Dokładnie 8 kwietnia 1990 roku miała miejsce amerykańska premiera pierwszego odcinka "Miasteczka Twin Peaks" – jednego z najlepszych, a już na pewno najważniejszych seriali wszechczasów. Jego twórcy – David Lych i Mark Frost – stworzyli serial, który zyskał przynajmniej status kultowego. Dlaczego przynajmniej? Bo dla wielu "Twin Peaks" to rzecz wybitna – najlepszy serial w historii, najlepsza rzecz, którą w swojej bogatej karierze zrobił David Lynch i prawdziwy fenomen, który na zawsze zrewolucjonizował telewizję.
Sporo w tym racji – minęło trzydzieści lat, a aluzje do fabuły i bohaterów "Twin Peaks" wciąż są czytelne prawie dla wszystkich. Minęło trzydzieści lat, a nikomu nie udało się nakręcić niczego, co byłoby podobne do serialu Lyncha i Frosta (mimo, że wielu twórców świadomie do niego nawiązuje). A pamiętać należy, że to wszystko stało się na wiele lat przed dzisiejszą masową popularnością wysokobudżetowych seriali tworzonych przez największych reżyserów i przy udziale najwybitniejszych aktorów. W pewnym sensie to właśnie "Twin Peaks" zmienił tę grę i to na długo przed tym, jak sama gra się w tym zorientowała.
Dlaczego tak sądzimy? Oto nasze argumenty:
Każdy wielki twórca zanim zostanie uznany za wielkiego musi jakoś wystartować. W przpadku reżysera: kręci teledyski dla gwiazd muzyki, reklamy, czasami odcinki seriali. Zawsze tak było i pewnie zawsze tak będzie – normalna droga twórcza. A jednak w 1990 roku sytuacja wyglądała trochę inaczej niż dziś, w świecie po tzw. rewolucji serialowej. Telewizja była wtedy powszechnie uznawana za coś gorszego niż kino – była "niższą" sztuką. To, że zwrócił się ku niej David Lynch – dotąd ceniony jako twórca ekscentrycznego kina autorskiego twórca "Głowy do wycierania", "Człowieka słonia" i "Blue Velvet" – mogło dziwić. Było jednak aktem wizjonerskim: Lynch wziął format telewizyjny, wywrócił do góry nogami i odniósł sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny. Zresztą według wielu fanów największy sukces artystyczny w swojej karierze.
