Z kilku sekund chóralnej melodii wyłania się nagle utwór „Truant” Buriala oraz pierwsza modelka. Jako rozpoczynający pokaz projekt wybrany został dość klasyczny, trenczowy płaszcz (nie mogło być inaczej), został on jednak nieco zmodernizowany, bo „przyprawiony” o dodatki ze sztucznego zielonego futra. „Futrzane” akcesoria, w różnych wariantach kolorystycznych, przewijały się właściwie przez całą prezentację kolekcji, czasem przywodząc na myśl ogromne zimowe czapki, innym razem kolorowe zawieszki używane często przez nastolatki. Istotną rolę odgrywały również pióra. Oglądając pokaz, warto dokładniej przyjrzeć się roli akcesoriów, którą w nim odgrywają: czapkom, torbom, przewieszonym diagonalnie futrom czy wreszcie obuwiu.
Lovely weather for ducks
Brytyjskie powiedzenie przetłumaczyć można jako „pogoda pod psem”, jednak szczególnie istotne jest ono w swoim oryginalnym kontekście, związanym z kojarzoną z Anglią deszczową, wietrzną pogodą. Być może dlatego tak często pojawiał się w prezentowanych ubraniach motyw kaczki – jako print na bluzie czy nawet jako kształt jednej z czapek.
W całej kolekcji dostrzec można było nawiązania do brytyjskiej pogody – pojawiały się masywne kozaki a’la kalosze czy, oczywiście, płaszcze. Nawet ogólna przestrzeń wraz z widownią tworzyła pewien angielski environment – widzowie siedzieli na kocach z logiem Burberry, co przywodziło na myśl piknik, a ścieżka dźwiękowa, z początku pełna szumów, z czasem przerodziła się w swoistą playlistę brytyjskiego artysty Buriala, kojarzonego między innymi z UK garagem.
Trybut dla brytyjskości
To nie jedyne nawiązania do spuścizny kulturowej ojczyzny Daniela Lee oraz Burberry. Cały pokaz możnaby właściwie podzielić na sekcje, zarówno znaczeniowe, jak i wizualne, a ściślej – kolorystyczne. Poza motywem kaczki przewijał się również, w różnych konfiguracjach, motyw róży. Widzieliśmy go na sukienkach, płaszczach, jako print na bluzie czy swetrze. Nawet do butów, tak ważnych dla kolekcji, przyszyte zostały materiałowe róże. Zabieg ten wydaje się nawiązywać do wyrażenia „english rose”, opisującego piękną kobietę, w jakiś sposób związaną z kulturą brytyjską. Nie miało to jednak zupełnie konwencjonalnego wydźwięku, tak jak i wszelkie inne nawiązania kontekstualne zaprezentowane przez Daniela Lee- spotkaliśmy się na przykład z dopiskiem „roses aren’t always roses” na jednej z bluz.
Momentami, w bardziej punkowych czy zdobionych kolorową kratą projektach, wyczuwalne były pewne inspiracje, czy może oddanie hołdu zmarłej w grudniu zeszłego roku Vivienne Westwood. Jako że pokaz był przesycony kontekstami brytyjskiej kultury, bardziej niż możliwym jest, iż był to zabieg celowy.
Dynamika kolorów
Ostatnim, co od razu rzucało się w oczy podczas oglądania pokazu, były intensywne kolory, jak gdyby wydzielające konkretne partie kolekcji. Z początku w bardziej monochromatycznych zestawieniach, królowały głębokie fiolety, róże, żółcie czy niebieski, stosowany w projektach wyraźnie inspirowanych logiem brytyjskiej marki. Następnie ich podział został nieco zaburzony, tworząc kompozycje łączące po kilka głębokich barw w jednym zestawieniu. Czynnikiem, na który także warto zwrócić uwagę, były niezwykłe fryzury: włosy w kształcie futrzanej czapki, płomienny bob dopasowany do ognistego akcesorium z piór czy piękna burza rudych loków. Hands down dla włosowych stylistów.
Cały pokaz określić można jako „zmodernizowana kultura brytyjska”. Zredefiniowane konteksty, zabawa klasyką, a także łączenie jej z elementami mody nieco bardziej młodzieżowej, codziennej, można nawet powiedzieć, że streetwearowej. A to wszystko w deszczowej, pełnej koców, wietrznej atmosferze, rodem ze stereotypu o Wielkiej Brytanii.