Jak ze wstydliwych korzeni uczynić cel ich uświęcania? Ewa Mikuła to reżyserka teatralna i dramatopisarka, która swoją początkowo nieakceptowaną śląskość teraz przekuwa w siłę. Wychodzenie poza własną kulturę, zmieniające się definicje i czerpanie od innych oznacza rozwój, a zatem przetrwanie. Czym zdaniem Mikuły jest lokalność, czym europejskość, polskość, śląskość? Poznajcie punkt widzenia osoby siedzącej w pierwszym rzędzie dyskusji o pochodzeniu.
Co pchnęło cię na artystyczną ścieżkę?
Jestem pierwszą artystką w rodzinie. Mam stereotypową śląską rodzinę – górniczą, robotniczą. Zawsze wiedziałam, że teatr to jest właśnie to. W liceum oglądałam dużo spektakli i zawsze postrzegałam artystów jako kolorowe ptaki. Ten świat wydawał mi się fascynujący. Później dostałam się na reżyserię teatralną, na specjalizację dramaturgiczną. Może ten artystyczny gen krąży w naszej rodzinie, bo moja młodsza siostra pracuje w produkcji filmowej.
Postanowiłaś zająć się tematem, który jest ci bardzo bliski, czyli śląskością.
Aby zarobić na asystenturę w teatrze, zatrudniłam się w lakierni, w której pracował mój tata i gdzie sprzątała moja mama. Można więc powiedzieć, że na chwilę weszłam w ich buty. To była jedna z inspiracji, aby zacząć zadawać rodzicom pytania o pracę, i mój start wchodzenia w śląskość. Razem z Piotrkiem Froniem napisałam autobiograficzny tekst „Praca, praca”, który został opublikowany w miesięczniku „Dialog” poświęconym współczesnej dramaturgii. To był hołd dla moich rodziców. Chociaż na początku nie wszystko zrozumieli, bardzo mnie wspierają w tym, co robię.
To bardzo piękne, co mówisz.
O publikacji w „Dialogu” dowiedziałam się rok później, znowu pracując w tym samym miejscu. Wzruszające przeżycie. To pierwszy projekt, z którym wypłynęłam na szersze wody zarówno artystycznie, jak i tożsamościowo. Chciałam nim pokazać, skąd jestem. Co jest moją tożsamością, ale również jaki rodzaj teatru mnie interesuje – teatr bliski skórze, osobisty, którym dotykam szerszych społecznych procesów.
Opowiedz o swoich badaniach poświęconych śląskości młodych Ślązaczek.
Frapowało mnie, co tak naprawdę oznacza współczesna tożsamość mniejszości etnicznej, która często kojarzy się z zestawem stereotypów. Nie odnajdywałam siebie we współczesnej sztuce śląskiej. Nie widziałam niczego, co reprezentowałoby mnie jako młodą Ślązaczkę. Od studiów nie mieszkam na Śląsku, moje życie jest pomiędzy. Czuję, jakbym miała dwie tożsamości równoległe. W domu rozmawiałam po śląsku, z przyjaciółmi i w pracy rozmawiałam po polsku. Nie było przestrzeni publicznej, w której mogłabym rozmawiać po śląsku. Domyślałam się, że wiele osób może mieć podobnie, więc stworzyłam taką przestrzeń. Sama stworzyłam sobie tę śląskość. Tak zaczęłam rozmowy do spektaklu „TOĆ”, którego premiera odbywa się w październiku. Podczas warsztatów, gdzie rozwijałam tekst, zaczęłam szukać rozmówczyń. Na początku rozmawiałam z nimi po polsku, co bardzo zdziwiło prowadzącego. To była kwestia mojej wewnętrznej blokady. Nie wyniosłam tego z domu, moi rodzice są dumni ze śląskości. Mimo to łapałam się na tym, że jak odbieram telefon od mamy w tramwaju, to ściszam głos, mówię krócej. Zaczęłam się zastanawiać, czemu tak robię i czego tak naprawdę się wstydzę.
fot. Magda BremerUdało ci się znaleźć źródło tego wstydu?
Wydaje mi się, że wynikało to ze statusowości. Pochodzę ze śląskiej rodziny robotniczej i obawiałam się, że w Warszawie ktoś mnie przez to uzna za gorszą. Na studiach teatralnych przykładałam dużą wagę do tego, aby mówić czysto po polsku. W tym projekcie odnalazłam wspólnotowość, która wyszła poza jego ramy. Szukałam kobiecego głosu i znalazłam. W spektaklu na podstawie rozmów z młodymi Ślązaczkami grają również aktorki Ślązaczki. Zdjęcia promocyjne robiłyśmy w Warszawie, bo zależało mi, aby spotkać Warszawę ze Śląskiem. Śląskość nie jest zamknięta. To coś, co noszę w sobie, a nie coś, co jest wyłącznie związane z daną ziemią.
Co cię zaskoczyło?
Ciekawość. W ostatnich latach dużo się dzieje się w kwestii języka śląskiego. Powstaje sporo przekładów. To język, które przez długi czas był mówiony, a nie pisany. W dalszym ciągu trwają starania o uznanie języka śląskiego za język regionalny. Dziewczyny nie okopują się w swoim światopoglądzie, tylko są tego wszystkiego ciekawe. Tożsamość młodych Ślązaczek charakteryzuje ciekawość, sprawczość, ciągły rozwój. Jedna z bohaterek mówiła, że ciężko być kobiecą i powabną po śląsku. Trudno się dziwić – ten język jest postrzegany jako silny i mocny.
Ten projekt ma wydźwięk terapeutyczny, prawda?
Wiesz, że „Toć” oznacza „Oczywiście! No przecież!”? Lubię to słowo, bo moja babcia często go używa. Ten projekt na pewno pomógł mi przestać wstydzić się śląskiego, ale przede wszystkim odnaleźć wspólnotowość. Od ponad dwóch lat prowadzę międzynarodowe badania w ramach europejskiego projektu Future Laboratory, skupiające się na szukaniu niedoreprezentowanych narracji. Postanowiłam sprawdzić, jak wygląda reprezentacja innych mniejszości etnicznych. Miałam okazję być na trzech rezydencjach: w Rumunii, Luksemburgu, a także w Alzacji we Francji. Prowadziłam research na temat ich współczesnej tożsamości. To było przeciekawe, bo połączyło mnie z nimi szczególne poczucie lokalności. Zarówno z Romami w Rumunii, jak i Alzatczykami, którzy historycznie znajdowali się pomiędzy Francją a Niemcami. Z kolei w Luksemburgu mogłam zobaczyć, co dzieje się z dialektem, który zostaje uznany za język oficjalny. Jak wiele możliwości to daje – prawnych, finansowych, statutowych. W listopadzie mam finalne wystąpienie w Luksemburgu, gdzie będę podsumowywać efekt tych badań artystycznych.
Powraca odwieczna dyskusja na temat bycia Polakiem, a byciem Europejczykiem.
Lokalność jest bardzo europejska. My myślimy o Europie jako wspólnocie państw, ale ja to definiuje bardziej jako wspólnotę małych ojczyzn i lokalności. Mam wrażenie, że Śląsk przeskakuje poziom kraju. Śląskość jest europejska. To właśnie tam upatruje rozwoju lokalności, akceptacji, promowania różnorodności, języka, innych kultur. Mniejszości są pozostałością przemian historycznych. Zmieniały się granice, państwa się osadzały, społeczności lawirowały. Wielokulturowość jest częścią rozwoju. Widać to dobrze w Luksemburgu, gdzie istnieją trzy oficjalne języki, ale tak naprawdę funkcjonuje tam ponad sto siedemdziesiąt różnych języków.
Co chciałabyś, aby ludzie wynieśli z tego projektu?
Że Polska jest różnorodna. Jej kolory stanowią o jej wartości. Mieliśmy na przykład dwa czytania we Wrocławiu, który przecież historycznie jest częścią Śląska, lecz wiele osób tam nie miało pojęcia, że temat Śląska jest tak żywy dla Górnoślązaków i że ta identyfikacja jest w nas tak silna. Śląskość jest wielowymiarowa. Zmieniające się definicje polskości i śląskości oznaczają rozwój tożsamości, a zatem przetrwanie kultury. Jeśli zostaną w tych szufladkach, staną się skamieliną, więzieniem. Ciągłe poszukiwanie i redefiniowania, nieustanne czerpanie z innych kultur. To stanowi siłę. To jest dla mnie istota pracy artystycznej. Wymykanie się definicjom. Kiedy ktoś próbuje przybić ten stempel, zawsze budzi się we mnie sprzeciw. Każdy z nas jest kompilacją wielu tożsamości.
![[Z archiwum K MAG] „Sama stworzyłam sobie tę śląskość” – wywiad z Ewą Mikułą](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.kmag.pl%2Fstrapi%2Fsmall_Slaska_sesja_w_Warszawie_4_Magda_Bremer_bec463069a.jpg&w=1920&q=80)
