Lata 80. i 90. to era maskulinistycznych ikon – Schwarzeneggera, Stallone'a, Van Damme'a. W tym panteonie twardych ciał Kilmer funkcjonował jak osobliwa anomalia – zbyt inteligentny, zbyt wrażliwy, zbyt nieprzewidywalny. Zdarzają się aktorzy techniczni i aktorzy instynktowni. Kilmer wydawał się nie należeć do żadnej z tych kategorii. Był raczej alchemikiem, który podchodził do swoich ról z obsesyjną metodycznością, transformując się na poziomie przekraczającym wymagania kina komercyjnego.
Jego Jim Morrison w „The Doors” Olivera Stone'a to nie tyle rola, co transfiguracja. Nauczył się na pamięć wszystkich tekstów The Doors przed castingiem. Przez niemal rok żył jak Morrison – w jego ubraniach, z jego rytmem, z jego demonami. To, co dziś wydaje się oczywistą ścieżką dla aktora osadzonego w metodzie, w 1991 roku było aktem artystycznego radykalizmu. Roger Ebert napisał wówczas:
„Jego kreacja jest najlepszą rzeczą w filmie – a ponieważ niemal każda scena skupia się na Morrisonie, nie jest to błaha pochwała”.
Jeszcze bardziej fascynująca była jego transformacja w Doc Hollidaya w „Tombstone” – gruźlika o sardonicznym poczuciu humoru i śmiercionośnej precyzji. Kilmer stworzył postać tak magnetyczną i złożoną, że kwestia „I'm your huckleberry” stała się nie tylko kultowym cytatem, ale także tytułem jego wydanych w 2020 roku wspomnień.
Buntownik z Hollywood
Kultura popularna lubi jednowymiarowe narracje. W przypadku Kilmera dominował mit aktora-problemu, człowieka trudnego, wybuchowego, niemożliwego do współpracy. Frankenheimer, reżyser niesławnej „Wyspy doktora Moreau”, miał powiedzieć:
„Są dwie rzeczy, których nigdy nie zrobię w życiu. Pierwsza to wspinaczka na Mount Everest. Druga to ponowna praca z Valem Kilmerem”.
Prawda, jak zwykle, jest bardziej skomplikowana. Dokument „Val” z 2021 roku, składający się z setek godzin nagrań, które aktor rejestrował przez lata, pokazał człowieka introspektywnego, niespokojnego artystę, dla którego Hollywood było równie często przekleństwem, co błogosławieństwem. Kilmer nagrywał siebie, obserwował siebie, tworzył narrację o sobie, jednocześnie próbując od niej uciec.
Choroba, która zabrała mu wszystko
Jest coś przejmująco symbolicznego w tym, że ostatnim razem, gdy Kilmer pojawił się na ekranie w sequelu „Top Gun: Maverick”, nie mógł już mówić z powodu raka gardła. Aktor, który z taką intensywnością odtwarzał głos Morrisona, znalazł się w sytuacji, w której jego syn musiał użyczyć mu głosu w dokumencie o jego życiu.
Ale nawet pozbawiony głosu, Kilmer pozostał postacią wymykającą się jednoznacznym ocenom. Jako malarz, poeta, chrześcijański naukowiec i miłośnik Twaina, stworzył sobie życie poza Hollywood, na ranczu w Nowym Meksyku, gdzie prowadził programy teatralne dla licealistów.
Batman Forever?
W kulturze filmowej lat 90. niewielu pamięta Kilmera jako Mrocznego Rycerza – wyparty przez kamienny pomnik Michaela Keatona z jednej strony i kiczowaty eksces George'a Clooneya z drugiej. „The New York Times” pisał wtedy:
„Główny kostium nosi teraz Val Kilmer, który jest dobrym Batmanem, ale nie lepszym niż Michael Keaton”.
To zdanie można by równie dobrze odnieść do całej hollywoodzkiej kariery aktora – był dobry, często znakomity, ale nigdy nie stał się tym, czego od niego oczekiwano. I może właśnie w tym tkwi jego paradoksalna wielkość. W świecie coraz bardziej wyspecjalizowanych karier aktorskich, gdzie gwiazdy zostają zaszufladkowane w określonych typach ról, Kilmer był osobliwym reliktem – aktorem, który równie przekonująco potrafił być superbohaterem, co gruźliczym rewolwerowcem, rockową gwiazdą, czy dziewiętnastowiecznym satyrykiem.
Zmarł w Los Angeles, daleko od Nowego Meksyku, który stał się jego duchowym domem.