[Z archiwum K MAG] „MÓW DO MNIE ZIGGY, MÓW DO MNIE ZIGGY STARDUST!”

09-01-20263 min czytania
[Z archiwum K MAG] „MÓW DO MNIE ZIGGY, MÓW DO MNIE ZIGGY STARDUST!”
okładka albumu „Alladin Sane” David Bowie / fot. Brian Duffy / materiały promocyjne Warner Music Poland
Przy okazji dziesiątej rocznicy śmierci Davida Bowiego wracamy do opowieści o Ziggy’m Starduście. Kim był? Skąd się wziął? Czy granica między rzeczywistością a fantazją była przekroczona? Co przemawiało przez tę postać? Zostawiamy Was z fantastycznym tekstem Wiktora Krajewskiego, który ukazał się we wrześniu 2010 roku. Na końcu przypominamy okładkę numeru, z którego pochodzi artykuł. Jej autorką jest debiutująca na naszych łamach Sonia Szóstak.
Bono z U2 określił go mianem „najfajniejszego faceta z Marsa, którego kiedykolwiek miał przyjemność spotkać w życiu”. Piosenkarz Martin Fry z ABC, kiedy zobaczył go na ekranie telewizora, zakrztusił się z podziwu tostem z gotowaną fasolą. Ośmioletni Michael Murphy, znany obecnie jako DJ Smashing, w dowód uznania powiesił sobie jego naturalnych rozmiarów plakat nad łóżkiem. Bill Bragg, przedstawiciel angielskiej alternatywnej sceny rocka, nie był w stanie dostać biletu na jego koncert w Ramford Odeon i poczuł zazdrość, że nie będzie częścią tłumu mogącego podziwiać spektakularny występ. Nick Rhode, keybordzista z zespołu Duran Duran, przyznał natomiast, że dzięki niemu zrozumiał, że muzyka jest jego przyszłością.
Kto miał tak duży wpływ na ludzkość i wzbudzał takie emocje? Ziggy Stardust. A kim jest tak na prawdę Ziggy Stardust? To postać niezwykle tajemnicza, lekko niepokojąca, ocierająca się wręcz o mit. Gdyby Jan Parandowski zechciał napisać muzyczną mitologię, śmiało mógłby umiejscowić Ziggy’ego Stardusta na pozycji samego Zeusa. Oczywiście, możemy pójść jednym z najprostszych tropów i uznać, że Ziggy to tylko sceniczne alter-ego Davida Bowiego. Nie zapominajmy jednak o tym, że choć Ziggy Stardust tak naprawdę nie istniał, miał wielki wpływ zarówno na rozwój glam rocka, jak i na samego swojego twórcę, dla którego postać Ziggy’ego stała się w pewnym momencie wręcz niebezpieczna.
„Znalazłem mojego bohatera – znalazłem mojego herosa. Było w nim wiele cech z klauna, wiele cech z Charliego Chaplina oraz z innych równie przejmujących postaci” – powiedział o tajemniczym bohaterze Bowie. Ziggy Stardust pojawił się na okładce płyty pt. „The Man Who Sold the World”. A skąd pomysł na to, jakby nie patrząc, śmieszne imię i nazwisko? W tym przypadku pojawiają się pewne niejasności. Raz Bowie twierdził, że imię zaczerpnął z szyldu londyńskiego zakładu krawieckiego Ziggye’s, który zobaczył, jadąc pewnego dnia pociągiem. Innym razem na łamach „Rolling Stone” powiedział, że „było to jedno z niewielu chrześcijańskich imion na literę Z, które udało mu się znaleźć”. Nazwisko Stardust to zaś ukłon w stronę Normana Carlowa Odoma znanego jako The Legendary Stardust Cowboy. Bowie uwielbiał go za – jak sam to określił – „głupkowaty bit”. Nie ma wątpliwości, że androgyniczne stroje, wyrazisty make-up czy szalone fryzury Ziggy’ego zostały zaczerpnięte od takich postaci jak Alexander „Alex” Delarge, granej przez Malcomla McDowella w ekranizacji powieści Anthony’ego Burgessa pt. „Mechaniczna pomarańcza”. Również bohaterowie powieści „The Wild Boys” napisanej przez entuzjastę opium, męskiego ciała, a – co najważniejsze – jednego z głównych przedstawicieli ruchu artystycznego Beat Generation Williama Sewarda Burroughsa, stali się inspiracją do ekstrawaganckiego stardustowego image’u. Według Kansai Yamamoto, jednego z japońskich modowych liderów, Ziggy Stardust miał niezwykłą twarz pozbawioną charakterystycznych cech płci. Nie był on więc ani kobietą, ani mężczyzną. Roztaczał za to wokół siebie aurę fantazji i niesamowitości. Ale nie sprowadzajmy Ziggy’ego Stardusta tylko do kwestii tak błahej i powierzchownej jak wygląd, bo byłaby to zwyczajna niesprawiedliwość.
W 1972 roku David Bowie ukrył się pod maską Ziggy’ego na ponad rok, wczuwając się, czasem aż zanadto, w odgrywaną przez siebie rolę. „Na dzień dzisiejszy nie istnieje różnica pomiędzy moim prywatnym życiem, a tym, co dzieje się na scenie. Rzadko kiedy bywam Davidem Jonesem [prawdzie imię i nazwisko Davida Bowiego – przyp. red.]. W zasadzie to już chyba zapomniałem, kim on tak naprawdę jest”. Tak w 1972 roku mówił Bowie o swoim życiu w symbiozie ze Stardustem. Nawet w czasie tournée promującego płytę na konferencjach prasowych nie pojawiał się jako on sam, ale jako Ziggy. „Patrząc teraz z perspektywy czasu, widzę, jak absurdalne było moje zachowanie. W pewnym sensie było ono niebezpieczne, a ja prawie przekroczyłem tę groźną linię między rzeczywistością a fantazją” – przyznał. Bowie odgrywał swoją rolę znakomicie, nie porzucając nawet na ułamek sekundy stworzonej przez samego siebie dziwacznej kreacji. „Zakochałem się w nim do szaleństwa. Stałem się Ziggym Stardustem, a moje prawdziwe ja gdzieś przepadło. Wszyscy utwierdzali mnie w przekonaniu podczas pierwszego tournée po Ameryce, że jestem Mesjaszem. Zanurzyłem się całkowicie w tej fantazji” – wyjawił w 1976 roku. Doszło nawet do incydentu, kiedy to Ziggy a.k.a. David w jednym z udzielonych wywiadów wyznał, że jest homoseksualistą. Ta nowina – mimo że była nieprawdą, bo Bowie był wówczas (i jest do dziś) [do 10.01.2016r., kiedy zmarł – przyp. red.] w związku małżeńskim ze znaną modelką pochodzenia somalijskiego Iman (obecnie jedną z jurorek kanadyjskiej wersji Next Top Model) [tekst ukazał się we wrześniu 2010r. – przyp. red.] – przyniosła mu wielki rozgłos, a co za tym idzie – wzrost liczby fanów. Jednak nic, co piękne, nie trwa wiecznie. I tak w trakcie jednego z koncertów w londyńskim Hammersmith Odeon 3 lipca 1973 roku David, a w zasadzie Ziggy, ogłosił, że był to jego ostatni występ. W 2003 roku koncert ten został wydany na płycie DVD z filmem wyreżyserowanym przez samego pioniera cinéma vérité Donn Alana D.A. Pennebake’a. Co ciekawe, David Bowie przez lata nie zdecydował się, aby obejrzeć jakikolwiek sfilmowany występ z okresu Ziggy'ego Stardusta. A kiedy w końcu podjął próbę obejrzenia samego siebie jako najeźdźcy z kosmosu, stwierdził, że jego występy były śmieszne.
Płytę „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and The Spiders from Mars” brytyjski muzyczny magazyn „Melody Maker” uznał za najważniejszy album lat 70. XX wieku. Zajęła ona też piąte miejsce na angielskiej liście przebojów, natomiast w Stanach Zjednoczonych uplasowała się jedynie na 75. miejscu w rankingu American Music Charts.
W głosowaniu zorganizowanym przez portal Out.com płyta tajemniczego przybysza z kosmosu została uznana za najbardziej homoseksualny album wszech czasów. Również specjalnie powołany panel homoekspertów składający się z takich osobistości i person jak: Boy George, Rufus Wainwright oraz Cyndii Lauper, miał podobne zdanie i zaklasyfikował go jako jeden z czołowych albumów środowiska gejowskiego. Rok 2003 był kolejnym dowodem na to, że Ziggy jest wciąż niezapomniany i mimo minionych 29 lat wciąż żywy w świecie muzyki. Według opiniotwórczego magazynu „Rolling Stone” płycie należało się 35 miejsce na liście 500 albumów wszech czasów.
Sam album przedstawia historię kosmity, który przybywa na Ziemię i zdobywa sławę w momencie, kiedy okazuje się, że za pięć lat zostanie ona zgładzona. Płyta została przyjęta przez krytyków bardzo dobrze i chyba nie ma się co dziwić. Sam Bowie przyznał się, że był to „jedyny long play, do którego miał przygotowane właściwe piosenki”. Tygodnik „Cash Box” określił ją mianem „zimnokrwistej piękności”, David Fricke – legendarny redaktor „Rolling Stone” – nazwał Bowiego „glamowym Chrystusem”. Kościelnej terminologii użył również w swojej recenzji „Muze”, a miało to miejsce w 1995 roku, stwierdzając, że „każdy z kawałków zaprezentowanych na płycie brzmi jak żywcem wyciągnięty z muzycznej biblii”. Czy można marzyć o lepszych notach?
Kim więc był Ziggy Stardust? Najeźdźcą z kosmosu? Chorą wewnętrzną projekcją Davida Bowiego? Dobrym chwytem marketingowym? Pewnie po części każda interpretacja tajemniczego Stardusta będzie tą właściwą. Sam Bowie próbując zdefiniować swojego bohatera, ma z tym poważne problemy. Obserwując z perspektywy czasu swoje ówczesne zachowanie, Bowie doszedł do dość odważnej konkluzji, w której to nazwał siebie Dr. Frankensteinem, zaś Ziggy’ego wykreowanym przez siebie potworem. „Do dzisiaj nie wiem, czy odgrywałem Ziggy’ego, czy też Ziggy jest wyostrzoną i przesadzoną stroną mojej osobowości. Jednego, czego jestem pewien, to tego, że całkiem duży bagaż moich życiowych doświadczeń przemawiał przez tę postać”. Ciekawe, jakie to doświadczenia przemawiał y w tamtym okresie przez Bowiego? Hmm... Może lepiej tego nie wiedzieć.
Materiał pochodzi z numeru K MAG 21 ZIGGY STARDUST 2010, tekst: Wiktor Krajewski
fot. Sonia Szóstakfot. Sonia Szóstak
foto Sonia Szóstak
asystentka Joanna Szewczuk
stylizacja Marta Siniło / Fashion Department
modelka Sonia Trzewikowska / Mango Models
fryzury Łukasz Mazolewski
make up Patrycja Dobrzeniecka
podziękowania dla White Studio
FacebookInstagramTikTokX