FacebookInstagramTikTokX
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
  • Search
Moje Konto
Zaloguj się / Zarejestruj
  • Wasze prace
  • Film
  • Muzyka
  • Art & Dizajn
  • Moda
  • Świat
  • Seks
  • Sklep
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Kup nowy numer
K MAG
FacebookInstagramTikTokX
  • Sprawdź poprzednie numery
  • O K MAG
  • Redakcja
  • Zapisz się na newsletter
  • Kontakt
  • Reklama
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
Film

Zmarł Val Kilmer. Aktor miał 65 lat i znakomite role na koncie

Autor: Agnieszka Sielańczyk
02-04-2025
Zmarł Val Kilmer. Aktor miał 65 lat i znakomite role na koncie
Zmarł Val Kilmer. Aktor miał 65 lat i znakomite role na koncie
fot. kadr z filmu „The Doors”

Człowiek, który przeistoczył się w Jima Morrisona z taką intensywnością, że przez rok nosił jego ubrania. Następnie wcisnął swoje ciało w kostium Batmana, by po kilku latach uznać, że ważniejsze od blockbusterów są samotne monologi Marka Twaina na prowincjonalnych scenach.

Kiedy w 1984 roku pojawił się na ekranach jako stylizowany na Elvisa gwiazdor rocka w szpiegowskiej parodii „Top Secret!”, Hollywood nie wiedziało jeszcze, co począć z tym dziwnym zjawiskiem – absolwentem prestiżowego Juilliard, który śpiewał własnym głosem i wydawał się bardziej zainteresowany sztuką niż celebryckim blichtrem. Paradoksalnie, to właśnie ta nieprzystawalność do hollywoodzkich manier wkrótce uczyniła go gwiazdą.

Lata 80. i 90. to era maskulinistycznych ikon – Schwarzeneggera, Stallone'a, Van Damme'a. W tym panteonie twardych ciał Kilmer funkcjonował jak osobliwa anomalia – zbyt inteligentny, zbyt wrażliwy, zbyt nieprzewidywalny. Zdarzają się aktorzy techniczni i aktorzy instynktowni. Kilmer wydawał się nie należeć do żadnej z tych kategorii. Był raczej alchemikiem, który podchodził do swoich ról z obsesyjną metodycznością, transformując się na poziomie przekraczającym wymagania kina komercyjnego.

Jego Jim Morrison w „The Doors” Olivera Stone'a to nie tyle rola, co transfiguracja. Nauczył się na pamięć wszystkich tekstów The Doors przed castingiem. Przez niemal rok żył jak Morrison – w jego ubraniach, z jego rytmem, z jego demonami. To, co dziś wydaje się oczywistą ścieżką dla aktora osadzonego w metodzie, w 1991 roku było aktem artystycznego radykalizmu. Roger Ebert napisał wówczas:

„Jego kreacja jest najlepszą rzeczą w filmie – a ponieważ niemal każda scena skupia się na Morrisonie, nie jest to błaha pochwała”.

Jeszcze bardziej fascynująca była jego transformacja w Doc Hollidaya w „Tombstone” – gruźlika o sardonicznym poczuciu humoru i śmiercionośnej precyzji. Kilmer stworzył postać tak magnetyczną i złożoną, że kwestia „I'm your huckleberry” stała się nie tylko kultowym cytatem, ale także tytułem jego wydanych w 2020 roku wspomnień.

Buntownik z Hollywood

Kultura popularna lubi jednowymiarowe narracje. W przypadku Kilmera dominował mit aktora-problemu, człowieka trudnego, wybuchowego, niemożliwego do współpracy. Frankenheimer, reżyser niesławnej „Wyspy doktora Moreau”, miał powiedzieć:

„Są dwie rzeczy, których nigdy nie zrobię w życiu. Pierwsza to wspinaczka na Mount Everest. Druga to ponowna praca z Valem Kilmerem”.

Prawda, jak zwykle, jest bardziej skomplikowana. Dokument „Val” z 2021 roku, składający się z setek godzin nagrań, które aktor rejestrował przez lata, pokazał człowieka introspektywnego, niespokojnego artystę, dla którego Hollywood było równie często przekleństwem, co błogosławieństwem. Kilmer nagrywał siebie, obserwował siebie, tworzył narrację o sobie, jednocześnie próbując od niej uciec.

Choroba, która zabrała mu wszystko

Jest coś przejmująco symbolicznego w tym, że ostatnim razem, gdy Kilmer pojawił się na ekranie w sequelu „Top Gun: Maverick”, nie mógł już mówić z powodu raka gardła. Aktor, który z taką intensywnością odtwarzał głos Morrisona, znalazł się w sytuacji, w której jego syn musiał użyczyć mu głosu w dokumencie o jego życiu.

Ale nawet pozbawiony głosu, Kilmer pozostał postacią wymykającą się jednoznacznym ocenom. Jako malarz, poeta, chrześcijański naukowiec i miłośnik Twaina, stworzył sobie życie poza Hollywood, na ranczu w Nowym Meksyku, gdzie prowadził programy teatralne dla licealistów.

Batman Forever?

W kulturze filmowej lat 90. niewielu pamięta Kilmera jako Mrocznego Rycerza – wyparty przez kamienny pomnik Michaela Keatona z jednej strony i kiczowaty eksces George'a Clooneya z drugiej. „The New York Times” pisał wtedy:

„Główny kostium nosi teraz Val Kilmer, który jest dobrym Batmanem, ale nie lepszym niż Michael Keaton”.

To zdanie można by równie dobrze odnieść do całej hollywoodzkiej kariery aktora – był dobry, często znakomity, ale nigdy nie stał się tym, czego od niego oczekiwano. I może właśnie w tym tkwi jego paradoksalna wielkość. W świecie coraz bardziej wyspecjalizowanych karier aktorskich, gdzie gwiazdy zostają zaszufladkowane w określonych typach ról, Kilmer był osobliwym reliktem – aktorem, który równie przekonująco potrafił być superbohaterem, co gruźliczym rewolwerowcem, rockową gwiazdą, czy dziewiętnastowiecznym satyrykiem.

Zmarł w Los Angeles, daleko od Nowego Meksyku, który stał się jego duchowym domem.

FacebookInstagramTikTokX