po 12 scen dziennie. Nie zdążę wypić kawy i już jest koniec.
Ale takie seriale przekładają się na największą popularność i rozpoznawalność aktora w Polsce.
BG Dlatego Ola tam gra! (śmiech)
AP To była dziwna sytuacja, kiedy zaczęłam grać w „Barwach...”, nie wiedziałam, jak długi będzie mój wątek, i nagle się okazało, że moja postać w „Hotelu 52” pojawia się „niespodziewanie” ponownie w kolejnej transzy. Jednocześnie miałam zobowiązania teatralne i dostałam propozycję „Watahy”. Wpadłam w wir pracy. Trudny czas, ale ostatecznie bardzo twórczy.
Rola, która się do aktora przykleja, może też być przekleństwem. Małgorzata Kożuchowska zrezygnowała z udziału w „M jak miłość”, twierdząc, że nie może już dłużej być Hanką Mostowiak, za co w akcie zemsty została uśmiercona w kartonach przez scenarzystów. Gdzie waszym zdaniem przebiega granica, kiedy aktor powinien przestać?
AW Każdy ma swoją granicę, musi zdecydować sam.
AP To też jest ryzykowne, jak się osiągnie taką małą stabilizację, serial trwa od czterech lat.
Zlewasz się wtedy z postacią.
AP No tak, ale kiedy widz kojarzy już tylko serialową postać i przestaje myśleć o człowieku, że jest też aktorem, który może zagrać coś innego, robi się groźnie. Podoba mi się, że aktorzy w pewnym momencie z tym zrywają, może niektórzy za późno. Czasem też reżyseruję przedstawienia i wolałabym zatrudnić aktora, który aż tak się nie kojarzy z postacią graną w serialu. Jest kilka takich aktorek, o których myślę: Boże, przecież ona już gra dziesięć lat w tym serialu, teraz nikt nie uwierzy, że może zagrać inną postać!
AW Dlatego zrezygnowałam z „M jak miłość” i była wielka draka.
Dlaczego właściwie?
AW Trzeba w życiu coś zmieniać.
Pudelek pisał, że się pożarłaś z Mroczkiem...
AW Wiem, i zastanawiam się, czy ich nie pozwać, bo znowu temat wrócił. To mnie obraża, jestem profesjonalnym aktorem i nie ma czegoś takiego, że aktor nagle prosi produkcję: proszę mi zmniejszyć liczbę scen z moim serialowym partnerem, bo ja nie mogę z nim grać. Tym bardziej że Rafał to świetny gość! Ja nie wiem, kto to wymyśla. To była moja bardzo przemyślana decyzja, tym bardziej że nie zaczęłam grać w „M jak miłość” z myślą, że to długo potrwa. Chciałam też zobaczyć, jak się gra na planie czegoś takiego. I rzeczywiście jest tak, jak Ola mówiła, 12 scen, nie wiesz, kiedy coś się kończy, a zaczyna coś nowego.
A o której zazwyczaj zaczyna się praca na planie serialu?
AW Piąta, szósta rano... Pracowaliśmy nieraz po 14 godzin, bo były obsuwy i nie możesz powiedzieć: to może już skończmy, skoro jutro znowu od szóstej, bo powiedzą, że gwiazdorzysz i strzelasz fochy.
BH Czyli to jest taka aktorska korporacja trochę? Praca 24 godziny na dobę.
AP Myślę, że ekipy, które są tam na stałe, trochę tak pracują.
BG Ja mam w „Barwach...” nieduży wątek i na razie mnie to strasznie nie martwi, bo nie mam tendencji do chodzenia na bankiety, więc siedzę sobie tam i jest spokój. Nie chcę tam zostać na całe życie, ale zawsze jak jadę na plan, na jeden dzień albo dwa w miesiącu, to mega się do tego przygotowuję, również ze względu na szacunek dla ekipy, która tam popierdala po 14 godzin. Oni to mają codziennie, a my wpadamy od czasu do czasu. Kiedy gra się w zimie, nie widzi się w ogóle dnia, bo zdjęcia są na hali – przychodzisz w nocy i wychodzisz w nocy. Ale do korporacji bym tego nie porównywał, nie przesadzaj, stary, my tam czasami pijemy...
AW Oni też!
BH Może trzeba zredefiniować pojęcie korporacji (śmiech).
Ale chodzi też o to, żeby zarobić tam kasę, a dzięki niej móc startować w niezależnych projektach?
BG To daje duży komfort. Mnie to nie przeszkodziło w niczym, w tym, żeby robić ambitne rzeczy i takie, które mi się podobają.
A może ci pomogło?
BG Myślę, że to płynie niezależnie od siebie. Pracę w „Barwach...” wziąłem, żeby czuć komfort psychiczny, że pracuję w zawodzie.
AW To jest cały czas nauka, bo jesteś na planie, masz kontakt z kamerą, z reżyserem, z aktorami. Te długodystansowe seriale uczą wielkiej pokory i dyscypliny.
BG Ja na początku myślałem, że to jest megafuck up, ale teraz myślę, że można się z nimi dogadać.
AP Masz mniejszy wątek, więc zostaje ci cały szmat czasu, żeby grać w teatrze i robić dużo fajnych rzeczy.
To nie jest jakaś schizofrenia, że grasz w ambitnym spektaklu, a za chwilę jesteś na planie „Na Wspólnej” i parzysz herbatę dla serialowej rodziny?
AP A jak się gra różne przedstawienia, czy to nie jest większa schizofrenia? A jeszcze są teatry, gdzie masz np. sześć tytułów w repertuarze. To jest kwestia profesjonalnego podejścia do zawodu. Ja teraz pracowałam ze studentami i jeden z nich grał chorego na raka. Zaczął się tak strasznie odchudzać, że w pewnym momencie nie miał już siły na próbowanie. Zapytałam go: co zrobisz, jak zaraz będziesz miał następny dyplom i będziesz miał zagrać boksera? Tak się nie da.
AW To widz ma przeżyć, a nie aktor, to widza ma dotknąć, a nie, że ty masz się nagle odchudzić, żeby poczuć tego człowieka, którego potem nie masz siły zagrać.
BH Jest taka anegdota z planu „Maratończyka”, tam grali Laurence Olivier i Dustin Hoffman. Hoffman biegał po schodach i Oliver tak na niego patrzy i mówi: co ty robisz? A Hoffman powiedział, że musi być zmęczony w tej scenie. Olivier na niego patrzy i mówi: a nie możesz tego zagrać?
Wierzycie, że seriale mogą pozytywnie kształtować naszą rzeczywistość? Bo mówiłeś o wątku homoseksualnym w „Barwach szczęścia”. Myślicie, że ludzie zaczną przez ten serial inaczej patrzeć na tematy związane z seksualnością?
BW Widzę, że zostałem już ekspertem w tych tematach, bardzo się cieszę (śmiech). Myślę, że takie rzeczy totalnie mogą kształtować rzeczywistość, jeśli chodzi o serial. Dobrze, że nie wierzą, że w Leśnej Górze nie ma kolejek.
To jest ciekawe, w „Lekarzach” szpital też nie wygląda jak te polskie.
AW A widzisz, w Wilanowie jest szpital, który wygląda nawet lepiej!
AP Tylko trzeba odpowiednio zapłacić.
AW Tak, poród kosztuje 14 tysięcy. I dlatego tam nie ma kolejek.
Może ludzie nie chcą oglądać rzeczywistości, tylko marzenia?
AP Ja się trochę nie dziwię, bo jak jadę do mojej babci na wieś, gdzie ludzie nie mają pracy, nie ma kina czy teatru, wszyscy piją i jest ponuro, to jak siądą przed telewizorem i widzą piękny świat, to czują się tak jak my, kiedy za komuny oglądaliśmy „Niewolnicę Izaurę”.
To są też seriale aspiracyjne, które ludzie oglądają, marząc o lepszym, czytaj: dostatniejszym, bardziej kolorowym życiu. W tym sensie seriale te rozbudzają w widzach konsumpcjonizm.
BH Zgadzam się, że jeśli spojrzeć na to, jak pokazywany jest dobrobyt w serialach, to jest to w dużej mierze dobrobyt odarty z kontekstu społeczno-politycznego. Bohaterowie żyją w bańce, do której niby są wpuszczane aktualne problemy społeczne, ale one w ogóle tej bańki nie naruszają.
Co ciekawe, w „Przewodniku po serialach”, wydanym przez Krytykę Polityczną, pojawiła się teza, że jednym z ostatnich uczciwych społecznie seriali w Polsce było „W labiryncie”. Tam bohaterowie faktycznie ciężko pracowali, mieli realne problemy, ich mieszkania nie przypominały makiet. Dziś taki serial zostałby uznany za smutny i nudny.
BH Może to przez kontekst transformacji ustrojowej?
Albo jest kryzys i chcemy taką łatkę z cukierkowego serialu na bolącą ranę?
BH Nie należy lekceważyć waloru eskapistycznego. Serial może służyć ucieczce od rzeczywistości. Na tym samym bazuje często kino hollywoodzkie. Są seriale, które w ten sposób działają i nie ma w tym nic złego. Ale są też produkcje innego typu, jak „The Wire”, który jest moim zdaniem jednym z najwybitniejszych seriali w historii, bardzo realistycznym. Bez żadnej żenady podejmuje najbardziej skomplikowane problemy społeczno-polityczne USA, ale jednocześnie jest świetnie zrobiony i zagrany. W związku z tym możemy sobie te problemy jakoś przetrawić, możemy się jakoś utożsamić z bohaterami, zmierzyć się z ich problemami i je przyswoić.
Ale to znów jest serial amerykański.
BH Tak, oczywiście. Ale też zgadzam się z Bartkiem, że seriale mogą zmieniać świat, to się nie dzieje od razu, ale każda sztuka ma moc zmieniania rzeczywistości. Może inaczej – sztuka ma moc zmieniania świadomości. Tylko to jest proces, który zawsze trwa.
BG No tak, żyjemy w społeczeństwie, które dobrobyt w serialach wkurwia. Jak ktoś w TV ma lepiej od ciebie, to przełączasz kanał, bo nie chce ci się tego oglądać.
AW Właśnie nie, wkurwia cię, ale to oglądasz!
BG Nie, bo oglądalność ma „Świat według Kiepskich”, bo jest taki swojski, albo „Ranczo”, bo tam jest motyw ławki pod sklepem, na której wysiadują serialowe postaci.
AW Ale tam jest jeszcze dobry scenariusz, dobre dialogi, to jest dobrze zagrane, dlatego to ma taką siłę.
BG Oczywiście, tylko mam takie poczucie, że większe miasta jak Warszawa oglądają „Bez tajemnic”.
BH Tak, wracamy do tematu innej publiczności...
BG Widzę to po sobie – w Warszawie chodzę po ulicy i jestem totalnie anonimowy, a kiedy jadę nad morze czy gdzieś na wieś, natychmiast jest zamieszanie. Bo ja jestem rozpoznawalny na wsi, teraz sobie to uświadomiłem (śmiech). Jak jedziemy gdzieś z moją dziewczyną, która też jest aktorką i zagrała w paru serialach, to jest czasem dżihad. Ale poznaliśmy ludzi, którzy prowadzą pensjonat, i żona właściciela powiedziała, że jak się kończy sezon, to ogląda seriale, bo nie ma nic innego do roboty. To jest to, o co w tym chodzi.
AW Tak, dlatego warto walczyć, żeby to, co robimy, było dobre, żeby nie było tam jakiejś ściemy, żeby to było szczere, bo ludzie to oglądają.
Bartosz Gelner – aktor, rocznik ’88. Ukończył PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Jego pierwszy ważny angaż to rola w „Sali samobójców” Jana Komasy. Niedawno stworzył jedną z głównych postaci w głośnych „Płynących wieżowcach” Tomasza Wasilewskiego. Można go oglądać także na małym ekranie, m.in. w serialu „Barwy szczęścia” emitowanym przez telewizyjną Dwójkę.
Aleksandra Popławska – aktorka filmowa i teatralna. W latach 2000-2007 należała do zespołu Teatru Rozmaitości w Warszawie. Ważne role wykreowała m.in. w spektaklach Grzegorza Jarzyny („Książę Myszkin”, „Między nami dobrze jest”), Pawła Miśkiewicza („Wiśniowy sad”) czy Marka Kality („Zbombardowani”). Grała również w licznych fabułach, za rolę w filmie „W dół kolorowym wzgórzem” Przemysława Wojcieszka otrzymała nominację do nagrody Złota Kaczka. Na koncie ma udział w wielu rodzimych serialach, m.in.: „Hotel 52”, „Przyjaciółki”, „Komisarz Alex”, „Prawo Agaty”. Niebawem zobaczymy ją w „Watasze”, nowej produkcji HBO.
Agnieszka Więdłocha – aktorka, rocznik ’86. Ukończyła łódzką filmówkę, należy do zespołu Teatru im. S. Jaracza w Łodzi. Została laureatką Złotej Maski za najlepszy debiut sezonu 2009/2010 (za role w spektaklach „Dybuk”, „Nad” i „Survival”). Pojawiła się w obsadzie wielu polskich seriali. Rola w serialu wojennym „Czas honoru” przyniosła jej popularność, którą ugruntował udział w „M jak miłość” oraz „Lekarzach”.
Błażej Hrapkowicz – krytyk filmowy, kulturoznawca. Jego teksty ukazywały się m.in. w: „Filmie”, „Kinie”, Filmweb.com oraz Dwutygodnik.com. Jest współautorem książek „Wunderkamera. Kino Terryʼego Gilliama” i „Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Dziennikarz związany z radiową Czwórką (program „Na cztery ręce”), jest laureatem prestiżowego Konkursu im. Krzysztofa Mętraka.
Materiał pochodzi z numeru K MAG 62 Sex and the city 2014, tekst: Hanna Rydlewska, Natalia Jeziorek.
FacebookInstagramTikTokX