O "Infinite Storm", pracy z Naomi Watts, serialowych reżyserach. Zabolało?
Małgorzata Szumowska - jedna z najbardziej utytułowanych polskich reżyserek, od lat doceniana w europejskim środowisku filmowym. Wielokrotnie nagradzana na międzynarodowych i krajowych festiwalach filmowych. Jej najnowszy film "Infinite Storm" z Naomi Watts w roli głównej, właśnie wszedł na ekrany polskich kin.

Zawsze mnie zastanawia jak to się dzieje, że spośród tylu historii na świecie - tragicznych, niewiarygodnych, trudnych – reżyser wybiera tę jedną, o której chce zrobić film, pokazać ją światu. To musi być jakiś impuls. W przypadku "Infinite Storm" było nieco inaczej, bo najpierw dostałaś scenariusz.
Tak, najpierw przyszedł scenariusz, ale z linkiem do artykułu. Przeczytałam tekst i mnie zainteresował. Faktycznie było inaczej niż dotychczas, bo scenariusz, który nie jest napisany przeze mnie czy przez Michała [Englerta – przyp. redakcji], naszym zdaniem zawsze jest niedoskonały. Staraliśmy się, na ile się dało, negocjować i całość poprawić. Sama historia była świetna, ten punkt wyjścia był znakomity, ale nad scenariuszem było trochę pracy. Akcja rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu godzin. To mi się podoba. I to, że masz tylko dwójkę ludzi na ekranie. Oczywiście doszedł do tego fakt, że w lockdownie taki projekt był jedynym możliwym do zrealizowania - dwie osoby w górach, mała ekipa. Tak zwany lockdown friendly.
Domyślam się, że również dzięki temu Naomi Watts znalazła czas - jej kalendarz zapewne jest pełny.
Dokładnie. Naomi ma kalendarz wypełniony na kilka lat do przodu. Podejrzewam, że gdyby nie było pandemii, zrealizowanie tego filmu nie doszłoby do skutku.
Film opowiada prawdziwą historię Pam Bales. Miałaś okazję z nią rozmawiać jeszcze przed rozpoczęciem projektu?
Rozmawiałyśmy przed realizacją zdjęć wielokrotnie na Zoomie. Ona jest zabawna, w ogóle nie kompatybilna. Naprawdę mieszka w tych górach, nie ma maila, nie zawsze ma internet. To wszystko ogarniali jacyś ludzie, pomagali nam również jej synowie. I ona nie dość, że online udzielała wskazówek Naomi, uczyła ją wszystkiego po kolei – jak pracować, jak klękać, jak zakładać plecak, to nagrywała jej również survivalowe video filmiki.
Z instrukcją jak zachowywać się w wysokich górach?
Tak. One bardzo dużo ze sobą rozmawiały, ja z nią bardzo dużo rozmawiałam i potem nagrywała nam te filmiki, jak byliśmy już na Słowenii. Pokazywała, jak się poruszać, jak zachować, żeby wyglądało naturalnie i profesjonalnie. W końcu Pam jest doświadczoną przewodniczką górską. Potem spotkałyśmy się osobiście na premierze, ona była po raz pierwszy w życiu w Nowym Jorku. Pani siedemdziesiąt parę lat, w totalnej formie. Totalnej. My z Naomi byłyśmy pod ogromnym jej wrażeniem. Ta kobieta rzeczywiście jest osobą oddaną przyrodzie i taką szczęśliwą w tym. Na niej nie robił wrażenia Nowy Jork i ta cała zabawa wokół premiery, gwiazdy, flesze. Właściwie miałam wrażenie, że jutro z przyjemnością wróci już do swoich gór. To było takie wyzwalające, ten kontakt.
Pam to wielka część tej historii, tak naprawdę wszystko dzieje się wokół niej – tu i teraz oraz w przeszłości. Powód całości jest tragiczny.
Tak, ale ona sama opowiada o tym z wielkim spokojem. Kiedy pytają o jej dzieci, które zginęły w wypadku, zawsze mówi, że to już się stało, minęło. Wydarzyło się 30 lat temu. Pam się z tym pogodziła, przeszła to, przeszła żałobę. Nie mówi w sposób ckliwy czy sentymentalny, jest w pewien sposób surowa. Podoba mi się to w niej.

Naomi Watts - pamiętam jej niespokojną twarz w "Mulholland Drive" Lyncha. Doskonale rezonuje z rolą w Twoim filmie. Z jednej strony po dramatycznej śmierci córek, a z drugiej walcząca o życie w tych górach. Dlaczego ją wybrałaś?
Z Naomi znałyśmy się wcześniej i to na pewno był jakiś trop. Pierwsza myśl jaka przychodzi do głowy, to są ludzie, których znasz. Wiadomo było, że to musi być aktorka anglojęzyczna, Amerykanka. Wydała nam się od razu najbardziej pasująca ze względu na swoją fizyczność. W odpowiednim wieku i bardzo sprawna fizycznie. I rzeczywiście ma tę ekspresywną twarz, bez wypełniaczy, bez botoksu. Aktorek ze zmienioną zabiegami twarzą jest coraz więcej i naprawdę niełatwo jest znaleźć taką, która ma pięćdziesiąt parę lat i zagra w sposób przekonujący zniszczoną mrozem, słońcem i także już wiekiem kobietę. Niestety – albo młodość, albo wiarygodność.
Wracając do historii Pam – oglądając film wydaje się niemożliwe, że ona to przeżyła. Ona i ten mężczyzna.
Tak, żeby uzyskać ten efekt mając tylko dziesięć dni zdjęciowych tam wysoko w górach, musieliśmy się wszyscy bardzo mocno nagimnastykować i zmęczyć. Aktorzy i cała ekipa. W pewnym momencie czuliśmy się z Michałem wykończeni. A z drugiej strony pozytywnie oczyszczeni, wróciliśmy w życiowej formie z tych gór.
Podobno Naomi była pewna przed rozpoczęciem zdjęć, że większość scen górskich będziecie grać w studiu?
Bo tak się kręci w Ameryce filmy wysoko budżetowe. Ona była totalnie zszokowana, że całość kręcimy w górach. Już po pierwszym hikingu była wstrząśnięta, że ma tam iść kilometrami, nie ma toalety, garderoby, co to w ogóle będzie. A później bardzo to polubiła. Chce z nami robić kolejny film. Nie dostała tak dobrych recenzji od piętnastu lat.
Prasa faktycznie przyjęła film znakomicie. Duże tytuły, świetne recenzje. Czułaś większą presję robiąc film o wciąż w sumie świeżej historii? O kobiecie, która żyje i która film zobaczy?
Czuliśmy, że problemem może być to, że zdjęcia kręcimy w innym miejscu. Przede wszystkim dla osób z tego regionu - tam, gdzie jest Góra Waszyngtona. I faktycznie pojawiły się głosy maniaków wspinaczki, że to nie ten szlak. Natomiast samej Pam film bardzo się podobał, ona to totalnie akceptowała. Powiedziała, że jest dokładnie tak, jak to pamięta, miejsce nie ma znaczenia.
Zdjęcia w "Infinite Storm" są niezwykle piękne. Natomiast warunki, to, co widzimy w filmie – nie wyobrażam sobie, jak wy to zrobiliście.
Kręciliśmy wysoko, bo na dwóch tysiącach dwustu metrach. Szliśmy ze sprzętem po ciemku. Pamiętam, jak musiałam wjechać po raz pierwszy na szczyt na skidu. Pionowa ściana, ja z tyłu z plecakiem - byłam pewna, że spadnę. Wjechałam na samą górę, a tam wschód słońca. Niesamowite przeżycie. W końcu te przeżycia wszystkim się udzieliły. Każdy wziął udział w czymś wyjątkowym.

Jest w filmie piękna scena, kiedy bohaterka mówi, że znajduje piękno w bólu. W ogromnym bólu, bo po stracie córek. Góry jej na to pozwoliły.
Góry takie są, dają katharsis. Ja to rozumiem, bo trzy lata temu zaczęłam surfować. Ocean też jest podobnym miejscem bezkresu, to człowieka kompletnie uwalnia. W pandemii dawało mi to dużo siły.
Historia Pam jest niesamowita – ona w tych górach przeżyła podwójnie. Raz, że zmierzyła się ze śmiercią i bólem fizycznym, a dwa odnalazła sens przetrwania po tragedii. Podobnie mężczyzna, którego znalazła umierającego w śniegu.
O tym jest ten film. O przetrwaniu na różnych poziomach, o odpuszczeniu. Pam, pomimo upływu lat, w pewien sposób nie potrafiła pogodzić się z tragiczną śmiercią swoich córek. W każdą rocznicę chodziła w te góry. Johnny w zasadzie chciał popełnić samobójstwo, bo kogoś też stracił. Ona mu to uniemożliwiła, co spowodowało, że dla niej ta żałoba się zakończyła. Oboje przetrwali tam i w życiu.
"Infinite Storm" to produkcja amerykańska, nie miałaś wrażenia, że producenci nadużywają Twojej cierpliwości próbując forsować swoje?
Oczywiście, że miałam i tak jest zawsze. Tylko, że to jest normalne, takie są po prostu realia anglojęzycznego kina. Ja bym nawet powiedziała nie amerykańskiego, ile anglojęzycznego właśnie. Obecnie mocno w tym siedzę, czytam przynajmniej jeden scenariusz tygodniowo – są te filmowe i te serialowe. W jakimś sensie uważam, że na chwilę muszę sobie zrobić od tego przerwę. Miałam do wyboru serial, półtora roku temu w Londynie i jednak wycofałam się z tego. Mamy z Michałem poczucie, że taki system pracy na dłuższą metę nas męczy, więc teraz zrobimy własny film. Mamy też dwa projekty anglojęzyczne, ale tu od początku jesteśmy aktywni. Serial również będzie.
Jestem bardzo ciekawa tego serialu!
Serial będzie, mamy go w dewelopmencie, ale ja nie przepadam za serialami. Uważam, że to jest trochę, jakbyś pracował w usługach prawdę mówiąc.
Hmmm, wydaje się, że seriale zdominowały rynek.
Już nie, ta fala przeszła. Poza tym w serialach nie pracują nazwiska. Zgoogluj sobie jakieś tytuły – nie znasz nikogo. To nie jest zajęcie dla artysty. Oczywiście są wyjątki – Sorrentino zrobił Młodego Papieża, własny pomysł, własny serial z dobrą obsadą. Zasadniczo jednak robienie serialu donikąd nie prowadzi. Serialem nie wygrasz Berlinale, nie pokażesz go na festiwalach. Kto będzie te wszystkie tytuły pamiętał za rok? Ja uważam, że hype na serial już był. Mało tego – w branży robi się coraz ściślejszy podział na reżyserów, którzy seriali nie robią i wręcz nie jest to mile widziane. Rozumiem, że seriale mogą robić jacyś ludzie, ale niekoniecznie ja. Dlaczego ja mam swoje życie marnować na to, żeby dawać ludziom rozrywkę, z której czerpią leżąc z czipsami na kanapie?
Święta racja. Na koniec chcę zapytać o pracę z Michałem. Pomimo rozejścia się waszych dróg prywatnych, projekty zawodowe realizujecie wspólnie z wielkim sukcesem. To w sumie rzadkość.
Nie tylko z Michałem, bo też i z ojcem mojego syna, Jackiem [Drosio- przyp. redakcji], który z nami montuje, ma z nami firmę. Myślę, że to jest kwestia wychowania, domu. Tak mnie w nim uzbroili, że ja bardzo krótko trzymam urazę. Nie jestem też małostkowa. I tego też uczę moje dzieci, żeby takie były. Wszyscy tworzymy rodzaj grupy artystycznej, z Michałem mamy zawsze tę samą wizję. My nawet niedużo rozmawiamy o tym, co mamy robić, bo oboje wiemy. Dzięki temu nie ma w ogóle straty czasu, jakiejś zbędnej dyskusji. Wiem, że dla wielu ludzi taki status jest nieosiągalny – nam się udało.

/rozmawiała Agnieszka Sielańczyk, fot. Zuza Krajewska/
