Materiał pochodzi z najnowszego numeru K MAG 104 „Wystarczy być” 2021, tekst i foto Milena Liebe.
Przyjaciółki i przyjaciele – w biznesie, w życiu, w sztuce. Odkryjcie osoby, które znają się od urodzenia, przyjaźnią się od lat lub spotkały się niedawno. Łączą ich wspólne projekty, doświadczenia, poglądy. Każdy ma własną historię i po swojemu interpretuje słodkie słowo „przyjaźń”.

Anu Czerwiński@anuanucze
Twórca wideo do spektakli teatralnych i performansów. Jako montażysta, operator i członek pionu reżyserskiego współpracuje przy produkcji filmów dokumentalnych i fabularnych w Polsce oraz we Francji. W swoich artystycznych przedsięwzięciach porusza kwestie widzialności wykluczonych społecznie grup, feminizmu, niepełnosprawności i doświadczeń społeczności LGBT.
Anton Ambroziak@anton.ambroziak
Dziennikarz i reporter związany z redakcją „OKO.press”. Pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.
Jak się poznaliście?
Anu: Anton po przeprowadzce do Warszawy zaczął się spotykać z moją byłą dziewczyną. Naturalnie wzbudził moją ciekawość i, nie ukrywam, odrobinę zazdrości. Z dziewczyną pozostawaliśmy w przyjacielskich stosunkach, więc nasłuchałem się o nim wiele dobrego, ale miałem szczeniacki opór, żeby poznać go bliżej. Przez kilka miesięcy obczajaliśmy się nawzajem. Myślę, że byliśmy siebie ciekawi, ale obawialiśmy się towarzyskiego mezaliansu. Pewnego dnia na imprezie Anton zebrał się na odwagę, przyuważył moment, gdy stałem sam przy barze, podszedł i zagadał. To był początek długiej, głębokiej i intymnej rozmowy o życiu, miłości i tranzycji, która trwała do rana. Właściwie ta rozmowa – nieskrępowana, pełna wyrozumiałości i ciekawości siebie – trwa do dzisiaj. A coś, co mogłoby się wydawać mezaliansem, stało się dla mnie queerową rodziną. To spotkanie pomogło mi też zbliżyć się do mojej byłej dziewczyny i jej syna, zbudować z nią nową relację.
Anton: Dumny, piękny, odważny, ale podchodzący do ludzi z dystansem – tak pamiętam Anu sprzed pierwszej wspólnej rozmowy. Nasze przypadkowe spotkania w Warszawie przerażały mnie i krępowały. Nie chodziło tylko o to, że nasze drogi skrzyżowały się w pokrętny sposób (jeszcze kilka miesięcy wcześniej Anu był w relacji z moją obecną partnerką Karoliną), lecz ja, siedzący obiema nogami „w szafie”, z zazdrością i fascynacją obserwowałem, jak Anu żyje na własnych zasadach. Gdy wreszcie po kilku miesiącach „obwąchiwania” zebrałem się na odwagę, żeby do niego zagadać, rozpoczęliśmy czuły dialog, który prowadzimy do dziś. O rodzinie, tranzycji, ciele, seksualności, relacjach, dziennikarstwie, polityce, queerze i życiu w Polsce.
Pamiętacie sytuację, która was zbliżyła?
Anu: Przez pewien czas oboje pracowaliśmy w mediach jako reporterzy – Anton pisał i nadal pisze w „OKO.Press”, a ja biegałem z kamerą po Sejmie dla „Gazety Wyborczej”. W lipcu 2017 roku, podczas kryzysu wokół Sądu Najwyższego, Anton towarzyszył mi na wieczornych protestach pod Sejmem i w trakcie porannych dyżurów na Wiejskiej, gdzie dostęp dla dziennikarzy był ograniczony i gdzie dosłownie ważyły się losy polskiej demokracji. W tym totalnie maczystowskim kotle, pośród okropnych prawicowych posłów i osłupiałych na nasz widok mainstreamowych dziennikarzy, relacjonowaliśmy prezydenckie weto i głosowania nad ustawą o Sądzie Najwyższym. Mieliśmy wtedy – jako dwóch młodych chłopców trans, którzy w Sejmie wyglądali, jakby byli z innej planety – poczucie, że tak na serio piórem i obrazem walczymy o wolność. Uratować polskiego sądownictwa się wtedy nie udało, ale do dziś uważam, że nasza obecność w mainstreamowych mediach i wśród mainstreamowych polityków mocno zmieniła medialną narrację o osobach LGBT i pomogła środowisku dziennikarskiemu oraz politycznemu oswoić się z tematem.
Jest jeszcze jedna sytuacja, bardzo symboliczna i wzruszająca, która odmieniła moje życie. Odkąd się znamy, wspieramy się wzajemnie w naszych tranzycjach. Anton ma w sobie więcej odwagi, dlatego zawsze to on pchał mnie do przodu w decyzjach dotyczących tranzycji – dawał mi wiedzę i bezwarunkowe wsparcie. Pamiętam moment, gdy po wielu latach życia w zawieszeniu zdecydowałem się na terapię hormonalną. Poprosiłem wtedy Antona, by zrobił mi pierwszy zastrzyk z testosteronu. Zamknęliśmy się razem w łazience. Strasznie trzęsła mu się ręka, bo wiedział, że to dla mnie trudna decyzja. Ze stresu wbił się krzywo w moje udo. Miałem potworne zakwasy, ale też pewność, że dokądkolwiek zaprowadzi mnie ta terapia, będę miał w nim oparcie.
Anton: Bożonarodzeniowe „uchodźstwo” w Paryżu. Potrzebowałem uciec przed niekończącymi się coming outami, konfrontacją z rodzicami i „starym sobą”. Anu wyrwał mnie z marazmu i zabrał do swojego świata: queerowej, tętniącej życiem paryskiej enklawy. W czasie, gdy niemal każdy polski queer przeżywa przedświąteczny lęk powrotu do domu, Anu podarował mi karnawał: śniadania późnym popołudniem, gwar rozmów, zabawę do świtu, przygodność i swobodę. Mieliśmy czas przeżywać, doświadczać, być sobą – bez ocen, stresu i lęku. Zbliżały i wciąż zbliżają nas każde spotkanie i każda rozmowa. Brak poczucia domknięcia i trwanie przy sobie w zmianach jest chyba największą laurką, jaką mogę wystawić naszej relacji.
Pandemia wpłynęła na waszą relację?
Anu: Podczas pierwszego lockdownu mieszkaliśmy w innych miastach, więc nie mogliśmy się widywać, ale pomimo rozłąki nawet na chwilę nie straciłem pewności, że mogę liczyć na Antona. Nasza przyjaźń bardzo dobrze znosi okresy rozłąki, zapracowania, nieobecności – może dlatego, że oboje jesteśmy Koziorożcami i mamy silnie rozwinięty instynkt lojalności. Doskonale rozumiemy, że nawet kilkutygodniowy brak kontaktu nie wpłynie na nasze uczucia, nie robimy sobie wyrzutów z odwoływanych spotkań, bo oboje jesteśmy ambitnymi pracoholikami. Pandemia to był dla mnie czas dużych zmian w życiu. To początek terapii hormonalnej, która bardzo poprawiła jakość moich relacji – głównie z samym sobą. Nawet spadek zleceń, chwilowa utrata płynności finansowej i konieczność przeprowadzki nie zawaliły mojego świata. Wychodzę z pandemii biedniejszy, lecz znacznie bardziej szczęśliwy z obecności ludzi wokół mnie.
Anton: Lockdown nie zmienił wiele. Już wcześniej funkcjonowaliśmy w różnych intensywnościach i częstotliwościach. Potrafiliśmy spędzać ze sobą weekendy, by potem na kilka tygodni wpaść w wir swoich zadań. Pauzy są naturalnym elementem naszej przyjaźni. Gdy Anu był w Paryżu, a potem w Berlinie, musieliśmy zmienić kanał komunikacji. Zamiast barowych rozmów ciągnęliśmy długie live’y na kamerkach. Przestroiliśmy też sposoby przeżywania: w miejscu spotkań i burzliwych debat pojawiły się relacje depeszowe i zdjęcia dokumentujące, co się u nas dzieje. Nie brakowało też tęsknoty. Chyba najbardziej za spontanicznością, która w warunkach pandemicznych jest niemożliwa.
Co oznacza dla was wyrażenie „BFF” (Best Friends Forever)?
Anu: BFF to lojalność, wyrozumiałość, radość i przyjemność z przebywania ze sobą. Wspólne przeżywanie sytuacji podbramkowych i wychodzenie z nich razem. Docenianie wzajemnej mądrości i urody, ciekawość opinii. Śledzenie losów drugiej osoby niczym akcji wciągającego serialu. Obserwowanie, jak druga osoba się zmienia. Uczucie tęsknoty. Wyczekiwanie spotkania.
Anton: BFF to wzajemność, poczucie wspólnoty, wsparcie, wrażliwość, akceptacja, ciekawość, lojalność, inspiracja, radość ze spotkań.
Nowy Jork, lata osiemdziesiąte. Jesteście dwudziestolatkami, którzy bujają się razem. Jak wyobrażacie sobie swoje życie?
Anu: Jako lesbijki butch (bo jeszcze nie wiemy, że opcja trans istnieje) chodzimy do lesbijskich barów, zakochujemy się w dziewczynach i plotkujemy o nich całymi nocami. Zakochujemy się w chłopakach, w panice próbując zrozumieć te uczucia. Chodzimy razem na performatywne warsztaty „A man for a day” do Diane Torr, by dowiedzieć się, jak chłopcy stawiają kroki w przestrzeni, jak ze swadą zarzucają marynarkę na ramiona, jak siadają w rozkroku w nowojorskim metrze. Wieczorami chodzimy na koncerty dziewczyńskiego zespołu ESG, a za dnia organizujemy Dyke March.
Anton: Zakochujemy się bez pamięci, bawimy do rana, organizujemy wsparcie dla dzieciaków wyrzucanych z domów, rwiemy włosy z głowy, układając teksty kolejnych manifestów, drukujemy ziny, kłócąc się o pojęcia („butch” czy „trans”) i, niestety, opłakujemy przyjaciół, którzy giną na ulicach oraz w wyniku epidemii HIV/AIDS. Trochę jak „Lou Sullivan meeting Leslie Feinberg”.


